Myriads Of Me: Tellur's Journal

Wanderlust%20ProjectQuantcast

Wanderlust Project to moje muzyczne alter ego – projekt, nad którym pracuję od końca 2008 roku. Zapraszam Was do przesłuchania mojej twórczości!

6.12.09

Ponieważ kot...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

Brawa temu, kto pamięta, czyjego autorstwa jest opowiadanie, do którego nawiązuje tytuł dzisiejszej notki. Podpowiem, że to mój ulubiony polski autor SF. W ogóle wśród pisarzy science fiction i fantasy z nadal niezrozumiałych dla mnie przyczyn jest zatrzęsienie kociarzy. Przyczyn nadal niezrozumiałych, bowiem sam jeszcze kota nie posiadam i nadal podchodzę do tego całego zjawiska z pewną rezerwą.

Z kolei Romuald Pawlak, bardzo sympatyczny pisarz, którego miałem okazję poznać na tegorocznej "Avangardzie", pisał ostatnio o psach. Jego zdaniem fantastyka zbyt usilnie próbuje przedstawić kontakt z udziwnionym Obcym z kosmosu, skoro codziennie kontaktujemy się z Obcymi w postaci właśnie zwierząt, najczęściej psów i kotów, a przynajmniej tak ich (a raczej je...) postrzegamy – niczym Obcych, istoty obdarzone samoświadomością i inteligencją.

W końcu nasza cywilizacja, w przeciwieństwie do niektórych pozostałych, bezapelacyjnie uprzywilejowała wśród królestwa zwierząt właśnie psy i koty. Zwierzę to zwierzę, a jednak niektóre gatunki poddają się wyjątkowej antropomorfizacji. Miałem kiedyś żółwia, miałem rybki i myszoskoczki, co zakończyło się wyjątkowo drastyczne, ale raczej nikt nie zaprzeczy, że koty i psy to jednak zwierzęta zupełnie innego kalibru. W końcu żółwie, rybki i myszoskoczki traktuje się bardziej niczym ruchome ciekawostki, niż pełnoprawnych kompanów, a ich terraria i akwaria stanowią poniekąd ciekawą wariację na temat mebli. Taki kot lub pies to jednak zupełnie inna odpowiedzialność, inne podejście, inna relacja.

No właśnie – relacja. Jednak nadal trudno mi wyobrazić sobie tworzenie relacji ze zwierzęciem, które raczej nie posiada świadomości ani wolnej woli. Gdy podejść do tego racjonalnie, kumplować się z kotem to tak, jak kumplować się cegłą lub kłodą – jest to równie jednostronna relacja. Często odnoszę wrażenie, że nie wszyscy ludzie uporaliby się z testem Turinga, a co dopiero zwierzęta. Prawdopodobnie będę więc traktował kota z daleko idącym dystansem. Może coś się zmieni, gdy już do nas trafi, ale na chwilę obecną lubię zwierzęta... wyłącznie jeść :-).

Zamieszczam tymczasem kolejne zdjęcia naszego kota.


KotKot
KotKot


2.12.09

Cielesność...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

Cywilizacja Zachodu wytworzyła binarną zależność pomiędzy duszą (intelektem) a ciałem, w której historycznie bezsprzecznie dominuje dusza, a ciało wydaje się czymś gorszym, współcześnie wręcz zbędnym – patrz: literatura cyberpunkowa. Wszak już Platon brzydził się ciałem, a i ja nie komunikuję się z Wami za pomocą fizycznego dźwięku, lecz za pośrednictwem komputera i poznajecie mnie nie przez moją cielesność, lecz przez Internet, czyli przez intelekt. Na Anglistyce mam jednak stosunkowo interesujące zajęcia właśnie o cielesności i seksualności w literaturze, które usiłują przywrócić ciału jego należne miejsce w odśrodkowej percepcji człowieka.

Chociaż nadal opowiadam się za wyższością czystego intelektu, to uważam za ironię losu, że akurat po tym kursie mam półtoragodzinne zajęcia z WF-u, po których jeszcze długo czuje w swoim niewysportowanym ciele każdy bolący mięsień.

Ale nie o ciele chciałem pisać, lecz o twarzach. Mój kolega nakierował mnie ostatnio na bardzo ciekawą stronę internetową o nazwie Ultimate Flash Face, na której można stworzyć z gotowych elementów swoją podobiznę niczym w policyjnej kartotece. Jeżeli zatem chcecie się pobawić w "poszukiwaną/poszukiwanego", to bardzo ją polecam. Oto moja własna podobizna, której starałem się nadać odpowiednio zblazowany wygląd.


Ultimate Flash Face


30.11.09

Sepułki...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

Nudząc się niemiłosiernie w samochodzie w drodze powrotnej z Krakowa, dokąd wybrałem się na weekend z rodziną do znajomych, sięgnąłem z tego wszystkiego po leżącą na tylnym siedzeniu książkę, którą zabrała w podróż moja mama. Tym razem nie było to żadne konwencjonalne romansidło, lecz biografia Stanisława Lema autorstwa jego syna Tomasza, która ukazała się w tym roku w Wydawnictwie Literackim. Książka o odpowiednio lemowym tytule – widać syn kontynuuje tradycje ojca – "Awantury na tle powszechnego ciążenia" – to właściwie zbiór niepowiązanych wzajemnie anegdot, które nakreślają obraz Stanisława Lema jako pisarza, męża i ojca. Wśród anegdot znalazłem również następującą, którą książka właściwie się rozpoczyna – Tomasz Lem przytacza słowa ojca z książki "Świat na krawędzi":

Kiedy mój syn studiował fizykę w Princeton (...) utrzymywałem z nim dość intensywną korespondencję. I on skarżył się matce w liście, że ojciec, zamiast pisać o swoim życiu wewnętrznym albo pytać o jego nastroje, pisze o galaktykach, o czarnych dziurach, o zakrzywieniu przestrzeni. Żona moja odpowiedziała (...): "życiem wewnętrznym twojego ojca są właśnie czarne dziury i galaktyki".

Uśmiałem się, gdyż odnalazłem w tych słowach opis samego siebie. I nie idzie mi bynajmniej o to, by przyrównać się do Stanisława Lema, bowiem wobec Lema jako człowieka żywię cokolwiek ambiwalentne uczucia. Wystarczy wszak wspomnieć jego mezalians z "Gazetą Wyborczą" pod koniec życia pisarza, ale również przypomnieć sobie jego relacje ze środowiskiem miłośników fantastyki w Polsce. Nie zważając jednak na postać samego Lema, pozwoliłem sobie zapożyczyć od niego anegdotę o życiu wewnętrznym, gdyż bardzo celnie charakteryzuje również i mnie.


W obliczu własnego dylematu, czy uzewnętrzniać się więcej na blogu, czy też jednak ograniczyć się do pisania kolejnych recenzji płyt i książek, postanowiłem przyjrzeć się zjawisku, jakim jest moje życie wewnętrzne. Dochodzę do wniosku, że jest właśnie takie – lemowe. Moje życie wewnętrzne naprawdę polega na roztrząsaniu kolejnych książek, filmów i płyt; na dzieleniu kulturowego włosa na czworo. W odpowiedzi na pytanie – o czym myślisz? – zazwyczaj mogę jedynie wzruszyć ramionami, gdyż nie zwykłem szczególnie werbalizować swoich myśli i zastanawiam się raczej abstrakcyjnie, często – muzycznie.

Ostatnio zakradłem się wieczorem do lodówki, by spróbować dwóch różnych serków pleśniowych. W głowie, jak zwykle, generowała mi się jakaś losowa muzyka, lift music w postaci kwartetu smyczkowego, taki bliżej nieokreślony, klasyczny muzak. Po spróbowaniu pierwszego serka nie spostrzegłem u siebie niczego alarmującego, ale gdy okazało się, że ten drugi bardzo różni się od tego pierwszego pod względem smaku, to nagle muzyka w mojej głowie zupełnie zmieniła swój charakter, by bardziej odpowiadać drugiemu serkowi. Synestezja smakowa – dobre sobie! Wobec tego jak w takiej sytuacji pisać o życiu wewnętrznym, skoro jest takie, a nie inne – na przykład muzyczne?

Przez ostatni miesiąc komponuję wyłącznie w głowie i na pianinie, gdyż pracuję nad pewnym pomysłem muzycznym, który z powodu moich bardzo ograniczonych umiejętności trochę mnie przerósł i zwlekam z jego rozpisaniem na komputerze w obawie, że zacznie się sypać niczym domek z kart. Nagle zaczynam świadomie zastanawiać się nad nim w tramwaju, gdy jadę na zajęcia, a następnie przez resztę dnia nie jestem w stanie skupić się do końca na studiach, gdyż znacznie ważniejsze okazuje się odpowiednie rozpisanie w głowie danego fragmentu utworu, więc wydudniam palcami melodię o blat ławki, słuchając jednym uchem o psychoanalizie i penisach w twórczości kobiet-pisarek. A więc radość z muzyki. Ale jak o tym pisać na blogu? Później słyszę zarzuty, że nie piszę o swoim prawdziwym życiu, lecz o muzyce. A co, jeżeli mogę tu postawić znak równości..?

Nie zamierzam jednak zaprzeczać, że posiadam również konwencjonalne uczucia, bynajmniej. Ostatnio moje życie charakteryzuje się łagodnym, acz chronicznym napięciem spowodowanym koniecznością zadeklarowania tematu pracy magisterskej. Wyjechałem z rodzicami na weekend do Krakowa w nadziei, że nieco odpocznę od studiów i obowiązków, ale wieczorem skapitulowałem i przeczytałem 150 stron książki o postmodernistycznej krytyce literackiej. Później nie mogłem zasnąć, gdyż po głowie krążyło mi stado postmodernistycznych powidoków po lekturze. Konstuowałem w półśnie pojedyncze myśli do pracy magisterskiej, ale nijak nie mogłem znaleźć ich wspólnego mianownika. Nadal nie znalazłem. W końcu zasnąłem. A więc presja. Ale po co pisać na blogu o presji? To już lepiej pisać o postępach w pisaniu pracy magisterskiej, a presja niechybnie zaniknie.

Więc widzicie, że moje życie wewnętrzne jest takie lemowe. On zwykł myśleć o czarnych dziurach i zakrzywieniu przestrzeni, a ja myślę o muzyce, filozofii, poglądach i książkach. Jestem również oczywiście zdolny do uczuć. Poniekąd zawsze odczuwam pewnego rodzaju smutek i samotność, że nie mam za bardzo z kim podzielić się moimi pasjami. Owszem, pozostaje Internet, ale XXI wiek doprowadził do takiej specjalizacji zainteresowań, nawet w życiu prywatnym, że trudno znaleźć fizycznie osobę, która choć w części by je wszystkie podzielała.

Całe szczęście udało mi się odpocząć w Krakowie. Wybraliśmy się na rynek, który oblegali podpici, brytyjscy proletariusze. Nie mam nic przeciwko cudzoziemcom, o ile nie chlają publicznie jak świnie, a prawdopodobnie tylko w tym celu przyjeżdżają na weekend do Krakowa. Mimo to na rynku panował już świąteczny nastrój, jakiego zwykło się oczekiwać po komercyjnym, kiczowatym sercu Krakowa. Na straganach na rynku można było nabyć wszelkiego rodzaju jarmarczne, odpustowe świecidełka i pierdółki. Spędziliśmy tam ponad godzinę, ale przede wszystkim odpoczywaliśmy u znajomych w domu. Podali wspaniałą, pieczoną kaczkę i sushi, a w międzyczasie tiramisu. W drodze powrotnej, nudząc się niemiłosiernie, sięgnąłem po biografię Lema – i w tym momencie mógłbym zacząć notkę ponownie...

26.11.09

Kot...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

Oto nasz kot. Przyszedł na świat 07.11.2009, czyli stosunkowo niedawno. Ponieważ przez pierwsze miesiące swojego życia musi chować się u boku matki, to nie mieliśmy jeszcze okazji zapoznać się z nim osobiście i widzieliśmy go jedynie na dwóch poniższych zdjęciach. Trafi do nas prawdopodobnie w połowie stycznia. Nie posiada jeszcze imienia, ale to nawet dobrze, bo obawiam się, że rodzice niechybnie wymyślą coś głupiego.


Kot


Kot