Nudząc się niemiłosiernie w samochodzie w drodze powrotnej z Krakowa, dokąd wybrałem się na weekend z rodziną do znajomych, sięgnąłem z tego wszystkiego po leżącą na tylnym siedzeniu książkę, którą zabrała w podróż moja mama. Tym razem nie było to żadne konwencjonalne romansidło, lecz biografia Stanisława Lema autorstwa jego syna Tomasza, która ukazała się w tym roku w Wydawnictwie Literackim. Książka o odpowiednio lemowym tytule – widać syn kontynuuje tradycje ojca – "Awantury na tle powszechnego ciążenia" – to właściwie zbiór niepowiązanych wzajemnie anegdot, które nakreślają obraz Stanisława Lema jako pisarza, męża i ojca. Wśród anegdot znalazłem również następującą, którą książka właściwie się rozpoczyna – Tomasz Lem przytacza słowa ojca z książki "Świat na krawędzi":
Kiedy mój syn studiował fizykę w Princeton (...) utrzymywałem z nim dość intensywną korespondencję. I on skarżył się matce w liście, że ojciec, zamiast pisać o swoim życiu wewnętrznym albo pytać o jego nastroje, pisze o galaktykach, o czarnych dziurach, o zakrzywieniu przestrzeni. Żona moja odpowiedziała (...): "życiem wewnętrznym twojego ojca są właśnie czarne dziury i galaktyki".
Uśmiałem się, gdyż odnalazłem w tych słowach opis samego siebie. I nie idzie mi bynajmniej o to, by przyrównać się do Stanisława Lema, bowiem wobec Lema jako człowieka żywię cokolwiek ambiwalentne uczucia. Wystarczy wszak wspomnieć jego mezalians z "Gazetą Wyborczą" pod koniec życia pisarza, ale również przypomnieć sobie jego relacje ze środowiskiem miłośników fantastyki w Polsce. Nie zważając jednak na postać samego Lema, pozwoliłem sobie zapożyczyć od niego anegdotę o życiu wewnętrznym, gdyż bardzo celnie charakteryzuje również i mnie.
W obliczu własnego dylematu, czy uzewnętrzniać się więcej na blogu, czy też jednak ograniczyć się do pisania kolejnych recenzji płyt i książek, postanowiłem przyjrzeć się zjawisku, jakim jest moje życie wewnętrzne. Dochodzę do wniosku, że jest właśnie takie – lemowe. Moje życie wewnętrzne naprawdę polega na roztrząsaniu kolejnych książek, filmów i płyt; na dzieleniu kulturowego włosa na czworo. W odpowiedzi na pytanie – o czym myślisz? – zazwyczaj mogę jedynie wzruszyć ramionami, gdyż nie zwykłem szczególnie werbalizować swoich myśli i zastanawiam się raczej abstrakcyjnie, często – muzycznie.
Ostatnio zakradłem się wieczorem do lodówki, by spróbować dwóch różnych serków pleśniowych. W głowie, jak zwykle, generowała mi się jakaś losowa muzyka, lift music w postaci kwartetu smyczkowego, taki bliżej nieokreślony, klasyczny muzak. Po spróbowaniu pierwszego serka nie spostrzegłem u siebie niczego alarmującego, ale gdy okazało się, że ten drugi bardzo różni się od tego pierwszego pod względem smaku, to nagle muzyka w mojej głowie zupełnie zmieniła swój charakter, by bardziej odpowiadać drugiemu serkowi. Synestezja smakowa – dobre sobie! Wobec tego jak w takiej sytuacji pisać o życiu wewnętrznym, skoro jest takie, a nie inne – na przykład muzyczne?
Przez ostatni miesiąc komponuję wyłącznie w głowie i na pianinie, gdyż pracuję nad pewnym pomysłem muzycznym, który z powodu moich bardzo ograniczonych umiejętności trochę mnie przerósł i zwlekam z jego rozpisaniem na komputerze w obawie, że zacznie się sypać niczym domek z kart. Nagle zaczynam świadomie zastanawiać się nad nim w tramwaju, gdy jadę na zajęcia, a następnie przez resztę dnia nie jestem w stanie skupić się do końca na studiach, gdyż znacznie ważniejsze okazuje się odpowiednie rozpisanie w głowie danego fragmentu utworu, więc wydudniam palcami melodię o blat ławki, słuchając jednym uchem o psychoanalizie i penisach w twórczości kobiet-pisarek. A więc radość z muzyki. Ale jak o tym pisać na blogu? Później słyszę zarzuty, że nie piszę o swoim prawdziwym życiu, lecz o muzyce. A co, jeżeli mogę tu postawić znak równości..?
Nie zamierzam jednak zaprzeczać, że posiadam również konwencjonalne uczucia, bynajmniej. Ostatnio moje życie charakteryzuje się łagodnym, acz chronicznym napięciem spowodowanym koniecznością zadeklarowania tematu pracy magisterskej. Wyjechałem z rodzicami na weekend do Krakowa w nadziei, że nieco odpocznę od studiów i obowiązków, ale wieczorem skapitulowałem i przeczytałem 150 stron książki o postmodernistycznej krytyce literackiej. Później nie mogłem zasnąć, gdyż po głowie krążyło mi stado postmodernistycznych powidoków po lekturze. Konstuowałem w półśnie pojedyncze myśli do pracy magisterskiej, ale nijak nie mogłem znaleźć ich wspólnego mianownika. Nadal nie znalazłem. W końcu zasnąłem. A więc presja. Ale po co pisać na blogu o presji? To już lepiej pisać o postępach w pisaniu pracy magisterskiej, a presja niechybnie zaniknie.
Więc widzicie, że moje życie wewnętrzne jest takie lemowe. On zwykł myśleć o czarnych dziurach i zakrzywieniu przestrzeni, a ja myślę o muzyce, filozofii, poglądach i książkach. Jestem również oczywiście zdolny do uczuć. Poniekąd zawsze odczuwam pewnego rodzaju smutek i samotność, że nie mam za bardzo z kim podzielić się moimi pasjami. Owszem, pozostaje Internet, ale XXI wiek doprowadził do takiej specjalizacji zainteresowań, nawet w życiu prywatnym, że trudno znaleźć fizycznie osobę, która choć w części by je wszystkie podzielała.
Całe szczęście udało mi się odpocząć w Krakowie. Wybraliśmy się na rynek, który oblegali podpici, brytyjscy proletariusze. Nie mam nic przeciwko cudzoziemcom, o ile nie chlają publicznie jak świnie, a prawdopodobnie tylko w tym celu przyjeżdżają na weekend do Krakowa. Mimo to na rynku panował już świąteczny nastrój, jakiego zwykło się oczekiwać po komercyjnym, kiczowatym sercu Krakowa. Na straganach na rynku można było nabyć wszelkiego rodzaju jarmarczne, odpustowe świecidełka i pierdółki. Spędziliśmy tam ponad godzinę, ale przede wszystkim odpoczywaliśmy u znajomych w domu. Podali wspaniałą, pieczoną kaczkę i sushi, a w międzyczasie tiramisu. W drodze powrotnej, nudząc się niemiłosiernie, sięgnąłem po biografię Lema – i w tym momencie mógłbym zacząć notkę ponownie...