Myriads Of Me: Tellur's Journal

Wanderlust%20ProjectQuantcast

Wanderlust Project to moje muzyczne alter ego – projekt, nad którym pracuję od końca 2008 roku. Zapraszam Was do przesłuchania mojej twórczości!

24.11.07

JRPG... (Część V)


Omówiona w poprzedniej odsłonie cyklu gra "Chrono Trigger" stanowi bardzo przyzwoitą, profesjonalną produkcję spod szyldu JRPG, ale w przypadku gier RPG istnieją oczywiście dwie strony tej samej monety – gry profesjonalne oraz te mniej lub bardziej amatorskie. Chociaż tym razem zamierzam przyjrzeć się grze należącej do tej drugiej kategorii, to muszę z przyjemnością przyznać, że to konkretne, fanowskie JRPG, "Last Scenario", w niczym nie ustępuje swoim komercyjnym, studyjnym odpowiednikom.

"Last Scenario" to gra fanowska i amatorska – została wyprodukowana za pomocą pół-amatorskiego środowiska developerskiego RPGMaker XP przez niejakiego "SCF" i została przezeń udostępniona za darmo w Sieci. Jeżeli jesteście nią zainteresowani, to możną ją pobrać tutaj. Ponieważ gra została zaprojektowana z użyciem programu RPGMaker, to częściowo korzysta z jego standardowych zasobów graficznych i muzycznych. Plansze i niektóre postaci pochodzą z RPGMakera, natomiast spora część zasobów graficznych została przygotowana przez samego developera. Jednak warto od razu dodać, że tego rodzaju wykorzystanie standardowych zasobów w żaden sposób nie umniejsza wartości samej gry, gdyż w RPG-ach nie chodzi oczywiście o oryginalną grafikę, lecz o fabułę i grywalność.


Last Scenario


Pod względem fabuły i systemu walki "Last Scenario" nie oferuje niczego nowego. Zapowiada natomiast, zgodnie ze swoim tytułem, doprowadzenie standardowych, konwencjonalnych rozwiązań wypracowanych w ramach gier JRPG do ich logicznych, ostatecznych granic. I rzeczywiście, "Last Scenario" jest ostatnim scenariuszem JRPG, w który będziecie mieli ochotę zagrać. Nie oznacza to bynajmniej, że ta gra jest zła lub wtórna. Całkowicie jednak wyczerpuje potencjał związany z konwencjonalnymi JRPG i stanowi egzemplifikację par excellence gatunku. Fabuła "Last Scenario" jest na tyle zawiła, że nie warto jej szczególnie streszczać. Ponieważ jest to gra "ostateczna", to fabuła dotyczy jednocześnie wojny pomiędzy kilkoma królestwami, powrotu starożytnego zła, zemsty tajemniczej rasy magów, potężnych artefaktów, spisków, zdrad, braterskich relacji i wielkiej miłości. Innymi słowy – nic oryginalnego. Jednak cała zabawa kryje się w bardzo współczesnej, postmodernistycznej dekonstrukcji tych motywów. Ostateczność tej gry nie pozwala na założenie, że powinno się traktować ją poważnie. Jest to po prostu zabawa konwencją, która to konwencję wyczerpuję.

Warta odnotowania jest również obecna w "Last Scenario" strategiczna mini-gra (chociaż obecna na maksi-skalę) żetonowa o nazwie "Hex". Gracz ma możliwość zbierania w trakcie przygód bohatera specjalnych żetonów do gry w "Hexa". Po ułożeniu talii może wyzwać na pojedynek niektóre postaci. Pojedynek odbywa się na heksagonalnej planszy i polega na strategicznym zbijaniu żetonów przeciwnika w celu uzyskania przewagi liczebnej aż do wyczerpania wolnych pól. Żetony wygrane w trakcie rozgrywki przekładają się na rozmaite, niekiedy unikalne przedmioty dla bohaterów, natomiast "Hex" jest ciekawą grą sam w sobie – nie liczy się weń siła posiadanych żetonów, gdyż przeciwnik może przejąć nad nimi kontrolę w dowolnym momencie. Zagranie na planszę potężnego potwora przez gracza może oznaczać, że przyjdzie mu stoczyć z nim bitwę już w następnej kolejce, gdy potwór zdradzi gracza i przejdzie na stronę przeciwnika. Liczy się zatem strategia w trakcie gry oraz uprzednie zbudowanie dobrej talii.

Obecna notka wyczerpuje właściwie z mojej strony temat japońskich gier RPG, chyba że jakaś gra niebywale zainteresuje mnie w przyszłości, w co jednak bardzo wątpię. Najwyższa pora napisać parę słów o najlepszych grach RPG z Zachodu, ale to dopiero w następnej odsłonie cyklu.

20.11.07

JRPG... (Część IV)


Kultowa, sztandarowa gra JRPG "Chrono Trigger" powstała w 1995 roku. Zagrałem w nią dopiero dekadę później, pod koniec obecnego roku, ale w żaden sposób nie umniejszyło to mojej radości z grania. Bowiem mimo mojego uprzedzenia do gatunku japońskich gier RPG z ich schematycznymi fabułami, brakiem rozwoju postaci oraz prostą, by nie powiedzieć prostacką mechaniką RPG, samo "Chrono Trigger" bardzo mi się spodobało.

Chrono Trigger"Chrono Trigger" opowiada, jak każda gra JRPG, o nastoletnim młodzieńcu (tutaj imieniem Crono), któremu przyjdzie stawić czoła pradawnemu, odwiecznemu złu, które zamierza się odrodzić i zwiastuje koniec ludzkiej cywilizacji. Po drodze przyjdzie Crono zmierzyć się z wieloma wrogami i zawrzeć wiele przyjaźni. Brzmi znajomo i schematycznie i jest tak w istocie, ale "Chrono Trigger" przede wszystkim bawi się konwencją, której jest sztandarowym przedstawicielem. Jest to zarazem gra o podróży w czasie ze wszystkimi konsekwencjami tego założenia. Chrono wraz z przyjaciółmi przyjdzie walczyć z prehistorycznymi dinozaurami, średniowiecznymi magami i goblinami oraz z robotami z postapokaliptycznej przyszłości. Japońskie RPG mieszają te konwencje w sposób, który jest nie do przyjęcia na Zachodzie, gdzie fantasy to jednak fantasy, a science fictionscience fiction. Do grona przyjaciół Crono dołączy zatem i magiczna, gadająca żaba, i zbuntowany robot. Tego rodzaju eklektyzm przeszkadza jedynie na samym początku, ale z czasem zaczyna cieszyć i zachwycać.

Kierunek artystyczny "Chrono Trigger" został wyznaczony przez Akirę Toriyamę, rysownika znanego m.in. z "Dragon Balla", co widać po pudełku, natomiast tego rodzaju estetyka nie jest widoczna w samej grze, gdzie bohaterowie oraz ich wrogowie są dosyć cukierkowi i bajeczni, ale na taki bardzo pozytywny, pomysłowy sposób. Warta uznania jest również muzyka skomponowana przez Yasunori Mitsudę oraz jego współpracowników. Japońskie RPG przechodzi się znacznie dłużej, niż ich zachodnie odpowiedniki, zatem muzyka może bardzo szybko znużyć. Na szczęście w "Chrono Trigger", chociaż pod względem brzmienia muzyka ograniczona jest medium oraz konwencją, to jednak zupełnie nie nuży. Przeciwnie – wciąga i czasami tylko za sprawą dobrej muzyki chce się wielokrotnie przechodzić daną lokację i zdobywać doświadczenie na potworach. Znana na równi z soundtrackami z "Mario" czy "Zeldy" muzyka z "Chrono Triggera" jest kultowa w Japonii do tego stopnia, że powstają jej fanowskie wersje big-bandowe, elektroniczne i symfoniczne.



Sama rozrywka polega na zdobywaniu kolejnych poziomów w walkach z potworami. Tutaj wyjątkowe dla gier JRPG jest to, że z potworami nie walczy się na osobnych planszach w losowych potyczkach, lecz wrogowie widoczni są na głównej mapie lokacji i można inicjować z nimi kontakt lub wybrać ucieczkę. Mechanika pozwala postaciom na łączenie specjalnych zdolności w rozmaite kombinacje, oferując wiele możliwości taktycznych. Nie każdego potwora można bowiem pokonać jedynie siłą. Niektóre postaci czarują, a inne strzelają z blasterów. Co ciekawe i niezwykłe dla JRPG, fabuła nie jest do końca liniowa. Ponieważ jest to gra o podróżach w czasie, to oferuje kilkanaście zakończeń w zależności od podjętych działań, a z głównym wrogiem gry można od biedy usiłować walczyć już w połowie fabuły, jednak najczęściej z marnym skutkiem.

Gra doczekała się kontynuacji na PlayStation, która jednak nie cieszyła się uznaniem fanów. Sami fani usiłowali przygotować amatorską kontynuację, której rozwój został jednak zablokowany przez właścicieli oryginału.


Ciąg dalszy nastąpi...

16.11.07

Getto... (Część II)


Nie fatygowałbym się z opisem marksistowskiej broszury Zdzisława Lekiewicza pt. "Filozofia w Science Fiction" w poprzedniej notce gdyby nie to, że chcę skontrastować ze sobą dwa sposoby pisania – poza fantastyką i wewnątrz fantastyki. Nie zamierzam natomiast specjalnie rozważać zagadnienia zewnętrznej i wewnętrznej krytyki gatunku. Pisać o fantastyce z zewnątrz, nie rozumiejąc jej i gardząc nią – to nonsens. Jednocześnie moje pisanie o pisaniu o fantastyce też mijałoby się z celem. Zamierzam się raczej skoncentrować na tym, jak język fantastyki może przysłużyć się opisywaniu niefantastycznej rzeczywistości. Zewnętrzna krytyka fantastyki za pomocą języka mainstreamu jest, ustaliliśmy, zła i niedobra, ale co z kolei powiecie na krytykę mainstreamu za pomocą języka fantastyki...?

Podobną próbę podjął znany większości tłumacz i felietonista, Lech Jęczmyk. Znany ze stałego cyklu felietonów w Nowej Fantastyce Jęczmyk zebrał je w końcu społem pod wspólną nazwą "Trzy końce historii, czyli Nowe Średniowiecze" w serii wydawniczej ANTROPOS Zysku i S-ka, specjalizującej się w przedstawianiu myśli konserwatywnej.


Nowe ŚredniowieczeLech Jęczmyk
"Trzy końce historii, czyli Nowe Średniowiecze"
ANTROPOS Zysk i S-ka 2006


Zbiór felietonów Jęczmyka stanowi próbę wytworzenia niezależnej, politycznie niepoprawnej historiozofii. Historiozofii, która operuje szerokimi kategoriami całych cywilizacji, kontynuując tym samym tradycję zapoczątkowaną przez Arnolda Tonybee i Feliksa Koniecznego. Maciej Parowski zauważa na okładce, że:

Jęczmyk patrzy na nasz świat jak na Rzym w przededniu rozpadu. W felietonach rejestruje i komentuje znaki rozproszone w życiu i literaturze.

Jęczmyk nawiązuje tym samym do tezy Petera Bendera z książki "Ameryka – Nowy Rzym", jakoby rozwój i nieunikniony upadek Imperium Americanum wpisywał się w struktury rozwoju i upadku Imperium Rzymskiego. To jednak, co Bender opisuje sztampowo i nieudolnie, Jęczmyk opisuje błyskotliwie i w odniesieniu nie tylko do Stanów Zjednoczonych, lecz całej cywilizacji Zachodu. Horyzont myślowy Jęczmyka jest nieporównywalnie szerszy i stać go na błyskotliwe spostrzeżenia i porównania wychodzące poza benderowski schemat Ameryka-Rzym.

Felietony z Nowej Fantastyki zostały podzielone tematycznie na trzy grupy. "Część I: PŁONIE BABILON, CZYLI CO Z TĄ CYWILIZACJĄ" uzasadnia tezę, jakobyśmy zmierzali ku epoce Nowego Średniowiecza. Przez Jęczmyka przemawia niestety do pewnego stopnia starzec, który uważa, że za jego czasów było znacznie lepiej i obyczajniej. Przez Jęczmyka przemawia również miejscami paranoik (nic dziwnego, biorąc pod uwagę czasy, w których żył), który wszędzie doszukuje się spisków i służb specjalnych. Warto jednak przebrnąć przez niektóre jego osobliwości dla błyskotliwych spostrzeżeń, które czyni na każdej stronie zbioru. "Część II: CZEKAJĄC NA BARBARZYŃCÓW ALBO OKOLICE POLITYKI" to niezależna analiza Zeitgeistu początków XXI wieku, koncentrująca się na kondycji Stanów Zjednoczonych. Znacznie ciekawsza od benderowskiej, gdyż wykraczająca poza rzymski schemat porównawczy. Z naszego – fantastów – punktu widzenia najciekawsza okazuje się "Część III: KONIEC ŚWIATA OD TYŁU, CZYLI O DICKU I NIE TYLKO", w której Jęczmyk opisuje nie tylko piszących fantastykę – Philipa K. Dicka, Ursulę LeGuin, Strugackich... – lecz również z perspektywy czytelnika i tłumacza fantastyki opisuję naszą rzeczywistość.

Chyba tylko Jęczmyk potrafi, naświetlając kondycję współczesnej Rosji, przytoczyć jako punkt odniesienia "Fundację" Asimova z jej ideą imperium uśpionego. Jedynie on zauważa ewidentne podobieństwo kontrolowanego upadku-bankructwa tego radzieckiego überkołchozu do kontrolowanego upadku Imperium Galaktycznego w "Fundacji". Literacki punkt odniesienia pozwala czytelnikom na przyłożenie do obecnej Rosji asimovskiego szkieletu ekstrapolacji i lepsze zrozumienie procesów, jakie na Wschodzie zachodzą.

Rzadko kiedy zdarza się felietonista, który używałby fantastyki jako narzędzia do opisu rzeczywistości. Owszem, pisarze czynią tak na pęczki – w końcu większa część fantastyki właśnie rzeczywistość diagnozuje i komentuje – ale rzadko kiedy po ów język sięga felietonista, niejako oddalony od literackiego źródła. Ursula LeGuin komentuje swą twórczością rzeczywistość, zaś Jęczmyk komentuje rzeczywistość cytując prozę LeGuin. Tworzy tym samym zupełnie nowy – choć dla nas bardzo naturalny! – aparat pojęciowy, niespotykany dotychczas w historiozofii. Siła Jęczmyka bierze się z zupełnie odmiennego podejścia do historii. Dokonuje niezależnej analizy stanu faktycznego świata XXI wieku bez obaw i niepotrzebnych kompleksów. Powołuje się jednocześnie na niepopularnego obecnie Feliksa Koniecznego i snuje swe rozważania w założeniu, że świat niechybnie dąży ku Zbawieniu. Warto sięgnąć po Jęczmyka, by choć na chwilę odpocząć od politycznie poprawnej, sztampowej papki felietonów głównego nurtu. Warto również za pomocą literatury opisywać rzeczywistość.

Fantastyka stanowi getto – bastion, który z oddali oczekuje nadejścia Nowego Średniowiecza. Nasze dystansowanie się od rzeczywistości, nasz odmienny aparat pojęciowy, nasza niezależność – nasze fortyfikacje – mogą się jeszcze okazać przydatne.

14.11.07

Getto... (Część I)


O fantastyce można pisać w lepszy lub gorszy sposób – ot, banał. Zatrważający jest natomiast rozdźwięk pomiędzy najlepszymi i najgorszymi próbami podejścia do tematu. Te ostatnie, co nie dziwi, zostały popełnione w słusznie minionym ustroju przez pisarzy, którzy z racji swojej natchnionej twórczości chętnie by się zapewne zapadli obecnie pod ziemię (gdyby nie to, że i tak są grzebani za życia pod ciężarem zawiedzionych czytelników i krytyki). Jedną z "pereł" peerelowskiego literaturoznawstwa jest "Filozofia Science Fiction" (lub Science-Fiction – autor nie może się zdecydować) Zdzisława Lekiewicza, wydana w 1985 roku w KAW-owskiej "serii z glistą" w ogromnym z naszej perspektywy nakładzie 50000 egzemplarzy. Dobrze się stało, że obecnie ów pomnik myśli literaturoznawczej poniewiera się po antykwariatach, gdyż z naszego punktu widzenia rzecz jest przecudownie groteskowa.


Filozofia Science FictionZdzisław Lekiewicz
"Filozofia Science Fiction"
KAW 1985


"Filozofia Science Fiction" mogłaby się równie dobrze nazywać "O nieuchronnym zwycięstwie socjalizmu nad kapitalizmem", gdyż więcej w tej pracy ukłonów w stronę Stalina, Lenina i Engelsa niż merytorycznej refleksji nad treścią filozoficzną w fantastyce. I nie chodzi jedynie o zwyczajowe słodzenie jedynie słusznemu systemowi we wstępie i zakończeniu, gdyż podobnych wtrętów jest w całym dziele niepokojąca liczba. Zdzisław Lekiewicz wychodzi z założenia, że literatura science fiction ma rację bytu jako odprysk rewolucji naukowo-technicznej, ta zaś – jako odprysk rewolucji marksistowskiej. Stąd od filozofii w fantastyce prosta droga do refleksji nad zgnilizną kapitalizmu i świetlanej przyszłości wrażliwego społecznie i naukowego socjalizmu.

Jeżeli zaproponowany przeze mnie tytuł alternatywny brzmi zbyt dosłownie, proponuję ewentualnie: "Dziesięć powodów, dlaczego Fiodor Dostojewski jest lepszym pisarzem od wszystkich pisarzy science fiction razem wziętych". Nie twierdzę bynajmniej, że nie jest, co ja tam wiem, ale nie w tym rzecz; wszak takie dywagacje są całkowicie jałowe i nie prowadzą do przedstawienia filozofii w twórczości fantastów. Fantaści napisali A, B, C. Mądrzej o tym pisał Fiodor Dostojewski... Fantaści nie poruszają podobnych problemów. Porusza je za to Fiodor Dostojewski... Kurde, panie, pan żeś się zabrał za pisanie nie tej książki, co trzeba!

Szkoda. Szkoda, że "Filozofia Science Fiction" została napisana, tak, a nie inaczej, gdyż liczyłem na bibliografię do pracy rocznej z filozofii. Otrzymałem w zamian książkę, której główną i jedyną myślą jest to, że i owszem, fantastyka przekazuje pewne treści filozoficzne, ale niesłychanie ubogie, jej czytelnicy stanowią, cyt. pewien specyficzny klan, w którym smak literacki stoi na dalszym miejscu, socjalizm zwycięży nad kapitalizmem, zaś Fiodor Dostojewski wielkim pisarzem był. Bardzo razi maniera odnoszenia się do czytelników tej literatury per "science-fictionerzy", który to neologizm, choć morfologicznie może i uzasadniony, nie występował nigdy ani wśród twórców i czytelników literatury polskiej i zagranicznej, ani wśród krytyków i literaturoznawców. Od razu widać, że pan Lekiewicz to człowiek z zewnątrz. Razi również fakt, iż ów pan naukowiec skompilował właściwie myśli i prace znanych popularyzatorów fantastyki (Campbell, Gernsbeck, Lem) i nie wysilił się na żadną niezależną myśl, która dodałaby cegiełkę do fundamentu fantastycznego literaturoznawstwa.

Nie sposób nie zadać więc pytania o gettowość fantastyki i fantastycznego literaturoznawstwa. Czy polska fantastyka wymaga zewnętrznej krytyki i refleksji literaturoznawczej...? Zdzisław Lekiewicz jest ewidentnie człowiekiem spoza środowiska i to mu się chwali, a raczej – chwaliłoby mu się, gdyby był podszedł do wybranego przez siebie zagadnienia w sposób obiektywny i nie na pół gwizdka. Pal licho nachalne marksizowanie, można się przynajmniej nieco pośmiać nad tymi wszystkimi archaicznymi smaczkami, ale oprócz radosnego politykowania Lekiewicz ogranicza się do przytaczania oczywistych oczywistości, że w fantastyce są roboty i w ogóle.

Czy więc fantastyka wymaga niezależnych krytyków i badaczy? Jeszcze kilka lat temu odparłbym, że tak, załamany stanem krytyki i refleksji środowiskowej. Czasopisma traktowały krytykę po macoszemu, Internet zaś z pełną swobodą i bez naukowego aparatu (postępuję zresztą podobnie, czyż nie...?). Odkąd jednak Maciek Parowski zabrał się za wydawanie dwumiesięcznika "Czas Fantastyki", wewnątrz środowiska ukonstytuowała się instytucja krytyka wewnętrznego, na poważnie i z tytułami, który potrafi podejść do tematu obiektywnie, merytorycznie i z fascynacją należną temu wartościowemu literacko gatunkowi.

I tak oto w trzynastym już numerze "Czasu Fantastyki" Aleksandra Mochocka podejmuje próbę zdefiniowania (z natury – wydaje się – niedefiniowalnej) literatury science fiction. Nie zamyka swoich rozważań żadną konkretną definicją, ale – w przeciwieństwie do Lekiewicza – nie podchodzi do owej literatury niczym do padliny, śmierdzącej na kilometr "wielkiemu literaturoznawcy". Zauważa, że choć rekwizytorium science fiction jest mocno metonimiczne, całość narracji należy raczej odczytywać jako metaforę. Jacek Dukaj zaś w tym samym numerze dostrzega, że rzecz nie w definicji, lecz w potrzebie redefinicji; powrotu do źródeł i oparcia gatunku na nowych paradygmatach.

Zapytany o gettowość fantastyki Tomek Kołodziejczak cieszy się, że fantastyka dokonała megagalaktycznej inwazji na całą popkulturę i (...) przenika do głównego nurtu. Lech Jęczmyk zaś w swoim zbiorze felietonów "Trzy końce historii, czyli Nowe Średniowiecze" zauważył, że zmiany cywilizacyjne zaczynają się nie od kulturowego centrum, lecz od jej peryferii. Czyżby więc małe i niedoceniane getto literatury science fiction miało być Nazaretem literatury, w którym od czasu do czasu rodzą się rzeczy ciekawe i niezwykle istotne? Nasi gettowi trzej królowie – krytycy i badacze pochylający się nad żłobkiem – nie mają co do tego wątpliwości, a świat i tak w końcu zauważy. Powolna osmoza fantastyki i tzw. literatury głównego nurtu jest nieunikniona. Sporo jest znaków na niebie, że tak jest w istocie, a że w znakach na niebie science fiction się wręcz specjalizuje, pozostaję optymistą, że książek pokroju "Filozofii Science Fiction" Zdzisława Lekiewicza będzie coraz mniej.

12.11.07

Przeprowadzka... (Część IV)


Magię przeprowadzki skutecznie zaburza inwazja starych przedmiotów. Dom, do którego się przeprowadziliśmy, był początkowo brudny. Wszędzie pył i resztki cementu, kurz i wszędobylski karton. Odrobina magii i stała się sterylność – nowy parkiet, świeżo-pomalowane, beżowe ściany (te w mieszkaniu też były beżowe, ale inaczej), blask i powiew świeżości. Następnie dokonuje się inwazja pudeł i paczek. Podłogę zajmują styropian i tektura, żeby nie porysować drewna; nań sterty starych rzeczy z mieszkania i wieże z zapakowanych książek. Walczą ze sobą nowe i stare, to stare ułożone gdzieś w kącie, żeby nie przeszkadzało. Można nacieszyć oczy nowym, ale tylko przez chwilę, gdyż z każdym dniem pojawia się coraz więcej upiorów starości – w nowej łazience zawisły stare ręczniki, na półkach pojawiły się stare segregatory, w łóżku spoczywa stara pościel. Już nie tak nowo w tym nowym domu, stare przedmioty wyrywają ze złudzenia nowości i przywracają rzeczywistości.

Na nowych półkach ułożone już stare książki. W kącie stary plecak z notatkami na nowe-stare studia. Nowa komoda, na komodzie (bo brak biurka) laptop ze starą podkładką pod mysz. Po 'kiego czorta przyszło się przeprowadzać? Zmieniłem miejsce zamieszkania, a za mną podążyły te wszystkie graty i nie-graty, które szkoda wyrzucić, które jeszcze mogą się do czegoś przydać, od których nie sposób się uwolnić. Upycham je, gdzie można, żeby widzieć jedynie nowe. Staram się dostrzegać stare jedynie kątem oczu, w razie nagłej potrzeby, ale wiem, że będzie się stawało coraz bardziej nachalne i dokona ostatecznie aktu cywilizowania, ogłaszając wszem wobec pełną władzę. Wyjdą na wierzch stare płyty i papierzyska i znów zacznę układać pionowe sterty z nieprzeczytanych książek.

Może właśnie wtedy poczuję się, jak u siebie w domu.

8.11.07

Przeprowadzka... (Część III)


Żeśmy się przez tą całą przeprowadzkę pogubili semantycznie. Przez dłuższy czas mieszkaliśmy w bloku, czyli w domu, a od dobrych kilku lat jeździliśmy na działkę. Gdy ta zaczęła przybierać powoli, acz konsekwentnie kształty domu, zaczęliśmy jeździć z domu na budowę, a teraz żeśmy się z rozpędu z domu na budowę przeprowadzili.

Mieszkamy więc od przedwczoraj na budowie i w żaden sposób nie potrafimy o tym półprodukcie powiedzieć, że to nasz nowy dom. Jakże tak, zadomowić się w tym niegościnnym tworze, gdy podłogę ścielą na pół rozerwane kartony, a w pokoju, zamiast łóżka, stoją jegoż na pół złożone części? Z sufitu zwisają żarówki na kablach bądź też same kable o żarówki się proszące. Owszem, mój sześcianik na piętrze zaczyna przypominać pokój, jeszcze tylko tu i ówdzie dokręcę parę śrubek, ale biurka nadal nie ma, Internetu nie ma, Kononowicz mi świadkiem, nie ma prawie niczego.

To nie prawda, że wolałbym mieszkać w prymitywnej lepiance, byle miała dostęp do Internetu. Mieszkanie na budowie też ma swoje zalety. Nie trzeba dbać o porządek, bo i tak wszędzie wokół brudno. Wszystkim można rzucać wszędzie, byle zostawić jakieś przejście od jednej sterty pudeł do drugiej. Raj! I jaka akustyka, wystarczy sobie zagwizdać pod nosem, a już krzyczą z salonu, że głośno na całą budowę.

Powoli składam półki. Jestem pod wrażeniem obecnej technologii składania drewnianych mebli – tu coś wcisnę, tam pokręcę i półka gotowa, błyszcząca jak z katalogu. Stoją, jedna obok drugiej, zajmują całą ścianę, podobnie jak w mieszkaniu. Tyle że teraz jakby przestrzenniej i nie muszę już przechowywać księgozbiorów rodziców i dziadka, gdyż udały się na wieczny spoczynek do pokoju gościnnego. Mój własny księgozbiór czeka niejedna metamorfoza. Nowe półki, nowy sposób układania książek, progres – mój wewnętrzny bibliofil uśmiecha się z radości. Nie będę już musiał upychać książek na siłę, po dwa rzędy na półkę. Nie będę już musiał tak często walczyć z kurzem – księgozbiór będzie się elegancko prezentował za półprzezroczystymi szybami.

Zasypianie na budowie jest dosyć nieprzyjemne. Tam miga na niebiesko jakaś nieznana mi dotychczas lampka od monitoringu, tu na czerwono znane, od głośników i telewizora, ale w zupełnie innej konfiguracji. Odgłosy dnia i nocy też jakieś inne, obce. Dotychczas: czwarte piętro, samolot za samolotem, niekiedy nawet bezpośrednio nad blokiem, tak że z dnia robiła się na chwilę noc, gdy podchodzący do lądowania samolot rzucał cień na całe osiedle. W oddali na horyzoncie Warszawa. Teraz: jacyś nieznani sąsiedzi za oknem, jakieś pole z cholera wie jakim warzywskiem, okolica zgoła barbarzyńska, bez przystanków i saloników prasowych.

Czasami zmiana miejsca zamieszkania o całe trzy kilometry robi wielką różnicę.

4.11.07

Przeprowadzka... (Część II)


Przygotowywanie się do przeprowadzki – to nieustanne pakowanie książek i sąd ostateczny nad duperelami, z których nie wszystkim będzie dane zobaczyć nowy dom – trwało całe wieki, a konkretnie: dobre dwa tygodnie, ale sama przeprowadzka została przeprowadzona nadzwyczaj szybko i sprawnie. Rodzice odwołali się do instytucji pomocy koleżeńskiej i w dzień przeprowadzki stawiła się dobra część ich znajomych, ponad dwudziestu chłopa, by pomóc w znoszeniu pudeł i mebli oraz w ich późniejszym transporcie. Dwudziestu chłopa potrafi opróżnić mieszkanie bardzo sprawnie – po dwóch godzinach znieśliśmy na dół dorobek dziesięcioletniego mieszkania w bloku. Załadunek, transport i wyładunek mógł pewnie trwać kolejne dwie, chociaż czas jest względny i szybko leci, gdy umysł nastawia się na jedną, powtarzalną czynność. Mężczyźni robili więc za tragarzy, kobiety zaś skupiły się na przygotowaniu prowizorycznej parapetówki.

Niektórzy pomagali nam przy przeprowadzce z takim entuzjazmem, że gdy było już po wszystkim, zaczęli z nami z rozpędu skręcać meble. Mój brat miał znacznie mniej mebli do skręcenia, ponieważ nie musiał pomieścić aż tylu książek. Szybko się z nimi uporał; ja zaś, ponieważ miałem znacznie więcej nierozpakowanych mebli na podłodze, mogłem nań pomieścić jedynie dwie składane półki na raz i do wieczora skręciłem w asyście wujka jedynie półkę i szafę. Wieczorem odbyła się pierwsza impreza, a noc i tak spędziłem w starym mieszkaniu, gdyż miałem do zrobienia tłumaczenie wymagające ciągłego szperania w Sieci.

Ktoś mi uświadomił, że pierwszy sen w nowym miejscu zamieszkania jest dosyć istotny. Coś mi się tego pierwszego dnia śniło, pamiętam, ale bez szczegółów. Za to sen z drugiego dnia pamiętam wyraźnie. Śniło mi się, że skręcałem szafę i z rozpędu zatrzasnąłem się jakoś w środku. Ponieważ – deux es machina – miałem przy sobie laptopa, usiłowałem z kimś porozmawiać przez komunikator, żeby przyjechał i mnie uwolnił. Nie będę sięgał po Freuda i sprawdzał, co też ów sen może znaczyć, ale znając Freuda, pewnie coś mocno perwersyjnego.

2.11.07

Przeprowadzka... (Część I)


Miałem jeszcze jakąś wymówkę, wtedy, gdy powstawał dopiero pierwszy, ceglany szkielet pokoju i później, gdy ów straszył brudnoszarym tynkiem, że nie zastanawiam się nad przyszłym wystrojem wnętrza, ale teraz, gdy już najwyższa pora ustalić jakieś konkrety dotyczące stylu umeblowania i wykończenia, nie sposób od tego obowiązku uciec. Zacząłem się więc zastanawiać nad swoim przyszłym pokojem i okazało się, że dojście do jakiejś konstruktywnej decyzji graniczy niestety z cudem.

Miałem do rozważenia kilka zmiennych: kolor ścian, kolor mebli, styl mebli, pojemność półek, ułożenie mebli względem siebie. Rzecz pozornie prosta; sęk w tym, że każda kolejna zmienna była zależna od poprzednich, wszystkie zaś zależały od wyglądu parkietu, którego przez długi czas nie było i pojawił się dopiero ostatnio. Po zapoznaniu się z tą tajemniczą zmienną mogłem w końcu przejść do konkretów i zapolować na meble.

Parkiet mam jasny – kremowy, powiedzmy – jakieś bliżej nieokreślone drewno. Ponieważ przez ostatnie piętnaście lat żyłem w beżach i do beżów się przeprowadzam, postanowiłem, że mój pokój będzie bastionem konkretnych, męskich, nasyconych kolorów, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku. Sram na beże, rzygam beżami, zwyczajnie ich nie lubię. Jedną ścianę – tą, do której będzie przylegała ogromna biblioteka zdolna pomieścić mój księgozbiór – zażyczyłem sobie na czekoladowy brąz, pozostałe będę chciał na ciemno-żółto. Dzięki tej decyzji mogłem też doprecyzować kolor mebli – ciemny brąz.

Okazało się, że nie sposób znaleźć na rynku półek na książki zarówno stylowych i funkcjonalnych. Meble stylowe mają to do siebie, że zostały zaprojektowane z myślą o ładnym się prezentowaniu i nigdy nie uginały się pod ciężarem prawdziwych książek. Te, które widziałem, okazywały się zazwyczaj albo za niskie, albo za głębokie. Meble funkcjonalne zaś, zaprojektowane w celu przechowywania książek, wyglądają niczym kilka bieda-desek z wbitym tu i ówdzie gwoździem. Znalezienie złotego środka zajęło mi dobre dwa tygodnie, ale w końcu zdecydowałem się na zestaw stanowiący kompromis między wyglądem a funkcją – meble TOM z okleiną TIK firmy Black-Red-White. Stanowią, powiedzmy, średnią klasę średnią w bardzo rozwarstwionym społeczeństwie mebli, ale dzięki temu zarówno spełniają moje wymagania co do przechowywania księgozbioru, jak i cieszą oczy. Teraz jeszcze tylko biurko, łóżko i po wszystkim.