Myriads Of Me: Tellur's Journal

Wanderlust%20ProjectQuantcast

Wanderlust Project to moje muzyczne alter ego – projekt, nad którym pracuję od końca 2008 roku. Zapraszam Was do przesłuchania mojej twórczości!

10.11.08

Kraków...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

Ledwie założyli mi aparat na zęby, a już dwie godziny później jechałem z rodziną do Krakowa z wizytą do znajomych, których poznaliśmy w Detroit. Początkowo trochę się krzywiłem na myśl o wyjeździe, ponieważ siedzę w rozgrzebanym do połowy przekładzie kolejnej powieści, ale ostatecznie uznałem, że taki wyjazd dobrze mi zrobi.

W Krakowie rzeczywiście udało mi się odpocząć. Zajechaliśmy na miejsce w piątek po południu i nastawiłem się na spokojny wieczór, ale jeszcze tego samego dnia wybraliśmy się z kolegą do kina na nowego Jamesa Bonda – "Quantum Of Solace" – o wyjątkowo nieprzetłumaczalnym tytule. Film mnie niestety niczym nie zachwycił. Rozpoczął się pretensjonalnym pościgiem, który został zmontowany za pomocą tak dynamicznych cięć, że można było odeń dostać epilepsji. Następnie Bond przemieszczał się z jednego miejsca na drugie, zostawiając po sobie zwłoki kolejnych przeciwników, a po pewnym czasie i odpowiedniej ilości wybuchów film się po prostu skończył, pozostawiając niestety ogromny niedosyt. Usiłowałem świadomie wsłuchać się w muzykę, bo przecież soundtrack skomponował dotychczas doskonały David Arnold, ale okazało się, że tym razem kompozytor poszedł na łatwiznę i skomponował masówkę, o którą prędzej podejrzewałbym Klausa Badelta lub Briana Taylora. Spodobała mi się natomiast "dziewczyna Bonda", bo wiadomo przecież, że najpiękniejsze na świecie są słowianki brunetki, choć okazało się, że w tej odsłonie serii dziewczyna Bonda nie była właściwie jego dziewczyną i na ekranie raczej "wyglądała" niż grała.

Następnego dnia przed południem wybraliśmy się na miasto, gdzie właściwie nic konkretnego się nie działo, a po obiedzie wybraliśmy się na pola za domem kolegi, by wystrzelić w powietrze kilka jego rakiet-zabawek. Należy jednak przyznać, że te rakiety nie były tak do końca zabawkami. Dolatywały na prawdę wysoko, a ponieważ nad naszymi głowami znajdowała się trasa lądowania samolotów z krakowskiego lotniska, wystrzelenie każdej rakiety wiązało się z ryzykiem, że zostaniemy posądzeni o terroryzm. Dlatego też lont każdej rakiety podpalała młodsza, nieletnia siostra kolegi :-). Trochę się zawiedliśmy, bo nie udało się nam zestrzelić żadnej Lufthansy i po kilku próbach wróciliśmy do domu kolegi.

Pod sam wieczór udało mi się przetłumaczyć zaledwie dwie strony powieści, ale przecież nie łudziłem się, że zdołam wygospodarować sobie czas na więcej. Młodsza siostra mojego kolegi chodzi do podstawówki i bierze udział w olimpiadzie z języka polskiego. Gdy zauważyła, że tłumaczę książkę, to od tamtej pory chodziła wpatrzona we mnie jak w obrazek. Szkoda, że tego typu "przebojowa" praca nie imponuje nieco starszym dziewczynom :-). Niedzielnym porankiem pożegnaliśmy się ze znajomymi i wróciliśmy do Warszawy, ja zaś zacząłem nadrabiać zaległości w tłumaczeniu. Okazało się, że wyjazd pozwolił mi odpocząć i nabrać sił do walki z kolejnymi stronami książki.

3 comments:

Apsalar said...

Bo Kraków fajny jest.

To ta siostra kolegi co się w tobie kiedyś kochała? ;-)

Tellur said...

Nie przypominam sobie :-).

Marcepan said...

to chyba teraz już się kocha :p