Myriads Of Me: Tellur's Journal

Wanderlust%20ProjectQuantcast

Wanderlust Project to moje muzyczne alter ego – projekt, nad którym pracuję od końca 2008 roku. Zapraszam Was do przesłuchania mojej twórczości!

30.6.07

Prezentacja...


Dotarłem niedawno do dawno nieodwiedzanych czeluści mojego dysku twardego i odkryłem, że nadal posiadam prezentację maturalną z języka polskiego. Musiała przetrwać padnięcie mojego laptopa na jakimś pendrivie, a później prawdopodobnie przerzuciłem jego zawartość na dysk bez wchodzenia w szczegóły, co właściwie udało mi się uratować. Ponieważ prezentacja dotyczy fantastyki naukowej jako gatunku literackiego, postanowiłem ją opublikować jako część tego cyklu. Powstała dzięki rozmowie telefonicznej z Rafałem Ziemkiewiczem, lekturze jego szkiców o fantastyce naukowej ze zbioru felietonów pt. "Frajerzy", rozmowom e-mailowym z Maćkiem Parowskim oraz szkicom Roberta Klementowskiego. Nie ma oczywiście charakteru pracy naukowej, po prostu kompiluje przemyślenia wyżej wymienionych panów i nadaje im mój subiektywny punkt widzenia. Przypominam, że jest to prezentacja ustna, więc jej zapis nie posiada charakteru literackiego, lecz roboczy.


Charakterystyka i przesłanie polskiej fantastyki naukowej od Stanisława Lema po współczesność

WSTĘP

Podejmując próbę definicji tak różnorodnego gatunku, jakim jest fantastyka naukowa, nie należy szukać odpowiedzi w definicji słownikowej; fantastyka naukowa bowiem, o ile początkowo dawała się objąć klasyczną definicją, w wyniku przemian zachodzących przez dekady coraz bardziej ulegała synkretyzacji i przyswajała na własny użytek dążenia literackie przypisywane innym gatunkom. Opisywała początkowo optymistyczną przyszłość, w latach osiemdziesiątych zaś – gdy rzeczywistość zaczęła się do fantastyki niebezpiecznie zbliżać – ta zaczęła skupiać się na teraźniejszości, na codziennych lękach i marzeniach. Na potrzeby dzisiejszego wywodu najwygodniej będzie określić fantastykę naukową jako swoistą przypowieść, rzecz jasna – uprawdopodobnioną naukowo lub pseudonaukowo – która, wykorzystując możliwości gatunku, pełni rolę dydaktyczną i poznawczą, niekiedy: propagandową lub opozycyjną. Uważam, że fantastyka jako przypowieść zawsze aspirowała do pełnienia roli folkloru ery postindustrialnej, zarówno czerpiąc z odwiecznych ludzkich marzeń i obaw, jak i próbując odpowiedzieć na pytania, które zostaną prawdopodobnie zadane przez ludzkość dopiero w przyszłości. Przykładem uwspółcześniania mitu przez fantastykę naukową jest gatunkowy archetyp robota, który stanowi przecież kontynuację średniowiecznej, żydowskiej przypowieści o golemie. Natomiast przykładem wybiegania w przyszłość jest próba opisania społeczeństwa przeludnionego, w stagnacji, często postapokaliptycznego (po wojnie atomowej).

Celowo sformułowałem temat w ten, a nie inny sposób. Nie zamierzam prześledzić ewolucji polskiej fantastyki – gdyż fantastyka nigdy nie ewoluowała liniowo, zawsze poszukiwała raczej nowych wyzwań na wielu odrębnych płaszczyznach. Chciałbym raczej skupić się na przesłaniu, które fantastyka zawsze niosła jako współczesna przypowieść; omawiając jednocześnie praktyczną rolę, którą w danym okresie odgrywała.

Czynnikiem decydującym o osobliwości polskiej fantastyki była PRL. Pisarze, nie mogąc wszak rzetelnie analizować otaczającej ich rzeczywistości, czuli się w Polsce wyobcowani jako twórcy, niejako zmuszeni do poszukiwania innych dróg samorealizacji artystycznej. Pisarzy fantastyki z okresu PRL określa się mianem "pokolenia nomadów" – czyli osób nie mogących znaleźć dla siebie miejsca, nie potrafiących w tamtej rzeczywistości osiąść na stałe. Byli zmuszeni do tworzenia tzw. "literatury zamiast" – i tą "literaturą zamiast" stała się właśnie fantastyka. Ów fakt wpływa na charakter polskiej literatury science-fiction. Fantastyka polska zawsze z PRL-em na swój sposób walczyła, początkowo – tworząc środowisko twórcze będące ucieczką od wszechobecnej propagandy, następnie zaś – w wyniku kolejnych ustępstw władz i sprawnego omijania cenzury – coraz śmielej krytykując system państwowy.

ROZWÓJ POLSKIEJ FANTASTYKI

Przystępując do omawiania fantastyki polskiej, pragnę zauważyć, że tzw. "ojciec chrzestny polskiej fantastyki" – Stanisław Lem, początki twórczości którego przypadają na lata pięćdziesiąte – wpisuje się w zachodnie tendencje rozwoju gatunku, więc charakterystykę jego twórczości omówię w nawiązaniu do rozwoju gatunku jako całości. Następnie – przystępując do omawiania fantastyki lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych – skupię się wyłącznie na fantastyce polskiej, gdyż w tamtym okresie polska fantastyka stanowi interesującą osobliwość na tle całego gatunku. Fantastyka III RP jako przypowieść powraca do ogólnych, zachodnich trendów, dzieląc się na fantastykę rozrywkową i problematyczną. Postaram się mimo wszystko zaakcentować narodowy koloryt tej twórczości.

Należałoby więc zacząć od Stanisława Lema. Choć przed Lemem pisarze polscy zawierali w swoich dziełach elementy fantastyczne – wystarczy wspomnieć szklane domy u Stefana Żeromskiego lub też stop metalu lżejszy od powietrza w "Lalce" Bolesława Prusa – to właśnie Lem uważany jest za ojca gatunku w Polsce. Swoją początkową twórczością, tzw. nurtem optymistycznym, wpisuje się Lem bezpośrednio w Złoty Wiek science-fiction, czyli fantastykę ortodoksyjnie i konsekwentnie naukową, jednocześnie – optymistyczną. Początki tej odmiany fantastyki naukowej można wywieść z oświeceniowej fascynacji postępem technicznym oraz z pozytywistycznego scjentyzmu. Wyewoluowała bezpośrednio z Verne'owskiego romansu naukowego, wcześniej rezygnując z ważnego dla Verne'a motywu przygody i romansu, na pierwszy plan wynosząc rozwój naukowy i optymistyczne prognozy o przyszłości. W zachodniej fantastyce naukowej bohaterem najczęściej bywał genialny naukowiec, powieści zaś analizowały skutki upowszechnienia się jakiegoś przełomowego wynalazku naukowego. Stanisław Lem – pisząc w Polsce komunistycznej – pisał początkowo o uzdolnionym kolektywie naukowców, którzy wspólnie parli ku komunistycznej przyszłości. Mimo PRL-owskich naleciałości, wyraźnie daje się w wyodrębnić w jego twórczości optymizm charakterystyczny dla Złotego Wieku science-fiction.

Na początku lat sześćdziesiątych Lem wyraźnie zmęczył się zniewalającym charakterem państwa, dając temu wyraz w powieści "Powrót z gwiazd" z roku 1961. Powieść ta wpisuje się w polski nurt socjologiczny i omówiłbym ją razem z powieściami z lat 70, gdyby nie dwie istotne różnice. Po pierwsze, choć powieść Lema opisuje dystopijne społeczeństwo, bohaterem powieści jest postać z zewnątrz – powracający na Ziemię astronauta – który dostrzega wprawdzie zgubny charakter zastałego społeczeństwa, lecz postanawia z nim nie walczyć, usiłuje się asymilować. Powieść "Powrót z gwiazd" nie wytycza więc dalszego kierunku dla powieści socjologicznych. Bohater z zewnątrz w późniejszych powieściach traci na znaczeniu na rzecz opisywania członków systemu, asymilacja ustępuje miejsce próbie konfrontacji z systemem lub alienacji od systemu.

Zupełnie inne podejście do fantastyki socjologicznej wykazuje późniejsze "pokolenie Hamletów" – nazwane tak, gdyż bohaterowie ich powieści, niczym Hamlet, dowiadują się prawdy o otaczającym ich świecie i starają się doprowadzić do sprawiedliwości, wyzwolić się z niekorzystnego dla nich układu. Termin "Hamlet" nie określa według mnie wyłącznie bohaterów powieści, lecz również samych pisarzy: gniewnych nonkonformistów, lecz zarazem przegranych sceptyków.

Co ciekawe, większość pisarzy "pokolenia Hamletów" wywodziła się ze środowisk nauk ścisłych. Potencjalni humaniści, nie chcąc uczęszczać na wykłady komunistycznej propagandy, zapisywali się do politechnik, tam natomiast, folgując swoim humanistycznym zainteresowaniom, łączyli je z nowym zamiłowaniem do nauki, pisząc hobbistycznie fantastykę naukową. Owo środowisko zwane jest umownie "Inżynierami", gdyż ów termin oddaje politechniczne pochodzenie pisarzy. Debiutowali przede wszystkim w czasopiśmie "Młody Technik", pisząc opowiadania należące do kanonu Złotego Wieku science-fiction, by następnie, w latach siedemdziesiątych, zacząć walczyć z PRL-em w powieściach socjologicznych. Następne pokolenie – tzw. "Humaniści" – przejęli gatunek w latach osiemdziesiątych i piszą fantastykę do dziś.

POLSKI NURT SOCJOLOGICZNY

Czytając powieści socjologiczne lat siedemdziesiątych, można dojść do wniosku, iż wszystkie zostały napisane na jedną modłę. W istocie, w przypadku powieści podejmujących tematy społeczne i polityczne, oryginalność schodzi na drugi plan, dając miejsce przesłaniu i argumentom. Publicysta i krytyki literacki, Maciej Parowski, w swoim szkicu pt. "Kilkunastu Hamletów" wyodrębnił cechy wspólne wszystkich powieści dystopijnych, jednocześnie akcentując cechy indywidualne każdej z nich. W każdej powieści występuje kastowość systemu społecznego, o wyraźnie określonej strukturze. Znikoma mobilność wertykalna, połączona z niemalże ograniczoną mobilnością horyzontalną dają w efekcie świat zniewolony, najczęściej zresztą samoistnie, nie przez czynnik zewnętrzny. Dla przykładu, w powieści "Wyjście z cienia" Janusza Zajdla cały świat został podzielony wzdłuż południków i równoleżników na kwadratowe sektory, bez możliwości podróżowania pomiędzy nimi, by dzieło zniewolenia było łatwiejsze. W powieści "Paradyzja" natomiast przestrzeń społeczeństwa została ograniczona sztucznie do dwunastu cylindrycznych hangarów, władza natomiast fałszuje nawet prawa fizyki, by nie dopuścić do wyjścia poza ograniczoną przestrzeń.

Kolejnym czynnikiem jest przejście od punktu "nie wiem" do punktu "wiem" przez bohaterów powieści. W większości późniejszych powieści socjologicznych bohater stanowi część systemu i razem z czytelnikiem poznaje jego wady. Zdarza się, iż nie od razu podejmuje walkę. W powieści "Limes inferior" Janusza Zajdla bohater podejmuje walkę z systemem dopiero wtedy, gdy popada w konflikt z prawem, w "Twarzą ku ziemi" Macieja Parowskiego natomiast bohater, kuszony kolejnymi ustępstwami władz, zaprzestaje prywatnego śledztwa w imię prawdy. Niezależnie od motywów kierujących bohaterami, każdy zostaje ostatecznie postawiony przed koniecznością wyboru: poznawszy prawdę o mechanizmach systemu, bohater musi zadecydować o potencjalnej konfrontacji z systemem, może natomiast zadecydować, przekonany płynącymi z nowej wiedzy profitami, że będzie ów system czynnie współtworzył. W powieści "Twarzą ku ziemi" Parowskiego bohater przystępuje do administratorów systemu społecznego, w "Limes inferior" Zajdla natomiast – ucieka w inny wymiar, tym samym wybierając odizolowanie.

Niezależnie od osobliwości każdej powieści, świat w nich przedstawiony jest w mniejszym lub większym stopniu szczególną alegorią PRL-u, zawsze natomiast – ogólnym przedstawieniem mechanizmów zniewolenia w państwach totalitarnych. "Paradyzja" Zajdla była aluzją do łamania praw obywatela w Polsce i do faktu zamknięcia Polski na świat, obecnie natomiast doskonale czyta się ową powieść w kontekście Korei Północnej.

Twierdzenie, że polska fantastyka przyczyniła się w jakimkolwiek stopniu do obalenia PRL-u, byłoby przesadne. Nie ulega jednak wątpliwości, że przygotowała pokolenie pisarzy, publicystów i polityków, którzy potrafili odnaleźć się w III RP. Pisarze Ci nadal zajmują się opisywaniem polskiego społeczeństwa, podejmując szereg tematów politycznych, społecznych i historycznych związanych z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością.

29.6.07

Recenzje... (Część II)


Jacek Dukaj

10 sposobów na zgnojenie książki (Część II)

Stronice Dukaja

Przez sugestię

Sposób wymagający obszernej recenzji, niejakiej cierpliwości czytelnika oraz recenzenta z nazwiskiem i sprawnym piórem; o niepewnej skuteczności, za to całkowicie bezpieczny. Stosuje się w przypadkach tytułów, przy których nie ma się do czego przyczepić, a pochwalić nie wypada.

Recenzja przepływa wówczas raczej ku formie luźnego eseju – przez pierwsze 2/3 tekstu recenzent nie pisze o książce, lecz snuje jakieś smętne dygresje na temat ogólnego upadku literatury, mierności intelektualnej braci pisarskiej, doznanych rozczarowań życiowych, kryzysu światowego, bezrobocia, upadku czytelnictwa, brudnego śniegu za oknami, dręczącego go uporczywie kaca, upadłych kobiet, powszechnej męki egzystencjalnej i bezcelowości wszelkich człowieczych poczynań, w szczególności okołokulturowych, etc., etc. Na koniec wspomina o książce, którą mu wcisnęli do zrecenzowania: owszem, jest taka, o tym i o tym, przeczytałem, nawet niezła; idę się upić.

Jak łatwo spostrzec, sposób zasadza się na wolnej asocjacji skojarzeń dokonującej się w umyśle czytelnika. Psychologicznie jest to ta sama metoda, która po kilku pytaniach o węgiel, Murzynów itp. wymusza u delikwenta odruchowe przyznanie, iż mleko jest czarne. Recenzent nie napisze o książce jednego złego słowa – a jednak potencjalny jej czytelnik/nabywca zostanie zniechęcony.

Z koherencji wywodu

Sposób bardzo popularny wśród profesjonalnych krytyków, wiele przykładów jego zastosowania można znaleźć w "poważnych" periodykach literackich; w większości przypadków (przypuszczam) używany już odruchowo i zgoła podświadomie. Rzadko samodzielnie – przeważnie w kombinacji ze sposobami "Przez szczegół", "Przez ogół" itp. Skuteczny.

Jak wiadomo, jedna z definicji prawdy zakłada, iż prawdą jest wszystko, co spójne i niesprzeczne – wewnętrznie oraz z resztą obrazu świata. Definicja taka posiada wielu zwolenników także z tej przyczyny, iż istotnie jest coś takiego, co skłania nas do wiary w koncepcje i twierdzenia eleganckie, domknięte, ładnie się wpasowujące w ogół, o przejrzystej, krystalicznej strukturze. Recenzent wykorzystuje tę właściwość. Stawia tezę deprecjonującą dany utwór (w rodzaju: "debiuty w prozie przed trzydziestką nie warte są lektury", "nie potrafimy pisać o współczesności", "byle gówno z logo SF czy fantasy na okładce sprzeda się w wielotysięcznym nakładzie" itp.; dobrze jest, gdy teza należy do owych "prawd obiegowych", którym czytelnik raczej przytaknie niż zaprzeczy), po czym dokłada do niej kolejne tezy-opinie, niczym puzzle do raz wybranego ogólnego kształtu; i tak też pasują: bez najmniejszej szczeliny. Po ułożeniu ukazuje się nam obraz wzorcowego gniota.

Rzecz kończy się efektowną konkluzją oraz jakąś mądrą refleksją, aforyzmem czy cytatem. Słowem: przykładna krytyczna robota. Czytelnikowi nawet przez myśl nie przejdzie zwątpić w podaną ocenę, przyjrzeć się bliżej przesłankom i zakwestionować mechanizmy argumentacji (zakładając, iż recenzent odwołuje się w ogóle do jakichkolwiek związków logicznych w recenzji; nie jest to konieczne, nie logika ją spaja). Recenzja jest tak doskonała, iż z pewnością całkowicie prawdziwa – inaczej by przecież wszystko do siebie tak nie pasowało.

Proszę nie lekceważyć siły perswazyjnej tego sposobu! Wszyscy przecież dobrze wiemy, iż praktycznie nie zdarzają się książki oceniane jednoznacznie i nie wyłamujące się jakoś z klasyfikacji – a jednak drzemie w nas to podświadome dążenie do bezpiecznej schematyzacji świata, uporządkowania go.

Sposób ten (jako jeden z nielicznych) działa nawet wówczas, gdy się wcześniej samemu przeczytało omawianą książkę i wyniosło z lektury do pewnego stopnia odmienne wrażenia: recenzent je jednak porządkuje i jego czarny kryształ zwycięża.

Po przyłożeniu złej miary

Sposób w swej metodzie podobny sposobowi "Przez porównanie"; tu jednak cały trick polega na operacji poprzedzającej: na wyborze miary, którą przyłożymy do utworu. Nie jest bowiem tak – jak zdaje się wierzyć spora część krytyków – że każdy autor przystępując do pisania celuje w drugą "Zbrodnię i karę" czy "Ulissesa"; nie tam zmierza i nie tam dociera.

Spokojnie można zatem zgnoić genialnie pomyślany i przeprowadzony kryminał jako porażkę powieści psychologicznej czy metafizycznej. Powieść psychologiczną ganimy za powolną i nieatrakcyjną fabułę. Fantastykę za oderwanie od rzeczywistości. Etc., etc. Ta choroba pomieszania aksjomatów w pełnej glorii swych schizofrenicznych symptomów widoczna jest w polskiej krytyce filmowej – ale i literatura nie ma tu co narzekać.

Sposób ten, na zasadzie jakiegoś obyczaju środowiskowego, utarł się jako "słuszne podejście" i standardowo jest stosowany jako gambit otwierający, w całkowitej lub częściowej nieświadomości (tak przypuszczam) większości stosujących. Jest on konsekwencją takiego poglądu na sztukę, który nazwałbym maksymalizmem, a który w Polsce wciąż chyba jeszcze dominuje: Prawdziwa Literatura to są te tu arcydzieła, a reszta to coś, co aspiruje do literatury, ale poniosło porażkę, literaturą nie jest. Oczywista musimy teraz pokazać, z czego wynika ta porażka.

Wymieniam tu ów sposób, ponieważ czytelnik recenzji nie zna intencji krytyka i nie wie, który manewr to zamierzona perfidia, a który wynika z ogólnego zamętu pojęciowego.

Zresztą trick jest uniwersalny. Nie wszystkie miary są ze sobą kompatybilne; i, logicznie rozumując, nie mają prawa być. Zatem dla każdego kryterium, podług którego oceniana rzecz okazuje się sukcesem autora, znaleźć można takie, które z żelazną logiką opisze onże utwór jako literacką porażkę.

Przez zagłaskanie

Sposób specyficzny, rzadko stosowany, o wątpliwej skuteczności; przewrotny i subtelny. Stosuje się tylko do niektórych książek: tych o wyraźnym przeznaczeniu komercyjnym – lecz nie z najniższej literatury popularnej (jej czytelnicy w ogóle nie zauważają takich bytów literackich jak recenzje). Celem nie jest tu bowiem zgnojenie krytycznoliterackie – bo to nijak dziś nie przeszkadza w zostaniu bestsellerem – lecz zniechęcenie potencjalnych czytelników/nabywców.

By to osiągnąć, recenzent zachwala tytuł wspinając się na wyżyny swej erudycji. Używa skomplikowanych terminów z teorii literatury, przywołuje egzotyczne nazwiska, buduje wielopiętrowe porównania; wszystko w długich, wielokrotnie złożonych zdaniach o germańskim szyku. Opcjonalnie (jeśli np. nie starcza mu wiedzy) może wylewać swój zachwyt w egzaltowanych wynurzeniach: jaki to psychiczny impakt wywarł utwór na jego duszę itd. – tłusta emfaza na najwyższych obrotach. Ogólnie zamierzenie jest takie, by czytelnik recenzji wyniósł wrażenie, iż oto ma do czynienia z drugim "Finnegan's Wake", jeszcze bardziej ambitnym. O ile recenzja taka ukaże się w dużym nakładzie i w tytule opiniotwórczym (zakładając, iż o ogóle istnieją takowe w dziedzinie kultury), można się spodziewać spadku sprzedaży książki.

Sposób możliwy tylko w określonych warunkach: płytkiego rynku książki, wątłej prasy literackiej, w stosunku do książek autorów o niewyrobionych nazwiskach, za którymi nie stoją żadne duże wydawnictwa. Warty uwagi właściwie jedynie z uwagi na swą cyniczną przewrotność (wtajemniczeni i tak czytają między wierszami).

Na chama

Sposób ryzykowny, choć bywa skuteczny. Zero wyrafinowania. Świadczy raczej o desperacji recenzenta: książka jest tak niezaprzeczalnie dobra, że nic innego mu już nie pozostaje.

Otóż wali on wówczas prosto z mostu: że rzecz jest napisana niechlujnie i bez polotu, postaci niewiarygodne, fabuła mętna, nielogiczna i nudna, nie prowadząca donikąd, pomysł wtórny, całość żałosna, omal grafomania. Nie kupować; nie czytać – szkoda czasu i pieniędzy. Autor dał plamę.

Recenzent pisze to w całkowitej rozłączności z wrażeniem, jakie faktycznie wyniósł z lektury. Szersze uzasadnienie powyższych opinii (jeśli w ogóle możliwe ze względu na ograniczenie objętości) pozostaje kwestią jego inteligencji i sprawności pióra.

Sposób jest ryzykowny, ponieważ może (tak, czasami się to zdarza!) sprowadzić na głowę recenzenta ostre kontry ze strony jego kolegów. W gruncie rzeczy jednak recenzent nie ma czego się bać: nikt mu nie udowodni, że faktycznie nie uważa książki za złą. Ostatecznie nie istnieje coś takiego, jak obiektywna recenzja, każdy to wie...

A poza tym – jaki procent czytelników recenzji w ogóle czyta recenzowane książki? W szczególności – ilu poświęci na nie swój czas i pieniądze po takiej krytyce?

Nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Napisać można wszystko.

Za tą pół żartem, pół serio instrukcją pisania złych recenzji z dobrych książek kryje się jedno poważne pytanie z dziedziny krytyki krytyki (czyli chyba metakrytyki?). Czy w ogóle istnieją jakiekolwiek kryteria oceny wartości utworów literackich? czy też rzeczywiście jest tak, że recenzent może napisać w formie opinii wszystko i żadnym sposobem nie można mu dowieść premedytowanego oszustwa i krzywdy dla autora i książki?

Oczywiście istnieją progi minimum: poprawność gramatyczna, ortograficzna (ze stylistyczną już gorzej, proza awangardowa wiele zniesie). Ale powyżej nich – wolnoamerykanka, full-contact. Czytywałem już mordercze recenzje rzeczy uznawanych przeze mnie za arcydzieła i (te, przyznaję, częściej) apollińskie chwalby omal grafomanii (grafomanii w moich oczach, rzecz jasna). I w 90% przypadków o uczciwości recenzenta mogłem jedynie luźno dywagować – przypuszczam zresztą, że większość z nich i tak wtórnie racjonalizuje swoje podłości i nadbudowuje nad nimi całe ideologie.

Notabene tak się mogło było zrodzić w sztuce sporo słynnych trendów. (Czy ktoś już napisał "Spiskową historię kultury"?)

Podaje się różne doraźne metody zaradcze. Np. znaleźć sobie takiego recenzenta, którego gust przetestowaliśmy na sporej liczbie tytułów jako maksymalnie zbieżny ze swoim – i jego opinii się trzymać. Ale to pomaga w orientacji czytelnikowi – co jednak pomoże autorowi, którego książka dostała się przypadkiem w jakiejś literackiej burdzie pod glany krytyków? Ci czytelnicy, którzy specjalnie wyszukują rzetelnych recenzentów, niewiele go obchodzą, bo to jest ten górny margines, który czyta tak czy owak i nie on decyduje o sukcesie/porażce książki.

Nie mam rady. Środkiem pośrednim byłaby jakiegoś rodzaju presja na decydentów obsadzających stanowiska kontrolujące kanały opiniotwórcze, żeby pozory uczciwości stały się czynnikiem zwiększającym zyskowność medium. Ale nie oczekiwałbym tu powodzenia: kultura (w Polsce) to pryszcz na gospodarce.

Otuchą napawa mnie tylko jedna rzecz. Wzorując się na Amazon.com internetowe księgarnie wysyłkowe (właściwie wszystkie) przyjęły zwyczaj udostępniania strony danej książki dla recenzji klientów. Każdy może napisać swoją opinię i zostanie ona automatycznie zamieszczona przy komentowanym tytule. Przeważnie stosuje się skalę od 1 do 5. Średni rating stanowi standardową rekomendację przy zakupie. Oczywiście, ponieważ napisać może każdy (i faktycznie, piszą wszyscy), w tej internetowej anarcho-demokracji przechodzą zdania najbardziej kuriozalne, nie ma filtru na tych, co np. książki w ogóle nie czytali. Jednak powyżej pewnej progu ilościowego nadesłanych ocen (ok. 20) naprawdę można już wnioskować o wartości utworu z dużą i wzrastającą pewnością; a liczba komentarzy na temat najpopularniejszych tytułów w Amazonie sięga kilkuset.

Czyżbym tu postulował pozbawienie krytyków ich pracy? Nie. Jedynie odciążenie jednej z ich funkcji: kreującej na rzecz opisowej. Czy to znaczy, że krytyka nie powinna mieć wpływu na gusta czytelnicze? To byłby postulat absurdalny: nawet suchy opis jakoś wpływa. Tych dwóch rzeczy nie da się rozdzielić.

Jednakowoż obecnie odnoszę wrażenie, iż funkcja kreująca jest (w większości przypadków) do tego stopnia pierwotną względem opisowej, diagnozującej – że każda ocena tekstu stanowi zaledwie odpryskową pochodną jakiegoś (ujawnianego lub nie) trendu, programu, przekonania środowiskowego, któremu hołduje dany recenzent. Należy zatem czytać między wierszami i deszyfrować podług stosownych kluczy. Mam nadzieję, że przynajmniej parę z opisanych tu przeze mnie okaże się użytecznych.

Recenzje... (Część I)


Udało mi się ostatecznie zamieścić wszystkie recenzje książek Fabryki Słów, które zamierzałem napisać. Nie wszystkie z nich są wystarczająco dobre. Miałem wprawdzie na studiach przedmiot "wstęp do krytyki literackiej", ale tak na dobrą sprawę nauczyłem się jedynie nazw przeróżnych szkół i nurtów krytyki literackiej, a nie zyskałem żadnych narzędzi do przeprowadzania własnej. Postanowiłem więc zamieścić cały artykuł Jacka Dukaja "10 sposobów na zgnojenie książki", aby przynajmniej pamiętać, jak na pewno nie powinno się krytyki literackiej przeprowadzać. Polecam.


Jacek Dukaj
10 sposobów na zgnojenie książki (Część I)
Stronice Dukaja

Z porównania drukowanych w różnych pismach recenzji oraz samych ich przedmiotów rodzi się w umyśle czytelnika, wnioskującego na podstawie owych jedynych dostępnych mu danych, konkluzja co do faktycznej funkcji krytyki literackiej. Otóż najwidoczniej jej teksty nie służą informowaniu potencjalnych nabywców o zaletach/wadach poszczególnych książek, nie służą promocji tytułów wartościowych (jakiekolwiek kategorie wartości byśmy tu przyjęli) ponad kulturowe śmiecie; nic z tych rzeczy.

One stanowią fragmenty personalnego sporu toczącego się bez końca na łamach periodyków. Tak jak politycy "rozmawiają" ze sobą przez telewizję i radio, tak też krytycy "kłócą" się ze sobą – starają przeforsować własne zdanie, własną aksjologię, własne preferencje, podgryźć adwersarzy i pośrednio ich zdeprecjonować – przy pomocy tekstów krytycznych. Także – a może i przede wszystkim, zważywszy na ich ilość – recenzji. Tryumf lub publiczne zgnojenie danej pozycji zadaje cios znienawidzonej ideologii, środowisku, czasopismu czy krytykowi.

Poniższy szkic służyć ma wprowadzeniu niezorientowanych w tajniki tej krytycznoliterackiej erystyki. Podobnie jak podręcznik Schopenhauera, pisany jest po trosze z cynicznym przymrużeniem oka – zwłaszcza nie należy go traktować jako stuprocentowego uogólnienia. Jednak chyba każdy bez trudu wskaże z pamięci co najmniej parę przykładów zastosowania sposobów.

Wymienię ich tu dziesięć.

Przez szczegół

Sposób ostatnimi czasy bardzo popularny, ponieważ najskuteczniejszy w warunkach wymuszonej zwięzłości, tzn. gdy z powodu ograniczeń objętościowych recenzent uzasadnia swą opinię w góra kilkunastu zdaniach. Dla zgnojenia książki wystarczy wówczas przytoczyć z niej in extenso 2-3 zdania. Po owych cytatach, mniej lub bardziej wyrwanych z kontekstu, następuje podsumowanie wyrażone zazwyczaj w formie zawoalowanej (lub jawnej) złośliwości, zawsze jednakiego sensu: że mianowicie oto sami państwo widzicie, jaka to jest książka.

Trick polega na tym, iż książki, w których nie sposób znaleźć 2-3 przykładów nieporadności stylistycznej, błędu merytorycznego czy gramatycznego, wreszcie niezamierzonej śmieszności – otóż książki takie zdarzają się na zasadzie wyjątku, przy czym ta ich powierzchowna perfekcja pozostaje w nikłej bądź żadnej korelacji z ogólną jakością literacką, stanowiąc raczej dowód solidności roboty edytorskiej (redaktorskiej, translatorskiej etc.), aniżeli czegokolwiek innego.

Sposób bardzo bezpieczny: w warstwie wymowy dosłownej recenzent pozostaje w absolutnej zgodności z prawdą; może nawet mieć się za krzyżowca słusznej sprawy, ostatniego purystę literatury. Na dodatek jest to sposób o wysokiej skuteczności perswazyjnej: czytelnik recenzji odnosi wrażenie, że ma do czynienia z omówieniem maksymalnie obiektywnym. Wszak sam przeczytał fragmenty inkryminowanego tekstu i widzi, co on warta!

Czego autor nie napisał

Sposób niezawodny, działa wobec 100% literatury pięknej i znacznej części niebeletrystyki. Chwyt jest w swej istocie niezmiernie prosty: otóż recenzent nie rozwodzi się nad tym, co autor napisał, lecz – czego nie napisał. Nie znaczy to bynajmniej, iż łże na temat treści książki. Nie: on po prostu wylicza autorowi zmarnowane szansy, rzeczy pominięte, problemy nie rozwinięte, okazje nie wykorzystane, i ogólnie – szeroko opisuje, co na miejscu autora napisałby sam, więcej i lepiej.

Zalety sposobu są rozliczne. Przede wszystkim, nie istnieje taka powieść, której nie dałoby się jakoś udoskonalić lub która nie dopuszczałaby jakiegoś dopełnienia. (Proszę samemu zdjąć z półki pierwsze z brzegu klasyczne dzieło i napisać w tej manierze druzgoczącą z niego recenzję; zaskoczy państwa, jakie to proste). Nadto sposób ten pozwala sprokurować nawet bardzo obszerną recenzję odnosząc się do samej książki w stopniu minimalnym, tzn. bez zająknięcia się o jakichkolwiek jej zaletach – wszak to, co i jak autor napisał pozostaje poza kwestią; recenzent gani go za to, czego ów nie napisał.

Sposób bezpieczny. Nadto pozwala na udowodnienie wyższości intelektualnej recenzenta: gdyby tylko mu się chciało, jakie arcydzieła by płodził!

Przez ogół

Sposób użyteczny przy recenzowaniu książek należących – w każdym razie w mniemaniu recenzenta – do gatunku o podłej proweniencji: fantastyki, kryminału, powieści sensacyjnej, romansu, powieści przygodowej itp. Wszelako ponieważ klasyfikacje gatunkowe są bardzo płynne, przy niewielkim wysiłku którąś z powyższych etykietek przylepić da się prawie zawsze.

Sposób polega na uprzykładowieniu recenzowanej książki. Klasycznym otwarciem jest tu fraza następująca: "Powieść X jest dobrym przykładem literatury SF. W tym gatunku, jak wiadomo..." – po czym recenzent nie pisze już bezpośrednio o książce, lecz wylewa kubły pomyj na gatunek. Są to przy tym zawsze tzw. prawdy obiegowe, którym człowiek odruchowo przytaknie.

90% każdej literatury to gówno i nie ma takiego gatunku/konwencji, przejście do której gwarantowałoby uniknięcie grafomanii – ale tu liczy się opinia wynoszona przez odbiorcę recenzji, a on, po zastosowaniu tego sposobu, przeniesie automatycznie wszystkie złe cechy ogółu (prawdziwe bądź urojone) na należący doń konkret. Identyczną metodą, tyle że odwołując się do przynależności nie gatunkowej, lecz np. ideologicznej czy generacyjnej, można gnoić poezję i niebeletrystykę.

Sposób bezpieczny (w pewnych kręgach krytyki każda recenzja z książki należącej do inkryminowanych gatunków wręcz musi się zaczynać Listą Grzechów Pierworodnych). Podwójnie przewrotny: każdorazowe go zastosowanie podnosi skuteczność następnego użycia; istne perpetuum mobile (mechanizm plotki: powtarzać, powtarzać, powtarzać).

Ad hominem

Sposób prymitywny, łatwy do przejrzenia, a zatem o nikłej skuteczności, również nie nazbyt bezpieczny. Nie byłby wart wzmianki – gdyby nie to, że wciąż jest z zapałem stosowany.

Jego istota nie odbiega od istoty analogicznego chwytu erystycznego. Atakuje się nie pogląd/argumentację – tu: utwór literacki – lecz człowieka – tu: autora.

Sposób, jako się rzekło, jest prymitywny, stąd (a także w obawie przed procesami o pomówienie) występuje raczej w kombinacji z innymi sposobami oraz w formach wyrafinowanych, zakamuflowanych. Wymienię najpopularniejsze.

  • Zastępowanie od początku nazwiska autora tudzież samego słowa "autor" peryfrazami w rodzaju: "kolejny żądny sławy grafoman", "nasz Dostojewski z Koziej Wólki", "samozwańczy wieszcz", "straszliwy wirtuoz pióra" etc. Określeń owych nijak się nie uzasadnia – ich automatycznym uzasadnieniem jest ogólna kwiecistość stylu recenzji.
  • Wprowadzanie dygresji na temat mniej lub bardziej prawdziwych faktów z życia autora. Dobór tych faktów musi być szczególny, tu nie dyskwalifikuje, co dyskwalifikuje normalnie; np. wspomnienie epizodu więziennego autora może stanowić wręcz zachętę do lektury. Pisze się więc, jakie to chody ma ten człowiek w środowisku (w domyśle: i dlatego tak dobrze o nim piszą i dają mu nagrody); jak to zwijał się z zazdrości, gdy ominął go jakiś honor (w domyśle: widać tworzy z najniższych żądzy); jak to w 1976 roku w Kielcach zanudzał towarzystwo przez 7 godzin, aż wszyscy posnęli (spodziewajcie się tego samego po jego książce!); jak to popełnił był jakieś faux pas tłumaczące się wyłącznie jego marnym wykształceniem itp., itd.
  • Dedukowanie z fabuły i postaci książek za pomocą prostackiej psychologii konstrukcji psychicznej ich autora. Tak zatem, skoro daje detaliczne deskrypcje aktów seksualnych – jest erotycznym obsesjonatem; gdyby ich nie dawał – byłby zakompleksionym prawiczkiem. Skoro opisuje akty przemocy – kompensuje sobie szarość swej egzystencji; gdyby ich unikał – uprawiałby literaturę "podejrzanie kobiecą" (dla pisarzy-kobiet argumentację można odwrócić) etc., a im większe brudy, tym lepiej.

Przez porównanie

Sposób pokrewny sposobom "Przez ogół" i "Czego autor nie napisał". Często stosowany bez podłych intencji, wskutek autentycznego rozczarowania recenzenta o nazbyt wygórowanych oczekiwaniach.

Recenzuje się wówczas nie książkę jako taką - lecz w porównaniu:

  • Do wcześniejszych dokonań autora (o ile są takowe). Konstatuje się ze smutkiem spadek jego formy literackiej. (Czym spowodowany? Tu dobre miejsce na sposób "Ad hominem"). Podług tego algorytmu można naprawdę bardzo łatwo napisać bardzo negatywną recenzję z bardzo dobrej książki (jako że naturalnie książki dobre częściej się przydarzają u autorów, którzy faktycznie mają talent i umieją pisać i coś już tam mają na koncie, aniżeli u debiutantów czy jednorazowych geniuszy). Konsekwentne jej stosowanie przez dłuższy czas prowadzi wszelako do samoośmieszenia recenzenta: kiedy to łaja ostro n-tą książkę noblisty X, a zaraz potem wychwala płaskie czytadło jakiegoś debiutanta – "bo się nie spodziewałem, że w ogóle da się przeczytać". Co więcej, wieczni malkontenci potrafią pisać na tę modłę o wielu książkach danego autora pod rząd – nawet jego debiut podpada pod sposób, o ile ukazał się w Polsce z opóźnieniem lub tak go przeczytał recenzent. Schemat takowej krytyki daje się rozrysować jedynie w przestrzeniach Escherowych: w dół, w dół, ciągle w dół, choć nigdy się nie było ni o cal wyżej.
  • Do reszty gatunku tudzież literatury poświęconej podobnej tematyce. Cokolwiek by bowiem autor nie napisał, zawsze znajdziemy dzieło uznawane za niedościgły wzorzec w pewnym, ostrożnie do porównania wybranym, zakresie poruszanych w recenzowanej książce tematów, i wówczas bezlitośnie punktujemy kolejne niedociągnięcia, ułomności, przemilczenia, uproszczenia etc. – gdzie mu do Mistrza! Rozkład kończy zawsze to samo, pełne niesmaku, retoryczne pytanie: po co się w ogóle X za to brał, skoro napisano o tym już wcześniej i nieporównanie lepiej?

Zbyt częste przywoływanie w recenzji dużych nazwisk i znanych tytułów może się wszakże obrócić na korzyść recenzowanej pozycji (na zasadzie analogicznej sposobowi "Przez sugestię"), stąd dobrze jest poczynić wyraźne wstępne zastrzeżenia: że to w ogóle różne klasy, nie ta liga etc.

Ciąg dalszy nastąpi...

28.6.07

Fabryka... (Część IV)


Rafał A. Ziemkiewicz
"Ognie na skałach"
Fabryka Słów 2005


Na pierwszy rzut oka, "Ognie na skałach" można uznać za typową, wakacyjną nowelkę fantasy. Główny bohater, Żegost, jest najemnikiem z tajemniczą przeszłością i tożsamością. Powieść zaczyna się w momencie, gdy Żegost leniwie żłopie trunek w karczmie, a typowa dla fantasy zadziorność charakteru ściąga mu na kark niemałe kłopoty. Jest i zamek, i królewna, są potwory, lochy oraz zemsta. Ale weźmy pod uwagę poniższy fragment:

Już się domyślam, dobrzy ludzie, o co wam chodzi. Jakiś bard z królestwa, oby oparszywiał, wymyślił sobie cech najemnych wojowników, co zabijają potwory. Bardzo się o ich przygodach pięknie słucha i pewnie dlatego wszyscy w to uwierzyli. Ale takiego cechu nie ma, nigdy nie było i być nie mogło. A ja jestem żołnierzem, nie charakternikiem. Płacą mi, żebym umiał w piechocie i jeździe sprawić szyki, dopatrzyć musztry, zaopatrzyć rotę, podzielić sprawiedliwie żołd i łupy i żebym wiedział, co komu wypada czynić w bitwie. Ale nie tropię żadnych strzyg, nie odczyniam też czarów i nie znam się na przekleństwach. Poza tymi, które żołnierze zwykli wypowiadać o maciach swoich przeciwników.

No właśnie, można odczytać "Ognie na skałach" jako prostą powiastkę, nieco przydługie opowiadanie do poczytania w tramwaju, zresztą wiele podobnych głosów pojawiało się w recenzjach. Ale Dukaj słusznie zauważył, że książka Ziemkiewicza to:

Fantasy dla wyrastających z fantasy: to, co w niej najważniejsze – historia skazanej na samozniszczenie miłości – nie pochodzi ze schematów gatunku, lecz odbija w konwencji baśni te same prawdy psychologii, które Ziemkiewicz ukazywał już w science fiction i w powieści realistycznej.

Można więc narzekać, że to licha fantastyka, opowiastka dziejąca się w prowincjonalnym księstewku, bez patosu i schematów fabularnych charakterystycznych dla gatunku, ale właśnie owe braki wskazują na to, że poziom fabuły i opisu to jedynie fasada; że pod prostą historią kryje się coś więcej.

Ognie na skałachW rzeczywistości Ziemkiewicz napisał bowiem nowelę postmodernistyczną, ale postmodernistyczną w dobrym tego słowa znaczeniu. Wątpię, żeby Rafał podzielał przekonanie postmodernistów, że pozostaje jedynie podgrzewanie zimnych kotletów, bo nowych potraw nikt już nie wymyśli. Wręcz przeciwnie, Ziemkiewicz rzadko kiedy popada w schemat, a jeżeli popada, to raczej tak, jak tutaj – jedynie na powierzchni. "Ognie na skałach" są postmodernistyczne nie z powodu rzekomej wtórności, lecz silnej intertekstualności, trudnej do wyłapania przez przeciętnego czytelnika, przez co o książce nie krążą zbyt dobre opinie. A została po prostu źle zrozumiana! Rafał uprawia daleko idącą dekonstrukcję gatunku; żongluje schematami, przeplata je społem, tworząc nowe konteksty i znaczenia. Prowincjonalna kraina stanowi mikrokosmos, na płaszczyźnie którego na nowo konstytuuje się fantasy, tym razem nie popadając w schemat. U Ziemkiewicza księżniczki brzydną i stają się jędzowate, wielcy bohaterowie tracą na znaczeniu i wycofują się na byle zadupie, zaś w tle pobrzmiewa echo wielkich wydarzeń, które jednak nie są w żaden sposób opisane na kartach powieści. Warto dotrzeć do tego drugiego dna i nie posądzać Ziemkiewicza z góry o chałturzenie. Zdarza się mu pisać dla pieniędzy, wystarczy wspomnieć mało udane "Ciało obce", ale "Ognie na skałach" to powieść przemyślana. Wystarczy chcieć odpowiednio ją odczytać.

27.6.07

Fabryka... (Część III)


Coś mocniejszego" Rafała Ziemkiewicza otrzymało na okładce łatkę dzieła zebrane. Słusznie, zawiera bowiem 670 stron opowiadań zebranych z poprzednich, nieco cieńszych zbiorków lub porozrzucanych po przeróżnych czasopismach. 670 stron nie obejmuje oczywiście całej twórczości pisarza, ale zapowiedź kolejnych reedycji na ostatniej stronie pozwala domniemywać, że łatka dzieła zebrane dotyczyć będzie kilku następnych, równie grubych książek. Wydana właśnie dawka Ziemkiewicza i tak już wystarczy, by powalić na kolana, być może dlatego została dodatkowo podzielona na trzy części, mniej lub bardziej rozsądnie dzielące wszystkie opowiadania tematycznie. We "Wstępie" Maciek Parowski mądrzy się, że zrozumiał zamysł kryjący się za twórczością Ziemkiewicza, a chwilę później zaczyna się mocna, ziemkiewiczowska proza.


Coś mocniejszegoRafał A. Ziemkiewicz
"Coś mocniejszego"
Fabryka Słów 2006


Część pierwsza, "Żadnych marzeń", stanowi właściwie przedruk wcześniejszego zbioru opowiadań pt. "Cała kupa wielkich braci" uzupełniony o opowiadania najnowsze. Osiem opowiadań z części pierwszej przytacza perypetie Rafała Aleksandrowicza, alter ego Rafała... Aleksandra Ziemkiewicza. O ile zawartość bohatera w pisarzu nie jest pełna – bo i nie posądzam Ziemkiewicza o to wszystko, co wyczynia jego literacki pupil – o tyle zawartość pisarza w bohaterze jest stuprocentowa. Aleksandrowicz wyrasta z Ziemkiewicza, tajemnic warszawskich salonów oraz codzienności prawicowego publicysty i dziennikarza. Świat Aleksandrowicza osadzony jest w obserwacjach autora na temat otaczającej go rzeczywistości i choć jest wprawdzie bardziej fantastyczny, jednocześnie sprawia wrażenie bardziej racjonalnego. Ziemkiewicz wydaje się sugerować, że świat, w którym pieniądze mają świadomość, diabeł prowadzi sieć wysyłkową z usługami magicznymi, a za ojcem Muchomorem stoją zbuntowane anioły, jest bardziej prawdopodobny niż ten, w którym żyjemy. Opowiadania o Aleksandrowiczu są więc groteskowe, ale tak na dobrą sprawę stanowią jedynie zwierciadło, w którym można ujrzeć groteskę naszej codzienności. Podobnie jak u Pilipiuka, prawdy o świecie nie są nieśmiało zawarte gdzieś pomiędzy wierszami. Ziemkiewicz wali wszystkim wprost, jak na prawicowego pisarza i publicystę przystało. Opowiadania posiadają prostą konstrukcję, ale bronią się, ponieważ są nośnikiem prawdy o rzeczywistości. Sam Aleksandrowicz przypomina mi trochę nieco bardziej cywilizowanego Jakuba Wędrowycza. Co ciekawe, obaj panowie spotykają się nawet w jednym opowiadaniu.


Ostoją "Coś mocniejszego" jest część druga, "Czerwone dywany, odmierzony krok", zawierająca nieco starsze opowiadania political fiction. Starsze nie oznacza wcale, że przeterminowane – nie są to bowiem opowiadania komentujące tak naprawdę teraźniejszość (z naszego punktu widzenia już minioną), lecz klasyczna futurystyka, usiłująca zdiagnozować teraźniejszość i na tej podstawie ekstrapolować możliwe przyszłości. Klasyczna fantastyka naukowa, polegająca na przewidywaniu przyszłości, poniosła w pewnym momencie klęskę. Obecnie wszak żyjemy w czasach, które dla pierwszych powieści science-fiction stanowiły symboliczny przełom tysiącleci, a przecież nadal nie latamy w kosmos i nie wysługujemy się tanią siłą roboczą robotów. Fantastyka musiała się więc przestawić na alegoryzację teraźniejszości. Obecnie symbolika science-fiction służy po prostu do defamiliaryzacji współczesnego świata, by spojrzeć nań z innej, świeżej perspektywy. Rafał Ziemkiewicz natomiast zaryzykował tak niebezpieczne, klasyczne prognozowanie i trafił w sedno. Te kilka opowiadań z początku lat dziewięćdziesiątych zdołało przewidzieć realia lat pierwszej dekady dwudziestego wieku. Owszem, Rafał popełnił był parę błędów, ale raczej co do szczegółów, ogólny Zeitgeist epoki odmalował zaś zdumiewająco trafnymi barwami. Trafność jego diagnoz zdumiała mnie i zachwyciła – kolonizacja Unii przez emigrantów, bunt przedmieść, śmierć moralna Cywilizacji Europy, ataki islamofaszyzmu... Zjawiska naszej codzienności stanowiły jeszcze dwadzieścia lat temu pesymistyczne, szare science-fiction! Okazało się jednak, że mylili się optymiści, Rafał zaś napisał sobie świat, w którym przyszło mu żyć obecnie. Mam nadzieję, że nie będzie już więcej pisał podobnych opowiadań, bo skoro te okazały się tak niepokojąco trafne, to aż strach czytać następne!


Część trzecia, "Szybki montaż", jest moim zdaniem nieco mniej udana. Zawiera opowiadania, których nie da się sprowadzić do wspólnego mianownika i można nieco złośliwie uznać, że zostały w zasadzie wepchnięte do worka o nazwie pozostałe. W pewnym sensie nazwa "Szybki montaż" oddaje więc charakter tej części. Opowiadania militarne, "Godzina przed świtem" oraz "Tańczący mnich", są warsztatowo poprawne, ale sprawiają wrażenie nieprzekonujących. Trudno powiedzieć, czy Ziemkiewicz, polonista z wykształcenia i publicysta oraz pisarz z zawodu, miał do czynienia z wojskiem oraz wojną, ale założę się, że raczej nie, a to czyni te opowiadania nieautentycznymi. Podejrzewam, że Ziemkiewicz chciał odpocząć od prostych konstrukcyjnie opowiadań o Aleksandrowiczu i pobawić się nieco dłuższym opisem, ale ów z kolei nie pasuje do opowiadań o wojnie. Brak im dynamizmu, są zbyt refleksyjne i starają się na siłę odnaleźć sens tam, gdzie go zupełnie nie ma. Pozostałe opowiadania zostały zebrane z czasopism i są raczej śmieszne, niż poważne. Nie rozumiem natomiast, dlaczego Rafał ich nie włączył do cyklu o Aleksandrowiczu – parę małych poprawek i mogłyby spokojnie trafić do części pierwszej zbiorku. A tak trafiły na sam tył, niczym ogon. Cały zbiór opowiadań można przyrównać do groźnego wilczura, a te ostatnie opowiadanka stanowią jakiś groteskowy ogonek, którym wesoło merda. Podejrzewam, że Ziemkiewicz (lub edytor z Fabryki Słów) nie chciał na końcu zamieszczać opowiadań zbyt mrocznych i przytłaczających, ale zrobił tym samym zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i zamieścił na końcu opowiadania zbyt niepoważne. Całość na szczęście czyta się wspaniale, czekam więc niecierpliwie na następną część dzieł zebranych.


Ciąg dalszy nastąpi...

26.6.07

Budowa...


Zastanawiałem się swego czasu, czy aby nie powinienem opisywać wszem wobec, a przede wszystkim dla zachowania własnych wspomnień, jak powstaje nasz dom. Uświadomiłem sobie jednak, że to w zasadzie nie jest nasz dom, lecz dom rodziców; nie jestem w jego powstawanie zaangażowany ani fizycznie, ani emocjonalnie. Owszem, pomagałem, choć symbolicznie, podczas noszenia materiałów budowlanych, pomagałem trochę przy sprzątaniu powstałych stert gruzu, ale tak na dobrą sprawę, kwestia tego, gdzie mieszkam, nie obchodzi mnie ani trochę. Najlepiej zresztą czuję się w hotelach, jakże przecież sterylnych i nieosobowych. Nie posiadam potrzeby personalizowania swojej przestrzeni osobistej, w końcu (pół żartem, pół serio) żyję przede wszystkim we własnym umyśle, ten zaś, niczym ślimak, zawsze noszę przy sobie. Zamieszczam, mimo wszystko, zdjęcia powstającej właśnie lepianki mojej rodziny, żeby nie było, że jestem bezduszny i mam wszystko gdzieś. Choć jestem. I mam.


DomDom
DomDom

25.6.07

Rytuał...


Przemiana roku akademickiego w wakacje dopełniła się poprzez rytualne podarcie większości zgromadzonych (bo nie zawsze własnoręcznie napisanych) notatek, oczywiście z przymrużeniem oka. Każdy rok (szkolny, akademicki) rozpoczynam od kupienia kilku zestawów kartek A4, a już pod koniec prawie że pływam w przeróżnych papierach i notatkach. Podczas sesji podzieliłem stos notatek zza moich drzwi (gdzie codziennie wypróżniałem plecak, wytrząsając z środka całą jego zawartość) na sterty odpowiadające poszczególnym przedmiotom; niektóre trafiły na łóżko, te bieżące na biurko, pozostałe na podłogę. Później zaś codzienna trójpolówka: gdy się uczę, pozostawiam czyste biurko, gdy idę spać, przenoszę notatki z łóżka na biurko lub na podłogę; gdy muszę coś znaleźć na podłodze, przenoszę wszystkie sterty na łóżko i sukcesywnie je przerzucam z powrotem na podłogę, aż znajdę tę właściwą. Pod koniec sesji miałem już tak dość wszelkich notatek, że następnego dnia podarłem je z ogromną przyjemnością – brałem do ręki plik papieru takiej grubości, aby dał się podrzeć na cztery części, a później wrzucałem ową zdewastowaną wiedzę roku akademickiego do torby na śmieci. Zebrały się dwie, dosyć duże, aż pękały w szwach. Żadne tam katharsis, prędzej puryfikacja – symboliczne oczyszczenie się z mało ciekawych, wykształciuchowych meandrów marksizmu, feminizmu i pozostałych intelektualnych impotencji, jakże na Anglistyce wszechobecnych.

Gdy chodziłem jeszcze do gimnazjum i liceum, koniec roku różnił się szczegółami od obecnych. Wtedy był dosyć oczywisty ze względu na otrzymywane świadectwa, obecnie natomiast trudno powiedzieć, kiedy właściwie zaczynają się wakacje. Wprawdzie jestem już po egzaminach, ale nadal nie mam wszystkich wpisów i nie złożyłem jeszcze indeksu. Niby wakacje, niby czytam zaległe książki i zabieram się za coroczne sprzątanie pokoju, ale nadal jeżdżę po wpisy i pieczątki z bibliotek. Stąd też ta potrzeba rytualnego przejścia, "wielkiego podarcia notatek". Nie, nie pozbyłem się wszystkiego, tylko tak się zgrywam. Wyrzuciłem przede wszystkim notatki z przedmiotów zbędnych lub wręcz intelektualnie cofniętych, jeżeli natomiast dany przedmiot opierał się przede wszystkim na znajomości lektur, to szukałem ich odpowiedników w plikach PDF, a do kosza trafiały jedynie fizyczne wydruki. Nie fatygowałem się oczywiście, aby znaleźć PDF-a do każdej lektury – Arystoteles i Platon spoczywają więc spokojnie w czeluściach mojego dysku twardego, ale Freud, Nietzsche oraz Slavoj Žižek powędrowali do kosza na wsze czasy. Co mi tam, wprawdzie mam na dysku mało wyrafinowane seriale science-fiction oraz retro space shooter'y, ale osobom pewnego pokroju wstęp wzbroniony.

Studia na lewackim kierunku traktuję jako zabawę w piątą kolumnę, a ostatecznie przecież non scholae sed vitae discimus, kurwać.

Przemijający właśnie rok akademicki uznaję za udany. Otrzymałem same dobre oceny, a biorąc pod uwagę fakt, że z niektórych przedmiotów otrzymałem maksymalne noty przy minimalnym wkładzie pracy, mogę odetchnąć z ulgą. Zadomowiłem się, sprawiam dobre wrażenie, bez problemu produkuję kilogramy wykształciuchowego bełkotu, który uznawany jest za pierwszej klasy. Może i się prostytuuję, z pełnym przekonaniem wygłaszając na niektórych przedmiotach tezy, z którymi zupełnie się nie zgadzam, ale mam przynajmniej świadomość, że mogę sobie z nich w duchu szydzić. Studia na lewackim kierunku traktuję jako zabawę w piątą kolumnę, a ostatecznie przecież non scholae sed vitae discimus, kurwać.


Koniec z opluwaniem Anglistyki, wszak wakacje. Nie mam jednak nad czym się rozwodzić – za tydzień dostanę zapewne sporo filmów do tłumaczenia i zagubię się w przeróżnych zobowiązaniach z tym związanych. Co do wyjazdów wypoczynkowych, to na razie nie ma o czym mówić. Postaram się wypocząć we wrześniu, bezpośrednio przed następnym rokiem akademickim, ponieważ wszelkie wcześniejsze plany legły niestety w gruzach. Jeszcze pół roku temu planowaliśmy z M., przy entuzjazmie nas obu, że wybierzemy się na miesięczną podróż po Hiszpanii. Niestety, jak to w życiu bywa, z miesięcznej podróży po Hiszpanii zrobił się dwutygodniowy wyjazd rekreacyjny do Hiszpanii, ów zaś się zredukował do wspólnego, tygodniowego pobytu gdzieśtam w Polsce, a ostatecznie się okazało, że M. być może w ogóle nie przyjedzie do Polski przez cały lipiec. Na razie nie chcę jeszcze wyciągać wniosków, bo lipiec dopiero przed nami i wiele się jeszcze może zmienić, ale takie spychanie wspólnego odpoczynku na później nie nastraja mnie optymistycznie. Za tydzień natomiast wybieram się z rodzicami do dworku na Mazury i może tam znajdę odrobinę tak mi potrzebnego spokoju. W Warszawie jest za gorąco, a dworek dobrze utrzymuje odpowiednią temperaturę. Wezmę ze sobą laptopa, będę tłumaczył filmy i czytał książki. Na razie była intelektualna puryfikacja, tam może dojdzie do emocjonalnego katharsis.

24.6.07

Reklama...


Skorzystałem z wolności pierwszych dni wakacji i uzupełniłem linki w "Czytelni" o dziennik Szczepana Twardocha (polecam również jego dwie nowe powieści – "Epifania wikarego Trzaski" oraz "Sternberg") oraz blog Jacka Jareckiego. Poniżej zamieszczam dzieło tegoż ostatniego. Podoba się? To zapraszam do "Czytelni".


10.02.2007
Jacek Jarecki
Płyn do mycia mózgów z socjalizmu. Zastosuj!

ZWYKŁY DZIENNIKARZ – Jest Pan wynalazcą "płynu do płukania mózgu z socjalistycznych bredni". Podobno nie przyznano panu patentu, dlaczego?

BARON MORDATKO – Poszło o rzecz trywialną! Doprawdy jestem zszokowany tą odmową, tym bardziej, że mam wiele sygnałów, że wprowadzenie "Płynu" do obrotu i powszechnego użycia z pewnością byłoby zbawienne dla naszego kraju!

ZD – O co poszło, mógłby Pan...

BM – O świderek poszło i o taką specjalną pompkę.

ZD – ?

BM – Chyba zdaje Pan sobie sprawę, że aby umyć mózg, należy zrobić w czaszce dziurkę. O taką! Potem pompką pompuje się płyn, który myje mózg, a właściwie taki mały kawałek, który jest odpowiedzialny za lewicowość.

ZD – Pan proponuje "pranie mózgów"?

BM – Nie, nie, po stokroć nie! Pranie mózgów odbywa się od kilkudziesięciu lat. Jest skuteczne, ale my nie mamy tyle czasu. To trzeba zrobić szybko, by właśnie zneutralizować jego skutki!

ZD – Ale jak ten płyn działa? Co pan zrobił taką nieświeżą minę? Rozumiem... to tajemnica! No ale po co ludzie mieliby robić sobie dziury w głowach. To jest bolesne i mało higieniczne!

BM – No, trochę boli, ale prawda jest zawsze bolesna! A higiena? Tu mam taki specjalny koreczek do zatkania tej dziury. Za drugim razem, na wypadek lewicowej infekcji wystarczy zwykły korkociąg. "Płyn" wszystko neutralizuje!

ZD – Ale ludzie, tak czy tak nie zechcą wiercić sobie dziur w głowie. Może lepsze są te sprawdzone metody. Propaganda, tłumaczenie, jakieś przykłady?

BM – Proszę Pana! Moim zdaniem łatwiej jest namówić przeciętnego Polaka do wywiercenia sobie dziury w głowie i nalania tam "Płynu" niż wytłumaczenie mu, że nie ma niczego takiego jak "zupa za darmo"!

ZD – U nas w stołówce jest zupa za darmo!

BM – No widzi Pan! Niech się Pan pochyli. O tutaj! Nie będzie bolało!

ZD – A idź Pan! Kujnął mnie Pan tym świderkiem! Łysina mi krwawi.

BM – Obetrę panu szmatką!

ZD – Pan jest wariatem? Boże! A Pan sobie wywiercił?

BM – Na razie eksperymentowałem na zwierzętach! Miałem pozwolenie! Fiu... fiu...

ZD – I co?

BM – Tu po Golinie taki gruby kot łaził. Złapałem, wywierciłem, umyłem!

ZD – To zabrzmiało jak: "Veni! Vidi! Vici!" Ale jakieś efekty? Kot żyje chociaż?

BM – Żyje! Przeistoczył się nawet ze zwykłego kociego łazęgi w słynnego liberalnego Grubka!

ZD – Niech pan nie wymawia tego słowa!

BM – Łazęga?

ZD – Nie, liberał! Dopóki nie wywierci się tych dziurek, jest gorzej niż obelżywe!

BM – To co, wiercimy?

ZD – Mnie Pan nie namówi, a jak pan namówi innych ludzi?

BM – Damy tzw. "rozumowe". Powiedzmy dwa tysiące od czaszki!

ZD – To jak z becikowym! Żule się Panu zgłoszą, pijusy różne! Patologia!

BM – I o to właśnie chodzi! Odbudują się moralnie, pójdą do roboty, zaczną normalnie żyć, a dobry przykład czyni cuda! A inni pójdą za ich przykładem!

ZD – Ale elity, ludzie inteligentni, politycy, działacze społeczni, dziennikarze... co z nimi?

BM – Dla nich mam specjalny "Płyn", poczwórnie wzmocniony, bo wie Pan...

ZD – Może jednak lepiej przekonywać? Na przykładach, albo jak?

BM – Na przykładach to przekonywał Korwin-Mikke i widzi Pan, do czego doszedł? Do niczego! Ludzie nie chcą słuchać takiej mowy! Co innego dwa tysiaki i higieniczna dziurka w głowie! O tutaj! Zaraz panu wywiercę! Niech Pan łyknie tabletkę! Trzy minuty strachu, krew się szmatką zetrze a Pan przestanie być lewicowym łachudrą!

ZD – "przestanę być lewicowym łachudrą?" Panie kochany, to stracę pracę w gazecie! Dziesięć lat pracowałem na swoją pozycję zawodową! Jako prawicowy wolnościowiec, gdzie się sierotka podzieję!

BM – Ale będzie Pan w awangardzie!

ZD – Nic z tego! Nie po to studiowałem, cierpiałem niewolę na praktykach, podlizywałem się szefowej (a wie Pan, jaki to ryj?) i klękałem przed szefem, by teraz, jedną dziurką w głowie, wszystko stracić! Poza tym na łysinie będzie widać ten korek.

BM – Niech Pan spojrzy! Mam korki idealnie komponujące się z łysiną! I plasterkiem zakleimy! A tu 20 nowiuteńkich setek! Przecież przez jakiś czas może Pan nadal idiotę udawać i pisać, co każą! A potem jak pan skoczy! Jak... jak tygrys!

ZD – A ma Pan wodę utlenioną?

BM – Mam spirytus!

ZD – Daj Pan łyka na odwagę!

BM – To co, wiercimy?

ZD – Ale mocne! Jeszcze łyka i do roboty!

BM – Do roboty!

22.6.07

Symbioza... (Część IV)


Noc jest jednak lojalnym sprzymierzeńcem. Gdy ją proszę o pomoc, odwdzięcza się spokojem i możliwością skupienia na nauce. Wiem coś o tym – przez ostatnie dwa tygodnie uzbierało mi się ostatecznie siedem całkowicie nieprzespanych nocy. Nie spałem dokładnie co drugą, oddając się nauce do kolejnych egzaminów. Wczoraj napisałem ostatni. Powoli spływają wyniki i okazuje się, że wcale nieźle sobie poradziłem. Indeks wypełnię raczej czwórkami, ale ponieważ zarwałem wyłącznie siedem nocy na aż siedem egzaminów, czwórki są powodem do radości.

Jeszcze rok temu nie poradziłbym sobie z takim trybem nauki. Całe szczęście, że w tym roku postanowiłem zainwestować zarówno w swoje zdrowie, jak i samopoczucie. Schudłem dziesięć kilogramów, już nie mam tak wysokiego ciśnienia jak kiedyś, podchodzę do wszystkiego z lekkim przymrużeniem oka. Uświadomiłem sobie, że moja zdolność do zapamiętywania jest ograniczona, jeżeli zdobywaną wiedzę uznaję za nieprzydatną lub wręcz szkodliwą (za takie zaś uważam m.in. "mądrości" ukryte w elaboratach marksistów, psychoanalityków i feministek). Podczas każdego egzaminu muszę się pochwalić znajomością (bo przecież nie zrozumieniem) sporej ilości informacji-śmieci, a ponieważ mój mózg słusznie się buntuje przed taką trojańską papką wiedzy, jestem w stanie dokonać jej uploadu co najwyżej do pamięci tymczasowej. Uczę się przez noc przed egzaminem, upychając wiedzę po kątach pamięci i wylewam ją z siebie podczas egzaminu, skutecznie usuwając z głowy. Ponieważ mam już całą sesję za sobą, przeprowadzam skuteczną rehabilitację (desowietyzację i defreudyzację) umysłu najprostszym ze znanych mi tajemnych sposobów – oglądam stare seriale SF, spotykam się ze znajomymi, czytam komiksy.

Gdybym tak miał ocenić całokształt minionego roku akademickiego z dzisiejszej perspektywy, musiałbym przyznać, że był prawie że w całości pozytywny, jego negatywne aspekty zaś bardziej mnie rozbawiły niż rozstroiły. Jednoznacznie pozytywnym okazało się moje zespadochronowanie z wysokiego pułapu poprzedniego kierunku na bezpieczne i mało męczące ziemie Anglistyki. Zdołałem odbudować, podbudować i nadbudować swoje dotychczas wątłe ego, przepoczwarzając się tym samym w okropnego, nieuleczalnego narcyza – i dobrze mi z tym! Przebrnąłem przez pierwszy rok akademicki bez większych problemów. Tak na dobrą sprawę, zaczynam już nawet zapominać o tych nieco mniejszych. Początkowo denerwowało mnie zabieganie związane z rezygnacją z pierwszego kierunku. Nie byłem do końca pewien, czy aby na pewno chcę tak definitywnie domknąć ten rozdział mojego radosnego studiowania, a gdy już się ostatecznie zdecydowałem i nieodwołalnie finiszowałem, ci zbóje zabrali mi moją legitymację! Na nowym kierunku okazałem się luką w systemie i nie byłem w stanie otrzymać nowej aż do lutego, ale już znacznie wcześniej zdążyłem się tym wszystkim zmęczyć i machnąłem na to ręką, przez co nie mam żadnej legitymacji do dnia dzisiejszego. Ostatnio jednak uległem i złożyłem niezbędne dokumenty; jak dobrze pójdzie, zdobędę tę magiczną, plastikową tekturkę we wrześniu.

Anglistyka nie stanowi studiów moich marzeń, ponieważ zwyczajnie nie marzę o studiach. Dobrą większość studentów można sobie wrzucić do jednego z dwóch worków: niektórzy studiują, aby się jak najprędzej urynkowić, pozostali zaś studiują z powołania. Ja natomiast należę do studentów, którzy studiują ot, tak, dla hecy, hucpy i chichotu. Nie uważam wiedzy erudycyjnej za cnotę, a tym bardziej za coś, co powinno upoważniać do otrzymania tytułu magistra. Mam raczej skłonności do abstrahowania; moim zdaniem wiedza jednostkowa, konkretna powinna posłużyć jedynie do tego, by na jej podstawie ukonstytuować jakieś abstrakcyjne prawidła; a ponieważ abstrakcyjne prawidła mogą istnieć bez osadzenia w konkrecie, konkret powinien popaść w zapomnienie. Niestety, na literaturoznawstwie zabieramy się do wszystkiego od dupy strony – poznajemy ogólne założenia, by zrozumieć konkretne książki, zamiast poznawać konkretne książki, by zrozumieć ogólne założenia.

Mógłby równie dobrze zasugerować, że za wszystko odpowiadają krasnoludki w czerwonych czapeczkach i założę się, że jego zwolennicy z mojego instytutu przyklasnęliby z równie bezmyślną radością.

Tak na dobrą sprawę, nie mam pojęcia, w czym się będę specjalizował począwszy od przyszłego roku akademickiego. Miałem początkowo uciec w językoznawstwo (od marksizującego i feminizującego literaturoznawstwa), ale przestała mi się podobać wiernopoddańczość, z jaką literaturoznawcy mojego instytutu traktują swojego bożka, Chomsky'ego. Już nawet pal licho, że Chomsky to skończony idiota pod względem poglądów politycznych, srał go pies. Poszło mi raczej o to, że jego teoria, choć ciekawa, okazuje się w istocie pseudonauką, gdyż jest niefalsyfikowalna. Chomsky opiera swoją teorię na rzekomo wrodzonych predyspozycjach językowych, istnienia których jednak nie pofatygował był się udowodnić. Mógłby równie dobrze zasugerować, że za wszystko odpowiadają krasnoludki w czerwonych czapeczkach i założę się, że jego zwolennicy z mojego instytutu przyklasnęliby z równie bezmyślną radością. Istnieje wprawdzie małe podziemie racjonalnych lingwistów, ale undergroundowość mnie nie pociąga. Literaturoznawstwo amerykańskie mnie nie interesuje z powodu rażącej nadreprezentatywności kursów z postmodernizmu, brytyjskie zaś z powodu nadreprezentatywności Shakespeare'a. No i cóż ja biedny pocznę...? Kierunku już nie zmienię, ponieważ posiadam szczątkowy, bo szczątkowy, ale jednak instynkt zachowawczy, a sama Anglistyka uczonego ze mnie nie uczyni. Nie zamierzam się tym przejmować już teraz, pomedytuję pod koniec wakacji.

Ano właśnie – przede mną wakacje wypełnione tłumaczeniem filmów oraz odpoczynkiem. Zapowiadają się jako spokojne, ale o tym pewnie w jednej z następnych notek.

10.6.07

Symbioza... (Część III)


Żyłem z nią w symbiozie, oferując zainteresowanie w zamian za ciemność i cichość, lecz noc ukazała swoje prawdziwe, pasożytnicze oblicze – wyssała ze mnie wszystkie soki i zatruła zmęczeniem. Zarwałem w tym tygodniu pełne trzy noce. Każdą odespałem, ale widocznie nie spłaciłem jeszcze długu wobec organizmu i zdrowego rozsądku, bo nadal nie potrafię się skupić. Przecież jutro egzamin, powtarzam sobie, ale do nauki nie zasiadam. Mózg wprawdzie jakby cięższy, ale niestety nie od wiedzy, po prostu chciałby się położyć spać.

Mam w tym tygodniu cztery egzaminy, w tym dwa tak jakby na zrozumienie (fonologia oraz gramatyka języka angielskiego), a nie na zakucie, ale posiedzieć nad materiałem jednak trzeba. Pozostałe dwa (historia oraz literatura brytyjska) wymagają wiedzy, a więc i nauki, a z tą ostatnio u mnie coraz gorzej. Lewa półkula powtarza: nauka, nauka, nauka..., ale prawa ją przedrzeźnia: to suka, to suka, to suka... i za nic nie chce zabrać się za powtarzanie materiału.

Lewa półkula powtarza: nauka, nauka, nauka..., ale prawa ją przedrzeźnia: to suka, to suka, to suka...

Pod koniec tygodnia będzie już jakby lżej, choć za tydzień czekają mnie kolejne egzaminy. Ich zdanie na szczęście będzie już tylko formalnością; kilkoma godzinami spędzonymi nad książkami. Później wakacje, poza harówką z tłumaczeniem filmów Warnera właściwie niezaplanowane. Cóż, c'est la vie, zasiadam do fonologii, do rana jeszcze długo. Wiem, bo kilkakrotnie sprawdzałem.

7.6.07

Symbioza... (Część II)


Wczoraj napisałem i zaliczyłem kolejne kolokwium, dzisiaj odpoczywam. Ponieważ mimo wszystko powinienem się czegoś pouczyć, usiłuję połączyć przyjemne z pożytecznym poprzez rozpoczęcie powtarzania literatury brytyjskiej od poematów "Beowulf" oraz "Sir Gawain And The Green Knight". Zamieszczam więc jedynie kolejny esej z literatury brytyjskiej (oczywiście pisany nocną porą) i przystępuję do czytania. Otrzymałem już jedną ocenę do indeksu, 4+ na dobry początek. Napiszę nieco dłuższe notki dopiero wtedy, gdy wypełnię znacznie więcej stron indeksu dobrymi ocenami.


The defining features of Byron's "Don Juan" as a digressional poem.

The digressional mode in literature is not limited to a conversational and mockery tone (it may as well be an integral part of dignified rhetorical discourse), but has been strictly used in such a manner in Byron's "Don Juan". The narrator adopted such a tone in his digressions for a particular reason: "Don Juan" is a mock-heroic epic and as such uses the digressional mode as a vehicle for satire concerning both the solempne tone of the epic genre and the sublime tone of Byron's contemporaries, the Romantic poets. Such an approach to narration results in the narrator's personal commentary performing a similar – if not a more important – role to the plot itself.

Concerning the form of the digressions, most of them have a clearly visible beginning and end, either because of a sudden change in subject or because of the narrator's remarks. The digressions begin with the narrator interfering in his own narration either because he loses track of his discourse (parody of the epic in terms of its form) or wishes to comment on some topic found in the primary narrative that he found interesting, amusing or offensive (parody in terms of contents). The narrator takes pride in his adopted method, namely the intended regularity of [his] design, which forbids all wandering as the worst of sinning. Having declared such an approach to the narrative, the narrator fails to begin describing the main protagonist and instead elaborates on Don Jóse and Donna Inez, Don Juan's parents. Later, the narrator disrupts the description of Juan, only to talk about his own past. Such a disregard of a before-mentioned topic the narrator wanted to elaborate on is common practice during the course of the poem. The narrator is also liable to turning from describing the actual relations between the characters to describing such relations in general. For example, when describing the romance between Don Juan and Donna Julia, the narrator starts to ponder about love in general. When describing Donna Inez as a learned lady, he begins to pity the common practice of female intellectuals to choose uneducated gentlemen for wedlock. Such a turn from the description of actual facts in the plot to a more general, abstract discourse also signifies the beginning of a digression.

As mentioned before, one of the primary functions of the digressional mode in "Don Juan" is to serve as a parody of the solempne. The solempne was a mode of narration used in epic poetry. The conventions of epic poetry limited the narrative to heroic and great themes and in order to adhere to the principle of decorum, such content must have been narrated in a grand style. Alexander Pope's mock-heroic "The Rape of the Lock" was a satire on the heroic epic in terms of its themes, but the language used to describe the rather crude plot of the poem still adhered to the grand style, resulting in a dissonance between the form and the contents. In contrast, not only does Byron's "Don Juan" contain an unsophisticated plot, the narrative tone used both in the primary narrative and in the digressions is also rather unsophisticated, mostly conversational and mockery.

Such digressions, though at times seeming somewhat philosophical, in reality only manage to convey some common knowledge about the society, interpersonal relations or the world in general, instead of serving as a vehicle for epic themes and questions. Similar to Alexander Pope, the theme of social satire appears in the narrator's digressions. The narrator accuses the society of hypocrisy, claiming that what would otherwise seem a healthy marriage often ends in a scandal. The impossibility of real love under the constraints of the society also appears often in digressions. Such common knowledge is never to be found in a normal epic, as we would rather expect some ultimate truth or great wisdom.

The digressional mode also serves as a parody of the sublime tone used by Romantic poets. The narrator digresses on the restless and tormented mind of Don Juan, claiming that such thoughts are the result of sublime longing. We are, however, led to believe that Don Juan's restlessness is not a result of some sublime longing, but rather, his young age; being somewhat unexperienced and naive.

Another function of some digressions is to serve as the metacommentary – comments about poetry in general, the epic as a genre, the narrative and the narrator himself. The narrator provides us with a description of how he planned out the form of his epic – it is to be divided into twelve parts, each of them including epic descriptions of war, love and kings. At first the narrator states that his epic should follow the rules of Aristotle, but he later claims that each poet should be his own Aristotle; each poet should devise his own rules of conduct. The narrator also finds pleasure in commenting on the poetry of his contemporaries in his digressions. He claims that one should read epics, both mock and heroic, as he mentions both Milton and Pope. In contrast, he criticizes the Romantic poets for being either unintelligible, crazy or drunk.

Some of the digressions also serve as a self-characterization of the narrator. They portray the narrator as the author's literary construct, rather than the author himself. This parodies the Romantic poets' tendency to introduce autobiographical discourse of the sublime into their poems. The narrator calls Don Juan his friend, and Don Juan couldn't have been, of course, the friend of the author. Such a narrator, with his mock and conversational tone and rather unprofessional inefficiency when it comes to following the rules he himself established for writing his epic, is in direct contrast to the narrator created in "Childe Harold's Pilgrimage". The narrator of "Childe Harold" experiences the world through the protagonist and relates to him emotionally, because Childe Harold enables the narrator to experience life as he wishes. The narrator of "Don Juan", however, seems uninterested in the protagonist – he goes into detail about the life and psyche of other, minor characters,, as if a young sixteen-year-old could only be described in relation to people of more maturity. The fact that "Don Juan" is a digressional poem, rather than using only primary narration, means that the protagonist's plot is only a pretext for the narrator's own thoughts. The narrator of "Childe Harold", however, seems to feel blessed that he can narrate the protagonist's history.

The self-aware narrator and his digressions manage to turn an otherwise uninteresting mock-epic into a commentary on the poet's contemporaries, the society and Romantic poetry. Without the digressions, the poem would remain a mock-epic only poking fun at the themes of the epic-genre, but it is the digressions that turn "Don Juan" into an active voice in Romantic discourse about the role of poets, poems and poetry.

Ciąg dalszy nastąpi...

4.6.07

Symbioza... (Część I)


Czarne, białe, czarne, białe, jak na szachownicy – co drugą noc zarywam na naukę i nadrabianie zaległości, co drugą zaś usiłuję się wyspać; i tak na zmianę, aż do weekendu, kiedy to jednak usiłuję wypocząć, żeby się przedwcześnie nie wypalić. Minioną noc poświęciłem Josephowi Conradowi i jego "Jądrze..." oraz mitologii nordyckiej, dzisiejszą spędzę śniąc, jutrzejszą zaś poświęcę przeróżnym szkołom krytyki literackiej. Wrosłem już w noc; wiem, o której wstaje słońce, kiedy pierwsze poruszenia miasta, Warszawy, widocznej w oddali jako szara, betonowa smuga za dnia, a świetlista w nocy.

Wracałem z zajęć autobusem, odwrócony w stronę szyby, ale nie wyglądałem właściwie przez okno, tak tylko sobie stukałem czołem w ogłoszenia, aby czas sobie płynął nieco szybciej. Skupiłem na chwilę wzrok i okazało się, że tak sobie stukam w kartkę z wierszem Julii Hartwig, wcale ładnym, wywieszonym z racji jakichśtam dni poezji gdzieśtam.

Julia Hartwig
Nie idźmy

Nie idźmy jeszcze spać
póki tak pięknie gra muzyka
nie idźmy jeszcze spać
póki nie świta
Póki umiemy stąpać za krokami nocy
w ciemności z którą szukamy braterstwa
Nie idźmy jeszcze spać
dopóki dźwięki gubią czas
Nie idźmy jeszcze spać
Nie idźmy spać

Podoba mi się, pasuje do mojej sytuacji. Dla równowagi zamieszczę coś własnego. Oczywiście żaden wiersz, to po prostu moja praca o "Jądrze Ciemności", dziecko dzisiejszej nocy. Ot, pochwalę się, że neurony jeszcze pracują, choć coraz rzadziej na blogu, a częściej nad podręcznikami.


"Heart of Darkness" as a colonial allegory.

Joseph Conrad's "Heart of Darkness" is a valuable voice in literary colonial discourse. It is allegorical in the sense that it conveys various meanings on both the literal level of the novella's narrative and the underlying level of it's symbolism. Colonial discourse manifests itself on both of these levels. It is present both in the words and thoughts of Marlow as well as in the metaphorical meaning of his journey into the wilderness and Kurtz's demise. Its presence can also be observed in the linguistic form of the text itself – the subjective, impressionistic view of the jungle renders it indescribable and therefore immune to linguistic colonization.

Conrad's colonial discourse is not one which would indisputably proclaim itself as being either for or against colonialism. Instead, it aspires to portray its downsides; the various instances of negligence and moral failure which cause colonialism to go wrong. The scope of Conrad's analysis manages to show that colonialism exploits and dehumanizes both the oppressed and their oppressors. The attempt of the civilized to enlighten or exploit the savage by means of colonialism is not a one-way process. Instead, colonialism is depicted as a mutual relation, inhuman to such an extent that it is somewhat difficult to tell the winners and losers apart...

The symbolism of imperialism is not only used by Conrad; it is also known and used by Marlow during the conversation with his companions. Not only does he describe the savage wilderness of Africa as dark, he also recognizes that London was once covered in darkness as well. Because the ancients withstood this darkness and replaced it (as he at first believes) with civilization, it is white man's moral obligation to cast this light of civilization onto others. He believes that Europeans can serve as emissaries of light and progress for black people.

Conrad's colonial discourse is not one which would indesputably proclaim itself as being either for or against colonialism.
Imperialism also has a more personal meaning for Marlow. It is because of white man's expansion that he is able to travel to the far reaches of civilization; fill the unexplored whiteness of nautical maps and charts. In this sense he considers imperialism something positive, even an opportunity, provided that it is executed with restraint and efficiency. Having seen Kurtz's demise, however, Marlow begins to understand that what destroys white man's potentially positive effect on the Third World is his arrogance and fearlessness. Man must be efficient, because the brute force of the oppressed, symbolized by the jungle, should not be underestimated.

Not only is the civilization/savageness dichotomy symbolized by the juxtaposition of London and Africa, different approaches to the Third World are depicted in the juxtaposition of British imperialism and Belgian colonialism. British imperialism, as mentioned before, is symbolically understood as bringing the light to dark places. Belgian colonialism, however, is about entering the darkness in order to gain and exploit. Conrad wanted to convey the impression that Europeans do not concern themselves with trying to understand the savageness and primitiveness of black natives.

Because the savageness of blacks remains incomprehensible, in effect it also becomes detestable. Conrad uses metonymous narrative not only to achieve the delayed decoding effect of impressionism, but also to describe white man's perception of blacks as dehumanized creatures. It is worth noticing that blacks are always described by means of their color, unintelligible sounds or indiscernible movements of limbs. Such a depiction suggests that in the eyes of the Europeans, they are morally permitted to use the blacks' toil for their own economical gain. At the same time, though Marlow treats blacks as his inferiors, he seems constantly curious about their alien nature. Perhaps their savage nature fascinates him as much as the savage jungle...?

"Heart of Darkness" is also symbolic on a somewhat larger scale – the two journeys of Kurtz and Marlow into the wilderness can be seen as colonial discourse by means of a feminine/masculine juxtaposition represented by the conquerors and the jungle. Marlow sees the jungle as seductive, the river as charming and the coast as smiling, inviting and savage. In other words, he treats the wilderness as if it were a woman, unachievable and tempting at the same time. When he recalls that they penetrated deeper and deeper into the heart of darkness, the feminine features of the jungle become even more apparent. Conrad depicts this voyage into wilderness as if it were a sexual intercourse. To use this metaphor further, one might say that Kurtz took the wilderness by force, while Marlow managed to restrain himself from forcing his will. One might even say that the wilderness is a woman capable of defending herself. Such an interpretation would help to explain the demise of Kurtz – once he forced his will onto the darkness, the darkness struck back with multiplied force. Because Marlow treated the wilderness gently, it treated him gently as well. His various attempts at describing the jungle could be compared to mapping the body of a woman.

This thought brings me to yet another instance of colonial discourse. The language of the novella itself can be treated as an attempt to colonize the wilderness. Conrad strives to familiarize the unknown by means of descriptions and cultural projections, though such an approach ultimately proves to be unsuccessful. Subjective, European descriptions of the jungle will never get at the objective truth – the jungle is neither curving death nor concealed life. It seems that the darkness is indescribable by any fixed phrase; each depiction is only partial, metonymous, and each impression is misleading. Cultural projections onto the Congo also fail – thinking about the journey in religious terms of temptation and sin or mythological terms of destiny and fate is nothing but futile. It seems the western understanding of Africa is full of misconceptions.

Then again, because of this linguistic failure to colonize the jungle, "Heart of Darkness" no longer should be labeled racist in its approach. Though the novella uses Africa as the topography for colonial discourse, this fictional continent cannot be said to represent the real one. This depiction of Africa is an artificial one; it functions only on a symbolic level, not literally. Marlow encounters countless obscurities, minor details and inconsistencies which reveal the setting's symbolic nature. Blacks digging a purposeless hole in the middle of nowhere, collapsed, abandoned structures in the wilderness, unnatural, overwhelming fog – all these can be said to defamiliarize the setting.

Because Conrad treated the topic of colonialism with the scope and seriousness it deserved, the novella does not offer but one meaning, one interpretation. Instead, it might prove itself useful as a voice in both colonial and post-colonial discourse. In fact, one is perhaps incomplete without the other; they can be even said to complement each other. Such an approach results in "Heart of Darkness" being treated as a universal work of literature, becoming, through the ambiguity of its meaning, a valuable asset in colonial discourse.

Ciąg dalszy nastąpi...