Myriads Of Me: Tellur's Journal

Wanderlust%20ProjectQuantcast

Wanderlust Project to moje muzyczne alter ego – projekt, nad którym pracuję od końca 2008 roku. Zapraszam Was do przesłuchania mojej twórczości!

31.5.07

Hałas...


Ruszyłem ostatnio z nowym cyklem o nazwie Muzyka: Netlabele. W przeciwieństwie do pierwszego cyklu o Muzyce, zawierającego myśli spontaniczne i zazwyczaj nigdzie nie prowadzące, notki omawiające zjawisko netlabeli i netaudio powinny utworzyć zamkniętą całość. Każda następna odsłona będzie się składała z opisu kilku wytwórni internetowych oferujących darmową muzykę oraz bezpośrednich linków do polecanych przeze mnie płyt. Będziecie więc mogli błyskawicznie sięgnąć po opisywane przeze mnie płyty zapoznawszy się z moimi recenzjami lub od razu w trakcie ich czytania.

Cykl ów będzie więc bardzo praktyczny; skupię się na opisywaniu istniejących wytwórni oraz płyt. Taka metoda nie pozwala jednak na ogarnięcie całości zjawiska. Każda muzyka, zanim pojawi się na półce lub dysku, istnieje wpierw w umyśle jej twórcy, ów zaś osadzony jest w pewnym ideologicznym i historycznym kontekście, którego wpływ na charakter muzyki jest niemały, jeżeli nie decydujący. Postanowiłem więc od razu rozpocząć drugi, równoległy cykl o muzyce: Muzyka: Ideosfera. Mam nadzieję, że jako cykl o charakterze teoretycznym będzie się doskonale dopełniał z bardziej przyziemnym Muzyka: Netlabele.

Twórcy, muzykę których słucham, dzielą się czasami swoją muzyczną filozofią. Ich myśli natomiast nie tworzą społem żadnej całości, czasami wręcz okazują się wzajemnie wykluczające. Mimo to zostałem przez pewne ich opinie o muzyce ukształtowany. Można powiedzieć, że moje własne podejście do muzyki stanowi środkową niektórych spośród pomysłów na tworzenie, z którymi miałem styczność. Zamierzam więc wpierw podzielić się z Wami tymi nieco ważniejszymi spośród wypowiedzi filozofów i twórców o muzyce, a pod sam koniec cyklu pokuszę się o jakieś subiektywne ustosunkowanie do przedstawionych tekstów. Teksty nie będą zamieszczane ani chronologicznie, ani podług żadnej zamierzonej reguły, ponieważ zawsze może mi się zdarzyć znaleźć tekst nowy, dotychczas mi nieznany, a być może chronologicznie starszy od już zamieszczonych lub rozwijający myśl omówioną już wcześniej.


Na pierwszy ogień pójdzie włoski futurysta Luigi Russolo. Jego manifest "L’arte dei Rumori", napisany i opublikowany w roku 1913, został powszechnie odebrany jako swego rodzaju osobliwość, ale zdołał na szczęście zainspirować garstkę twórców, którzy zgodzili się z Russolo, że muzyka dwudziestego wieku powinna odzwierciedlać charakter dwudziestego wieku – hałas, niepokój i uprzemysłowienie. Muzyka futurystów stała się muzyką szybkości i maszyn. Późniejsza muzyka elektroniczna oswoiła się z niepokojącym początkowo hałasem maszyn, stając się muzyką znacznie subtelniejszą, podobnie jak oswoił się z technologią cały świat. Obecna technologia jest wszechobecna, ale jakby niezauważalna – tak też funkcjonuje we współczesnej muzyce. I dziś natomiast istnieją muzycy, którzy realizują postulaty Russolo sprzed stulecia. Ów ucieszyłby się zapewne, słysząc muzykę elektroniczną z gatunków glitch oraz noise, a nawet co poniektórą reklamę telewizyjną.

Technologia wdziera się wszędzie, nawet w muzykę – i słusznie. Klasycy komponowali muzykę o rozległych lasach i błękitnych jeziorach, ale artyści dwudziestego pierwszego wieku osadzeni są w kontekście miasta, masy i maszyny. Warto o tym pamiętać, krytykując współczesną muzykę za brak piękna – ona powinna być brudna i brzydka!


1913
Luigi Russolo
The Art Of Noise (fragmenty)
(tłumaczenie: Robert Filliou)


In antiquity, life was nothing but silence. Noise was really not born before the 19th century, with the advent of machinery. Today noise reigns supreme over human sensibility. For several centuries, life went on silently, or mutedly. The loudest noises were neither intense, nor prolonged nor varied. In fact, nature is normally silent, except for storms, hurricanes, avalanches, cascades and some exceptional telluric movements. This is why man was thoroughly amazed by the first sounds he obtained out of a hole in reeds or a stretched string.

(...) musical art looked for the soft and limpid purity of sound. Then it amalgamated different sounds, intent upon caressing the ear with suave harmonies. Nowadays musical art aims at the shrilliest, strangest and most dissonant amalgams of sound. Thus we are approaching noise-sound. This revolution of music is paralleled by the increasing proliferation of machinery sharing in human labor. In the pounding atmosphere of great cities as well as in the formerly silent countryside, machines create today such a large number of varied noises that pure sound, with its littleness and its monotony, now fails to arouse any emotion.

To excite our sensibility, music has developed into a search for a more complex polyphony and a greater variety of instrumental tones and coloring. It has tried to obtain the most complex succession of dissonant chords, thus preparing the ground for Musical Noise.

This evolution toward noise-sound is only possible today. The ear of an eighteenth century man never could have withstood the discordant intensity of some of the chords produced by our orchestras (whose performers are three times as numerous); on the other hand our ears rejoice in it, for they are attuned to modern life, rich in all sorts of noises. But our ears far from being satisfied, keep asking for bigger acoustic sensations. However, musical sound is too restricted in the variety and the quality of its tones. The most complicated orchestra can be reduced to four or five categories of instruments with different sound tones: rubbed string instruments, pinched string instruments, metallic wind instruments, wooden wind instruments, and percussion instruments. Music marks time in this small circle and vainly tries to create a new variety of tones. We must break at all cost from this restrictive circle of pure sounds and conquer the infinite variety of noise-sounds.

Let’s walk together through a great modern capital, with the ear more attentive than the eye, and we will vary the pleasures of our sensibilities by distinguishing among the gurglings of water, air and gas inside metallic pipes, the rumblings and rattlings of engines breathing with obvious animal spirits, the rising and falling of pistons, the stridency of mechanical saws, the loud jumping of trolleys on their rails, the snapping of whips, the whipping of flags. We will have fun imagining our orchestration of department stores’ sliding doors, the hubbub of the crowds, the different roars of railroad stations, iron foundries, textile mills, printing houses, power plants and subways. And we must not forget the very new noises of Modern Warfare.

Noise accompanies every manifestation of our life. Noise is familiar to us. Noise has the power to bring us back to life. On the other hand, sound, foreign to life, always a musical, outside thing, an occasional element, has come to strike our ears no more than an overly familiar face does our eye. Noise, gushing confusely and irregularly out of life, is never totally revealed to us and it keeps in store innumerable surprises for our benefit. We feel certain that in selecting and coordinating all noises we will enrich men with a voluptuousness they did not suspect.

Although the characteristic of noise is to brutally bring us back to life, the art of noises must not be limited to a mere imitative reproduction. The art of noises will extract its main emotive power from the special acoustic pleasure that the inspired artist will obtain in combining noises.

The variety of noises is infinite. We certainly possess nowadays over a thousand different machines, among whose thousand different noises we can distinguish. With the endless multiplication of machinery, one day we will be able to distinguish among ten, twenty or thirty thousand different noises. We will not have to imitate these noises but rather to combine them according to our artistic fantasy.

26.5.07

Rdza...


Usiłuję pisać o muzyce odkąd istnieje Myriads Of Me, chociaż notki o tej tematyce bywają bardzo różne: raz lepsze, raz gorsze, a już na pewno nie tworzą żadnego zamkniętego cyklu, który rozwijałby jakąś konkretną myśl o muzyce. Muzyczne silva rerum nie jest wcale złym pomysłem przy założeniu, że blog ma odzwierciedlać złożoność ludzkich zainteresowań, ale z drugiej strony, czy w ogóle warto pisać o muzyce, skoro czytelnicy nie będą zazwyczaj w stanie niczego przy okazji przesłuchać? Interesuję się wszak muzyką trudno dostępną, często wręcz wydawaną w ilości zaledwie tysiąca egzemplarzy. Możliwość jej udostępniania ograniczają zarówno możliwości techniczne, jak i prawa autorskie.

Mimo to od dłuższego czasu przymierzałem się do obszernego cyklu o rozwoju muzyki elektronicznej pod względem formy oraz treści, ale moja chęć bledła wobec przypuszczenia, że prawdopodobnie tylko ja będę wiedział, jak właściwie brzmi opisywana przeze mnie muzyka. Zamiast abstrahować o muzyce, znacznie lepiej zaprosić znajomych do siebie, włożyć płytę do odtwarzacza i nacisnąć play; pozwolić wyciągać własne wnioski. Postanowiłem jednak pokusić się na opisanie muzyki, tym bardziej, że tym razem będziecie w stanie przesłuchać płyty dowolnej spośród opisywanych przeze mnie wytwórni – będę bowiem pisał o zjawisku netlabeli, czyli internetowych wytwórni muzycznych oferujących do ściągania darmową muzykę.


Music so wishes to be heard that it sometimes calls on unlikely characters to give it voice.

– Robert Fripp


Zacząłem się interesować netlabelami po zupełnie przypadkowym odkryciu litewskiego netlabela Sutemos, specjalizującego się w muzyce elektronicznej z gatunków IDM oraz glitch, wschodnich w większości wykonawców. Tego samego dnia ściągnąłem szesnaście wydanych przez Sutemos płyt; ich przesłuchanie zajęło mi następne dwa. Znalazłem następnie kolejne trzy netlabele i ściągnąłem sobie wszystkie dostępne płyty. Obecnie mam zapisane adresy około dwudziestu wytwórni i zamierzam bardzo często korzystać z ich oferty płytowej. Muzyka darmowa, ale doskonała! Zdziwiłem się więc, że netlabelami nie zainteresowałem się nieco wcześniej, ale okazało się, że są zjawiskiem stosunkowo nowym.

Serwisy oferujące darmowy hosting dla artystów pragnących podzielić się muzyką istniały od dawna, ale stanowiły i stanowią zupełnie inne zjawisko, niż netlabele. Wytwórnie internetowe nie są bowiem nową odmianą serwisów hostujących .mp3'ki, lecz internetową odmianą rzeczywistych wytwórni płytowych. Niektórzy artyści postanowili po prostu przenieść swoją działalność do Sieci uznawszy, że wielkie wytwórnie płytowe nie są im w stanie zapewnić ani dochodu, ani wolności artystycznej ekspresji. Ich exodus sprawił, że do Sieci uciekli również niektórzy muzyczni magnaci, projektanci okładek płytowych, realizatorzy dźwięku... Szybko się okazało, że dochód z działalności artystycznej jest niestety bezpośrednio związany z masowością, na rynku bowiem sprzedaje się muzyka prosta i niewymagająca zaangażowania intelektualnego. Dla niektórych decyzja o zrezygnowaniu z dochodów na rzecz własnej twórczości była oczywista; inni zostali więźniami wielkich wydawnictw.

Pierwsze netlabele pojawiły się pod koniec dwudziestego wieku, ale w okolicach roku 2003 nadal prędzej budziły zdziwienie i ostrożne zainteresowanie, niż sympatię. Artyści obawiali się, że przekazując swoją twórczość netlabelom, stracą nad nią kontrolę. Dopiero rozpowszechnienie się licencji Creative Commons pozwoliło na błyskawiczny rozwój netlabeli – obecnie istniejące netlabele zaczęły wydawać płyty mniej więcej w roku 2004; większość zdążyła wydać do dnia dzisiejszego do dwudziestu płyt, choć zdarzają się netlabele wydające muzykę bardziej masowo (żeby nie powiedzieć: wydające muzykę bardziej masową...).

95% płyt wydawanych przez netlabele zawiera muzykę elektroniczną. Jest to zrozumiałe gdy uświadomimy sobie, że zarówno muzyka elektroniczna, jak i wytwórnie internetowe wpisują się w szerszy trend poszukiwania nowych rozwiązań artystycznych i technologicznych i pozyskiwania tym samym zainteresowania pewnej elitarnej warstwy społecznej. Wśród wydawanych gatunków dominują IDM, glitch, noise oraz ambient, ale można również znaleźć wytwórnie metalowe, rockowe oraz awangardowe.


Dzisiejsza notka stanowi wprowadzenie do zjawiska, nie będę więc opisywał konkretnych netlabeli. Skupię się raczej na ich istnieniu jako pewnego środowiska oraz na ich przewidywanym wpływie na przyszłość rynku muzycznego.

Nie jestem, wbrew pozorom, zwolennikiem "uwolnienia sztuki". Uważam, że wszystko, co wartościowe, słusznie posiada swój koszt. Nie przemawia do mnie pogląd, jakoby wartościową informacją (muzyką, sztuką, oprogramowaniem...) była tylko ta, która jest rozpowszechniana, zaś mało wartościową ta, która jest ograniczana prawem własności i w konsekwencji nie trafi pod strzechy ludu. Jeżeli ktoś z rozpowszechniania informacji (choćby własnej muzyki) czyni swój zawód, to oczywiste jest, że chciałby na owej informacji zarobić. Jeżeli natomiast ktoś czerpie zysk z korzystania z informacji (własnej wiedzy oraz doświadczenia), to oczywiste jest, że chciałby dostęp do owej informacji ograniczać. Ograniczenie dostępu do sztuki prawem własności jest więc moim zdaniem oczywiste, święte i jedynie słuszne, każdym zaś, kto twierdzi inaczej, gardzę jako komunistą.

Sytuacja zmienia się natomiast, jeżeli sam twórca (w domyśle: posiadający prawo własności do własnej twórczości, bo przecież różnie bywa) postanawia rozpowszechniać swoją twórczość bez pobierania z tego tytułu korzyści majątkowych. Taki gest szanuję i popieram, gdyż uważam, że uwolnienie się artysty z ekonomicznej zależności od własnej twórczości uwalnia też samą twórczość. Nie trzeba już obecnie zamawiać profesjonalnego studio; można przecież tworzyć profesjonalną muzykę na własnym laptopie. Dystrybucja przez Internet pozwala natomiast na pominięcie niezbędnej dotychczas współpracy z wielkimi wytwórniami. Artysta, który zarabiał na wydawaniu płyt grosze i był jednocześnie ograniczony polityką wydawniczą wytwórni, tym sposobem nie zarobi wprawdzie ani grosza, ale zyskuje w zamian całkowitą swobodę dystrybucji oraz ekspresji artystycznej, może natomiast nadal zarabiać na koncertach. Licencja Creative Commons pozwala zaś na pewność, że osoby, które włożyły swój trud w wydanie płyty, zostaną zapamiętane jako jej twórcy.

Istnienie oraz rozwój środowiska netlabeli może z jednej strony świadczyć o egalitaryzacji sztuki – w końcu obecnie każdy może sobie założyć netlabel i wydać własną płytę – ale ponieważ taki sposób wydawania muzyki nie jest jeszcze zjawiskiem powszechnym, muzyka wielkich wytwórni zaś pozostaje muzyką masową, ucieczka do Sieci powoduje wręcz owej sztuki elitaryzację. Osoby, które krytykują koncerny za nakładanie ogromnej marży na muzykę, buntują się poprzez nielegalne jej ściąganie. Pobierają płyty za darmo w poczuciu zwycięstwa nad wielką wytwórnią, ale niczego to właściwie nie zmienia; nadal przecież słuchają tego samego, masowego chłamu. Wytwórnie z kolei zaczęły wprawdzie oferować swoją muzykę przez Internet, ale zmienił się jedynie sposób dystrybucji, nie zaś sama muzyka (muzyka wręcz na tym straciła, gdyż pliki .mp3 są jakościowo znacznie gorsze od zapisu na płycie audio). Netlabele natomiast uwalniają muzykę i artystów od obowiązku osiągnięcia komercyjnego sukcesu, pozostawiając sukces artystyczny. Walka z wielkimi koncernami ogranicza się na razie do nielegalnego ściągnięcia najnowszej płyty Britney Spears, ale gdy tylko więcej osób dowie się o ciekawej, darmowej muzyce oferowanej przez netlabele, niechęć wobec wytwórni może przybrać postać całkowitego zrezygnowania z ich oferty. Sam przecież dostrzegam, co Warner Music zrobił z talentem Jean Michel Jarre'a, a Virgin Music – Mike'a Oldfielda.

Zanim jednak netlabele podejmą poważną walkę z fizycznymi wytwórniami, muszą się wyzwolić z własnych ograniczeń. Oferują wprawdzie nową jakość muzyki oraz nowy sposób dystrybucji, ale nadal mentalnie pozostają wytwórniami z krwi i kości. Artysta, który komponuje muzykę, jest ograniczony pojemnością płyty – może na niej zmieścić około siedemdziesięciu dwóch minut muzyki. Artyści wydający muzykę za pośrednictwem netlabeli nie są już wprawdzie ograniczeni fizyczną pojemnością płyty, ale nadal są ograniczeni psychologicznie – wśród płyt wydawanych przez netlabele istnieje znacznie więcej płyt nieco krótszych (tzw. EP), ale w praktyce nie ma jeszcze płyt, które przekraczałyby ową mentalną granicę siedemdziesięciu dwóch minut. Same utwory również posiadają standardową długość, chociaż mogłyby spokojnie z owych komercyjnych konwencji zrezygnować. Okładki netlabelowych płyt często zachwycają swoją oryginalnością, ale nadal pozostają okładkami, które można wydrukować i wsadzić do pudełka. A skoro muzykę oferowaną przez netlabele nadal można równie dobrze wypalić na CD-R i ozdobić standardową okładką, pod względem formy netlabele nie oferują żadnej nowej jakości. Moim zdaniem netlabele powinny przyjąć założenie, że ich muzyka nie musi się koniecznie zmieścić na standardowej płycie. Okładki natomiast powinny się wyzwolić ze swojej kwadratowości; mogą przecież równie dobrze przybrać kształt trójkąta lub pięcioramiennej gwiazdy. Płyty, choćby z lepszą muzyką, nadal pozostają płytami, chociaż teraz to już kwestia nie konieczności, lecz konwencji, a z konwencji na szczęście łatwiej się wyzwolić. W tym miejscu należą się pochwały netlabelowi –N (Minus N), który jako pierwszy i dotychczas jedyny publikuje swoje płyty z animowanymi okładkami.

Przed netlabelami jeszcze długa droga. Niektóre zdołały już ugruntować swoją pozycję jako współtwórców nowej, muzycznej estetyki, ale pozostałe potrafią zakończyć działalność po wydaniu raptem pięciu płyt. Co piąty link do strony netlabela okazuje się martwy, ale dla samego środowiska może się to okazać korzystne – co go nie zabije, to go wzmocni, a przecież przetrwają najsilniejsi. Na powierzchni komercyjnych wytwórni pojawia się powoli pierwsza rdza, zaś kroplą, która wydrąży ten monolit, może się okazać wcale nie masowe piractwo, lecz właśnie ciekawa i darmowa oferta netlabeli.

W następnych notkach postaram się opisać te spośród netlabeli, które zdołały się utrzymać na scenie i mają moim zdaniem ciekawą ofertę muzyczną. Będą to oczywiście netlabele publikujące wszelkiej odmiany elektronikę, ale może ktoś z Was się jednak na coś skusi, tym bardziej, że za darmo, szybko i bezboleśnie.

22.5.07

CSS...


Jedną spośród moich nowych pasji (a odkrywam je w sobie tym częściej, im mniej pozostaje czasu do sesji egzaminacyjnej...) jest ponowna fascynacja szeroko pojętym webdesignem. Projektowaniem stron internetowych zacząłem się interesować już w gimnazjum, choć z perspektywy czasu dostrzegam, że popełniłem wtedy w tej dziedzinie wszelkie możliwe błędy. Człowiek się jednak na błędach uczy, dzisiaj więc nie wstydzę się żadnej z moich stron internetowych. Od tamtej pory HTML 3 zdążył zmienić szaty i stać się HTML'em 4, do powszechnego użycia wszedł też xHTML oraz CSS, obecnie więc podchodziłbym do projektowania zupełnie inaczej. Wydaje mi się jednak, że jak na tamte czasy poradziłem sobie całkiem nieźle.

Bałem się trochę powrotu do zabaw z HTML'em oraz nowych zabaw z xHTML'em oraz CSS, ponieważ niesłusznie założyłem, że od moich młodzieńczych lat zmieniło się zbyt wiele i nadrobienie zaległości wymagałoby ode mnie zbyt dużego wysiłku. Okazało się jednak, że nowa estetyka i filozofia projektowania jest równie intuicyjna, co ta dotychczas dobrze mi znana, a poznanie nowych zasad wymaga jedynie nieco czasu oraz eksperymentowania.

Postanowiłem od razu zabrać się za coś pożytecznego. Uznałem, że uproszczę "Spis Treści" na Myriads Of Me, który dotychczas składał się z dosyć długiego fragmentu HTML'u. Postanowiłem, zgodnie z obecną filozofią Semantic HTML, że zostawię w każdej notce jedynie najpotrzebniejsze fragmenty kodu, cały styl zaś przeniosłem do CSS. Udało mi się również poszerzyć "Spis Treści" o możliwość jego ukrycia za pomocą open-source'owego skryptu Java. Po sesji egzaminacyjnej zamierzam zmodyfikować skrypt Java w ten sposób, aby umożliwiał ukrycie nie tylko "Spisu Treści", lecz dowolnego elementu strony. Zamienię również wszystkie stare "Spisy Treści" na nowy model, co dzięki uproszczeniu kodu nie będzie wcale trudne i czasochłonne. W wakacje natomiast startuję pełną parą z nauką nowych standardów xHTML oraz CSS, co skończy się prawdopodobnie albo daleko idącym upiększaniem Myriads Of Me, albo zupełnie nową stroną internetową.

Efekt mojego dzisiejszego eksperymentowania z CSS'em, czyli projekt nowego "Spisu Treści", możecie zobaczyć w lewym-górnym rogu notki.


Update: Uznałem, że dziś już i tak nie zdołam się niczego nauczyć, zmodyfikowałem więc skrypt Java, aby mógł ukryć dowolny element zawarty w div'ie. Dzięki temu mogłem napisać swój pierwszy Blogger Hack, polegający na ukryciu "Spisu Treści" lub całej notki. Okazało się, co było do przewidzenia, że Internet Explorer 7 zupełnie sobie nie radzi z prawidłowym implementowaniem CSS'u, ale po piętnastu minutach kombinowania udało mi się go przekonać i teraz już wszystko wyświetla prawidłowo.

21.5.07

Symulakrum...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

Przestań tyle siedzieć na komputerze – jak ja nie lubię tego zwrotu! Już nawet pal licho, że to prostacki anglicyzm; sam przecież posługuję się międzyjęzykową miksturą do tego stopnia, że mój język często podpada niemalże pod pidżyn. Denerwuje mnie natomiast to, że dla moich rodziców moje "siedzenie na komputerze" jest właśnie "siedzeniem na komputerze"; wyłącznie tym i niczym więcej. A przecież można by sobie wyobrazić zwrot przeciwstawny – przestań tyle siedzieć w realu! Zwolennicy realu zapewne zaprotestują, poniekąd słusznie, że przecież ich "siedzenie w realu" składa się z multum jednostkowych doznań i niuansów codzienności, a moje generalizowanie to nic innego, jak banalizm. Owszem, prawda, ale apologeci jedynie słusznej rzeczywistości jednocześnie często odmawiają owej złożoności rzeczywistości tzw. wirtualnej, sugerując zresztą, że sam termin rzeczywistość wirtualna to oksymoron.

Przestań tyle siedzieć na komputerze?

Przestań tyle siedzieć w realu!

I jak tu polemizować ze zwolennikami jedynie słusznej rzeczywistości, skoro mają po swojej stronie i semantykę? Zauważmy zresztą, że użyty przeze mnie zwrot zwolennik rzeczywistości brzmi z jakiegoś powodu cokolwiek niezręcznie, podczas gdy zwolennik rzeczywistości wirtualnej już nie. Gdyby się tak jednak pobawić trochę w ontologię, można by w zasadzie dojść do wniosku, że nie ma żadnych podstaw ku temu, by dzielić rzeczywistość na tę właściwą i tę wirtualną. Taki podział sugeruje bowiem, że spędzanie wolnego czasu w Sieci jest wyłącznie jakimś ersatzem normalnego życia. Czyżbym miał uwierzyć, że jeżeli gram w grę komputerową, to marnuję swoje życie, a jeżeli, dajmy na to, wynoszę śmieci, to ze swojego życia korzystam?

Przestań tyle siedzieć na komputerze; skoro się nie uczysz, to wybrałbyś się przynajmniej na rower i zaczął prowadzić jakieś normalne życie.

Siedziałem sobie wtenczas "na komputerze", słuchając litewskiej muzyki elektronicznej, czytając artykuł o filozofii projektowania stron internetowych i pisząc poprzednią notkę. Zacząłem się zastanawiać, czy aby moje życie rzeczywiście nie jest jakieś ubogie, okrojone i pozorne. Wyobraziłem sobie ten cały rower, rozgrzany asfalt i spocony T-shirt i już po chwili wiedziałem, że wolę sobie jednak spędzić swoje życie "na komputerze", niż "jakoś normalnie".

A może pod tą naszą ciepłą i zapewniającą poczucie bezpieczeństwa pierzyną symulakrum nie kryje się już nic rzeczywistego?

Szczególnie, że usilne wciskanie życia tzw. wirtualnego i właściwego w dychotomię uważam za cokolwiek prostackie. Ja z kolei nie zamierzam udowadniać wszem wobec, że obie "rzeczywistości" są równie rzeczywiste; wręcz przeciwnie, obie są prędzej równie nierzeczywiste. Można by się cofnąć jedynie odrobinę i powołać się na "Matrix", ale lepiej będzie cofnąć się trochę dalej i powołać się na koncept symulakrum. Zamiast bowiem bronić rzeczywistości wirtualnej przed zwolennikami życia pełną piersią, można im próbować udowodnić, że rzeczywistość, co do realności której są święcie przekonani, jest w istocie równie nierealna. Czym jest bowiem rzeczywistość – czymś obiektywnym, może subiektywnym...? Czy rzeczywistością jest nasze cywilizacyjne i kulturowe symulakrum, czy może owo symulakrum się na rzeczywistość jedynie nakłada? A może pod tą naszą ciepłą i zapewniającą poczucie bezpieczeństwa pierzyną symulakrum nie kryje się już nic rzeczywistego? Oddychamy powietrzem, czy mempleksem?

Twierdzę więc, że "marnując sobie życie na komputerze", marnuję je w takim samym stopniu, w jakim marnowałbym je "jakoś tak normalniej". Twórcze zmarnowanie sobie życia zaś uważam za sztukę i wyzwanie. Codziennie marnuję kilka godzin życia słuchając muzyki, śledząc rynek i politykę oraz ucząc się bezsensownych rzeczy na bezsensowne przedmioty. Rano bezsensownie wynoszę śmieci, a wieczorem bezsensownie biorę prysznic. Tak na dobrą sprawę, skoro pokładam równie nikłą wiarę w celowość życia normalnego i wirtualnego, sposób marnowania czasu staje się sprawą drugorzędną, jeżeli nie wyłącznie kwestią upodobań, natręctw i zachcianek.

Nie przemawia do mnie również argument, że człowiek jest istotą społeczną i powinien się obracać wśród swoich. Sugeruje bowiem, że relacje internetowe to ersatz tych rzeczywistych. Ja natomiast nie chcę sugerować, jakoby oba sposoby kontaktu były równie szczere; oba są prędzej równie nieszczere, oba skonwencjonalizowane i oparte na utartych zwrotach, reakcjach i uczuciach. Nie, nie jestem wcale mizantropem, a raczej: nie aż do tego stopnia, który sugeruje dzisiejsza notka. Uważam natomiast, że skoro twórcą naszego symulakrum jest, jak chce dwudziestowieczna filozofia, nasz język, to już mi wszystko jedno, czy uczestniczę w ogromnej, semiotycznej ściemie za pośrednictwem ekranu komputera, czy za pośrednictwem własnych nóg, rąk i zmysłów.

Jedyną radą solipsyzm; sam sobie sterem, żaglem i rzeczywistością. Żartuję.

18.5.07

Coda...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

Wykazuję się wyjątkową nieefektywnością zarządzania czasem – gdy zaczynam mieć go nagle niepokojąco mało z powodu zbliżającej się sesji, właśnie wtedy znajduję sobie wiele dotatkowych, ciekawych zajęć i rozbudzam w sobie nowe pasje. Mogę się natomiast założyć, że gdy tylko zaczną się wakacje, szybko o tych wszystkich pasjach zapomnę i będę narzekał, że nie mam co ze sobą zrobić.

Zachwyciłem się ostatnio internetową skarbnicą łatwodostępnej muzyki elektronicznej – takiej, która nie jest komponowana z myślą o przypodobaniu się dużemu koncernowi muzycznemu, lecz ku uciesze własnej twórców. Z tego też powodu jest zazwyczaj zamieszczana do swobodnego ściągnięcia i przesłuchania. Polecam z całego serca litewski netlabel Sutemos, który funkcjonuje od roku 2004 i wydał dotychczas szesnaście darmowych płyt z elektroniką będącą mariażem stylów: IDM, glitch i ambient.

Zainteresowałem się również internetowym środowiskiem indie games, czyli nieformalnym środowiskiem tworców niezależnych od wielkich wytwórni gier komputerowych. Niektóre gry są projektowane przez małe zespoły programistów, inne wręcz przez jedną osobę. Środowisko indie cechuje się tym, że nie rezygnuje z eksperymentowania i innowacji na rzecz rynkowości. Zainteresowanym polecam niezależną wytwórnię Moonpod, która powołała do życia gry "Mr Robot" oraz "Starscape".


To właśnie Palmie udało się wyzwolić Warszawę z bezwzględnego prymatu Pałacu Kultury, będącego wszak symbolem sowieckiej okupacji.

Im bliżej sesji egzaminacyjnej, tym większa liczba filmów do przetłumaczenia. Nie dość, że zaczynam nie wyrabiać się z nauką, zgodziłem się również na pomaganie w sekretariacie naukowym O*** UW. Pracowałem tam, jak pamiętacie, przez cały poprzedni rok, teraz zaś spędziłem tam tydzień, aby zastąpić nieobecną koleżankę. Rok temu sekretariat miał sporo pracy pomimo trzech zatrudnionych na stałe pracowników, tydzień temu zaś zarządzałem sekretariatem samodzielnie. Wiedziałem, że będę miał sporo pracy, ale przyjąłem ofertę z ciekawości, czy coś się przez ostatni rok zmieniło. Okazało się, że nadal panuje twórczy chaos, ale udało mi się na szczęście wszystko ogarnąć. Obawiałem się troche ponownego spotkania z prof. A., bo przecież zrezygnowałem ze stworzonego przez niego kierunku studiów, ale okazało się, że prof. A szanuje moją decyzję i podziela moje przekonanie, że nie powinno się nigdzie studiować na siłę. Przyznałem się, że rozminąłem się z etosem jego studiów i nie chciałem naginać na siłę ani studiów pod siebie, ani siebie pod studia. Powiedział, że rozumie i podziękował, że jestem w stanie pomóc, więc spotkanie po roku zakończyło się wcale pozytywnie.

Słyszałem ostatnio pogłoskę, jakoby zamierzali zlikwidować warszawską Palmę. Byłaby to wielka szkoda, gdyż to właśnie Palmie udało się wyzwolić Warszawę z bezwzględnego prymatu Pałacu Kultury, będącego wszak symbolem sowieckiej okupacji. Nie wiem, czy Palma podlega po prostu renowacji, czy zostanie usunięta na stałe. Obecnie pozbawiono ją liści i kory; został jedynie falliczny, betonowy pręt. Tak czy inaczej przymierzam się do zasadzenia kilku prawdziwych palm na własnej działce. Palmy rosły sobie swobodnie w Polsce w Średniowieczu, przyjmą się i teraz.

15.5.07

Codzienność...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

Ze zdziwieniem, ale i z zadowoleniem stwierdzam, że oto wpadłem w nastrój, który zwykł był mnie dopadać wielokrotnie podczas każdej poprzedniej zimy. Ze zdziwieniem, ponieważ obecna pora roku – kalendarzowego i akademickiego – nie powinna była w zasadzie skłonić mnie do rezygnacji ze stanu narcystycznego samozadowolenia. Inwazja wisielczego humoru była dotychczas nierozerwanie związana ze znacznie ciemniejszymi, zimowymi nocami i depresyjnie krótkimi dniami. Czas jednak, jak wiadomo, jest względny: ten fizyczny siłą rzeczy, a tym bardziej ten psychologiczny. Obecnie dni sprawiają wrażenie cokolwiek krótkich, podejrzewam więc, że moje dosyć negatywne nastawienie do rzeczywistości wynika z subiektywnego panowana prywatnej, psychologicznej zimy. Jednocześnie patrzę na ów nastrój z zadowoleniem. Cokolwiek się wydarzy przez następne sześć tygodni, później już będą wakacje, a te przecież będą przyjemne, prawda...?

Minął już dobry tydzień, odkąd wróciłem na studia po przerwie świątecznej, ale zdążyłem już się zmęczyć tak, jakbym studiował nieustannie ponad miesiąc. Nie udało mi się odpocząć przez święta, a raczej: świąteczne nicnierobienie, powszechnie (acz pozornie) związane z odpoczynkiem, okazało się dosyć męczące. Dobrą połowę każdej nocy poświęcałem losowemu browse'owaniu Wikipedii, kierując się strumieniem świadomości ku przeróżnym, często bardzo od siebie odległym zagadnieniom. Tradycyjna, papierowa encyklopedia jest być może bardziej rzetelna, ale losowe jej czytanie sprawia, że nie sposób dostrzec żadnego związku pomiędzy czytanymi wyrywkowo artykułami. Natomiast skacząc sobie stochastycznie po Wikipedii, można dojść od Teilharda de Chardin do anarchofeminizmu, zatrzymując się po drodze przy Punkcie Omega i muzyce glitch, zachowując nadal cień szansy, że nasza podróż ku wiedzy kierowała się jakimś racjonalnym wyborem materiału. Zdarzało mi się czytać artykuły o zjawiskach, które zupełnie mnie dotychczas nie interesowały (rytm perkusyjny), ale raczej się trzymałem muzyki, ideologii i filozofii. Ponieważ mam zamiar przeczytać (ze zrozumieniem!) w wakacje kilka ciekawych książek hard science-fiction (Egan, Chiang...), próbowałem też zrozumieć kilka zagadnień z zakresu fizyki. Niestety skapitulowałem.

Wpadnięcie z rozpędu do studni wiedzy jest ciekawym doświadczeniem, ale na dzień dzisiejszy z tej praktyki zrezygnowałem, ponieważ żadna ilość wiedzy nie była mi w stanie zrekompensować braku snu. Budziłem się natomiast dosyć wcześnie, ponieważ na naszą działkę, gdzie trwają obecnie prace budowlane, dzień w dzień zajeżdżały ciężarówki z materiałami budowlanymi i jakiś murzyn musiał je siłą rzeczy rozładowywać. Tym murzynem byłem często właśnie ja, a noce spędzone na Wikipedii nie były niestety wystarczającą wymówką od pracy. Rano męczyła mnie praca fizyczna, wieczorem zaś zaśmiecanie mózgu wiedzą, w międzyczasie próbowałem więc znaleźć jakiś złoty środek i albo jeździłem na rowerze, albo oglądałem kolejny odcinek serialu / czytałem kolejny numer czasopisma. Powinienem był się też trochę pouczyć, powtórzyć już coś do sesji, ale biorąc pod uwagę moje obecne nastawienie, nie ma się co łudzić, że coś by z tego wyszło.

Ze zdziwieniem, ale i z zadowoleniem stwierdzam, że oto wpadłem w nastrój, który zwykł był mnie dopadać wielokrotnie podczas każdej poprzedniej zimy.

Jak na ironię, dostałem zlecenie tłumaczenia dopiero wtedy, gdy zdążyły mi się skończyć wolne dni. Trafił mi się wyjątkowo niewdzięczny film, czarno-biały i archaiczny, przepełniony zdaniami wielokrotnie złożonymi i polityczną retoryką. Zarwałem na niego dwie kolejne noce weekendu i prawdopodobnie właśnie dlatego zupełnie nie przewiduję zmiany nastawienia na mniej pesymistyczną przez najbliższych kilka dni. Jutro pewnie wyżyję się na studiach, udowadniając wszem wobec, że nie mają racji, choćby ją i mieli, wieczorem zaś zasiądę przed komputerem i po pięciu minutach naiwnego hurraoptymizmu zrezygnuję z zamieszczenia kolejnej notki, by zająć się grą w jakiegoś space shootera lub inne retro-badziewie.

C'est la vie, cholera, codzienność kolejnych wyrzeczeń na wszystkich frontach i kolejnych zmarnowanych chwil. Oby do wakacji, choć nie jest to najmądrzejsze nastawienie.