Myriads Of Me: Tellur's Journal

Wanderlust%20ProjectQuantcast

Wanderlust Project to moje muzyczne alter ego – projekt, nad którym pracuję od końca 2008 roku. Zapraszam Was do przesłuchania mojej twórczości!

26.1.08

Behemot... (Część X)


Powieści totalne zachwycają swoją totalnością; literackim ogarnięciem i opisaniem całokształtu zjawiska, jakim jest ludzkość. Historia, historiozofia, filozofia, ekonomia, religia, polityka i kultura składają się społem na literacki obraz ludzkości w rozwoju – przeszłym, teraźniejszym lub przyszłym. Wyzwaniem dla pisarza jest więc taka selekcja materiału, by nie narazić się na zarzut, że przez nieuwagę lub celowo zlekceważył niektóre aspekty rzeczywistości lub też błędnie zdiagnozował jej całokształt, co doprowadziło do powstania obrazu niepełnego lub zgoła fałszywego.

Powieści totalne science-fiction oraz fantasy zachwycają tym bardziej, że opisywana w nich totalnie rzeczywistość jest jedynie kunsztownym wytworem imaginacji pisarza.

Powieści totalne science-fiction oraz fantasy zachwycają tym bardziej, że opisywana w nich totalnie rzeczywistość jest jedynie kunsztownym wytworem imaginacji pisarza. Tym bardziej jednak są podatne na krytykę. Tam, gdzie czytelnik uzupełnia braki w totalnej powieści realistycznej własną wiedzą, tam te braki w totalnej powieści fantastycznej są znacznie bardziej widoczne. Pół biedy jeszcze, gdy pisarz podejmie się opisania totalnej przyszłości. W tej sytuacji czytelnikowi i krytykowi brak bowiem modelu oraz miar, wedle których mógłby skonfrontować dzieło literackie z rzeczywistością. Gorzej, gdy pisarz podejmuje się napisania powieści totalnej rozgrywającej się w przeszłości lub rzeczywistości alternatywnej, gdyż wtedy czytelnik ma do dyspozycji całą naszą rzeczywistość, którą może przyłożyć do alternatywnej i odpowiednio ocenić wywiązanie się pisarza z totalnego charakteru jego rzeczywistości. Podobne próby są mimo wszystko podejmowane – czasami zwycięsko, częściej zaś z niedociągnięciami.


Lata ryżu i soliKim Stanley Robinson
"Lata ryżu i soli"
Wydawnictwo Dolnośląskie 2007

(Original publication date: 2002)

Kim Stanley Robinson napisał powieść totalną do kwadratu, podjął się bowiem opisania alternatywnej historii cywilizacji Islamu od XIV do XXI wieku. Punktem wyjścia było założenie, że epidemia czarnej śmierci kładzie trupem nie 30%, lecz 99% cywilizacji Zachodu. Osamotniony Islam odnajduje potrzebną sobie niszę, by zostać prymarną cywilizacją naszej planety.


W XIV wieku wybuchła epidemia czarnej śmierci – największa katastrofa w dziejach ludzkości. Historycy twierdzą, że wymarła wówczas jedna trzecia mieszkańców Europy, lecz co by było, gdyby dżuma zabiła w średniowieczu niemal całą ludzkość Starego Kontynentu? Jak wyglądałby świat bez cywilizacji europejskiej i Stanów Zjednoczonych?

W "Latach ryżu i soli" Kim Stanley Robinson z wielką przenikliwością i odwagą nakreślił historię alternatywną ostatnich siedmiuset lat. Skonstruował świat, w którym chrześcijaństwo odgrywa marginalną rolę, a buddyzm i islam są najbardziej wpływowymi i najszerzej praktykowanymi religiami. Ta pierwsza wielka powieść science fiction XXI wieku powstała przed wypowiedzeniem tzw. wojny z terroryzmem. Dziś okazuje się prorocza i dalekowzroczna.

Oficjalny opis powieści nie przesadza z zachwytami, powieść Kim Stanley Robinson rzeczywiście jest bowiem warta swoich siedmiuset stron. Całość podzielona jest na dziesięć ksiąg, z których każda przedstawia jakiś konkretny wycinek alternatywnej historii powstałej w miejsce europejskiej cywilizacji. Jest więc ekwiwalent naszego odkrycia Nowego Świata, jest ichniejsza rewolucja proletariatu, są ostatecznie islamskie przemiany obyczajowe w ich odpowiedniku wieku XX. Taka narracja nie pozwala na jednego bohatera przewodniego, ale Kim Stanley Robinson zastosował bardzo ciekawe i bezprecedensowe chyba rozwiązanie – jego bohaterowie reinkarnują w kolejne wcielenia! W pierwszym rozdziale poznajemy Bolda oraz Kyu, w drugim kolejną parę bohaterów na literę "B" oraz "K" i tak przez wszystkie kolejne księgi. Nie raz zmienia im się płeć, a "K" zdarzyło się nawet reinkarnować w tygrysicę, ale dzięki zabiegowi nazewnictwa na te same litery alfabetu czytelnik się w tych reinkarnacjach nie gubi. Poznajemy więc rozwój alternatywnych cywilizacji oczyma bohaterów, którzy w różnych wcieleniach wchodzą ze sobą w przeróżne relacje – ojcowskie, mentorskie, miłosne... Nie zdają sobie sprawy ze swoich poprzednich wcieleń, o tej niebywałej ciągłości będącej osnową powieści wie jedyne czytelnik.

"Lata ryżu i soli" robi wrażenie językowo, ponieważ Kim Stanley Robinson korzysta z przeróżnych gatunków literackich, które na danym etapie rozwoju historycznego dominują. Przerywa nagle tradycyjną narrację, by urzec czytelnika poetyckim opisem rzeczywistości:

Bold zastanawiał się, jak długo to jeszcze może potrwać, aż czwartego ranka niebo zaczęło się bielić i brązowieć.

Jak pustynny powiew znad Gobi.
Piasek w powietrzu i szlachetnej ziemi proch.
To ląd! Niski ląd, gdzie morze i niebo,
W jeden łączą się brąz,
Najpierw dojrzysz kamienną wieżę,
A za nią falochron głazów i port.

Jeden z marynarzy z radością wypowiedział nazwę wyłaniającego się lądu:
– Aleksandria!
Bold już gdzieś słyszał tę nazwę, choć na temat samego miejsca nie wiedział nic.

Innym razem narracja przyjmuje postać listu, traktatu filozoficznego lub raportu naukowego. Ogrom postaci i wydarzeń sprawia, że czytelnik przestaje się skupiać na faktach i zaczyna się przyglądać samym procesom, przemianom, metahistorii i metakulturze.

Robinson zdaje się sugerować, że niezależnie od warunków wyjściowych, wynik końcowy będzie zawsze taki sam – homogenizowana, uniwersalna demokracja liberalna.

Dziesięć ksiąg powieści spaja strukturalnie ich literacka ciągłość oraz reinkarnujący bohaterowie. Społem tworzą rzecz jasna jedną, przyczynowo-skutkową historię alternatywnej cywilizacji, ale tutaj Kim Stanley Robinson popełnił był ogromny, niewybaczalny błąd. Alternatywna Ziemia z dominującymi cywilizacjami Buddyzmu i Islamu idzie dokładnie tą samą ścieżką rozwoju, co nasza prawdziwa historia! Jesteśmy świadkami islamskich odkryć geograficznych, chińskiego odkrycia Nowego Świata, indyjskiego renesansu, w końcu ichniejszej rewolucji proletariackiej, Wielkiej Wojny, odkrycia atomu, emancypacji kobiet i demokratyzacji. Kim Stanley Robinson błędnie bowiem zakłada, że historia jest teleologiczna, tzn. że procesy historyczne zachodzą od przyczyny po skutek w jakimś jednym, konkretnym celu, którym dla pisarza zdaje się być współczesna, liberalna demokracja parlamentarna. Blisko Robinsonowi do historyka marksistowskiego bądź myśliciela heglowskiego, którzy zakładają, że istnieje jakaś odgórna historyczna konieczność, ku której zmierzamy i w której uczestniczymy. Robinson zdaje się sugerować, że niezależnie od warunków wyjściowych, wynik końcowy będzie zawsze taki sam – homogenizowana, uniwersalna demokracja liberalna, w której Islam i Buddyzm są jedynie ozdobnikami, tak jak wartości chrześcijańskie zdają się być anachronizmem we współczesnej Europie. Błędnie natomiast zdiagnozował moim zdaniem naszą rzeczywistość, w której współczesna demokracja parlamentarna i ogólniej – cały liberalny świat Zachodu – nie są ahistoryczną koniecznością dziejową, lecz wynikiem pewnego bardzo konkretnego ciągu przyczynowo-skutkowego, który zaistniał wyłącznie przy naszych warunkach wyjściowych. Nie można wielokrotnie rozsypywać puzzli historii i spodziewać się, że spadną za każdym razem na ziemię, układając raz za razem dokładnie ten sam obrazek. Kim Stanley Robinson nie tyle napisał alternatywną historię cywilizacji Islamu, ile przepisał historię cywilizacji Zachodu z buddyjskimi i islamskimi ozdobnikami. Zrobił to bardzo zręcznie, ale heglowskie ukąszenie jego warsztatowych założeń sprawiło, że błędnie ocenił całokształt i poprowadził swoją alternatywną historię błędną, gdyż opartą na błędnym założeniu ścieżką.

Warto przeczytać "Lata ryżu i soli" dla literackiej zmyślności i kulturowej odmienności, ale warto też pamiętać, że schemat, w który Robinson wtłacza narrację, to stara, dobra cywilizacja Zachodu. Widać wymarcie 99% Europejczyków niczego nie zmieni, a McCywilizacja jest dziejową koniecznością. Tyle że bez wieprzowiny.


Seria BehemotZawieszam tymczasowo recenzowanie książek z serii "Behemot" Wydawnictwa Dolnośląskiego, ponieważ... wyczerpały mi się książki do recenzowania. Jak fundusze pozwolą, to może uzupełnię swoją kolekcję o niektóre starsze pozycje tegoż wydawnictwa, choć nie ukrywam, że nie wszystkie są moim zdaniem tego warte. Na pewno częściej sięgam po fantastykę polską i "Lata ryżu i soli" to pierwsza zagraniczna powieść z serii "Behemot", którą przeczytałem. Na pewno na to zasługuje m.in. Timothy Zahn, więc może kiedyś sięgnę po tego autora. Z polskich pisarzy chętnie sięgnę po Wojciecha Szydę. Ale wszystko to w bliższej lub dalszej przyszłości. Na razie żegnam i przechodzę do innych wydawcnictw, innych powieści.


Ciąg dalszy nastąpi...?

24.1.08

Behemot... (Część IX)


Dziś chciałbym Wam zaprezentować notkę bezprecedensową, gdyż pierwszą od powstania Myriads Of Me notkę gościnną. Mój kolega J. zgodził się na zamieszczenie na łamach mojego bloga jego recenzji powieści "Gwiazdozbiór kata", do której sam się odniosłem w poprzedniej notce. Jego recenzja bardzo dogłębnie analizuje inspiracje Rafała Dębskiego oraz rzetelnie wylicza jego warsztatowe niedociągnięcia. Różni się od mojego podejścia tym, iż rozlicza Dębskiego przede wszystkim za historyczność powieści, tudzież jej brak. Bez zbędnego mądrzenia się z mojej strony zapraszam do zapoznania się z recenzją Jona.


Jon
Przeczytałem książkę Dębskiego

Otóż trafił mi się tomik prawdziwej historical fantasy. Co ciekawiej, opowieść jest tak skonstruowana, że jej akcja dziać by się mogła również w świecie Warhammera czy gdziekolwiek, gdzie uświadczyć można lipną alchemię, katów i ambitnych władców.

Nigdy jeszcze nie czytałem książki, która aż tak zasługiwałaby na miano intertekstualnej.

O panu Rafale powiedzieć można z pewnością wiele dobrego. Potrafi zaciekawić czytelnika bohaterem, prezentuje wartką akcję i płynną fabułę sprawiając, że czytanie jego książki jest lekkie i przyjemne.

Dopuścił się jednak paru błędów.



O panu Rafale powiedzieć można z pewnością wiele dobrego. Dopuścił się jednak paru błędów.

Człowiek ten, cierpiąc na brak pomysłów, zdecydował się "poszukać inspiracji" w mistrzach gatunku. Pomysł sam w sobie szczytny doprowadził jednak do sytuacji, w której każdy w miarę doświadczony czytelnik dość szybko zauważy, że coś tu nie gra. Jego książka wygląda tak, jakby przeczytał tomik pt. "Jak napisać powieść fantasy", co pozwoliło mu oczywiście na spłodzenie dzieła (i to przyjemnego w spożyciu – brawo talent Autora), ale jednocześnie sprawiło, że bardzo łatwo poznać w nim rzemieślnika, a nie artystę. Wielokrotnie zarzuca się Pilipiukowi oddawanie się dla pieniędzy (potocznie – kurewstwo intelektualne), podpierając to chociażby autorstwem "Pana Samochodzika". Mimo to w każdej książce pana Andrzeja, bez względu na to o czym pisał, widoczny był pewien element unikalny, błysk geniuszu, cześć duszy autora, który wkładając w swoje dzieło dużo wysiłku intelektualnego stworzył coś nowego, zdolnego zainteresować czytelnika.

Z czyich pomysłów korzysta pan Rafał, że zawołało to o pomstę do nieba? – otóż służę uprzejmie:

1. Andrzej Sapkowski

Główny bohater to istna kalka "Wiedźmina" – mam na myśli nie tylko zdolności bojowe, ale i społeczny odbiór wykonywanej profesji (wstręt ze strony bliźnich), szkołę, w której się uczył (Kaer Morhen – Biecz, podobni nauczyciele, posłuszeństwo i kształtowanie osobowości), brak rodziców i szkolenie od wczesnego dzieciństwa, potem wykonany przy użyciu chemikaliów obrzęd przejścia zakończony mutacją. Mówiłem już, że bohater dzięki temu widzi w ciemności? Co gorsza, mamy tu identyczny profil psychologiczny – rębacz o miękkim sercu, który także u Dębskiego nie tylko walczy z potworami i bierze udział w wojnie (jak sir Geralt z Rivii), ale i przez pół książki wytacza krew w obronie bezbronnego dziecka. Taak, i najzupełniej przypadkowo – dziewczynki. Mamy też awersję do okrutnego motłochu, zimny profesjonalizm i niemożliwą do spełnienia i zaowocowania miłość. Chyba nie muszę dodawać, że jego wybranka pomaga mu czytając dzięki magii (ogólnie mówiąc) w myślach ludzi i w ich doczesnych szczątkach. Och, Yennefer...

2. Andrzej Ziemiański

Otóż główny bohater ma dokładnie takie same zdolności jak mag-bakteria z "Achai"! Także wywołuje zarazę i jest dzięki temu praktycznie (jak na swoje czasy) nieśmiertelny. Jest to taka dokładna kalka "zdolności specjalnej" Meredith’a, że jako autor tej książki nie mógłbym po prostu spojrzeć panu Ziemiańskiemu w oczy.

3. Jacek Komuda

Nie tylko to samo miejsce i czas akcji (na które pan Jacek nie dostał jeszcze patentu), ale także konieczność radzenia sobie z opisem wojen i pojedynków rodem z "srebrnego wieku" (1572-1648, jakby ktoś nie wiedział).

Tu pan Rafał daje ciała na dużych płaszczyznach. Faktem jest, że bardzo dobrze zarysował postacie Żółkiewskiego, Zamoyskiego i Batorego, ale widać, że w trakcie pisania książki ani razu nie zajrzał do podręcznika. Myli się zarówno w faktach (Stefan Batory nie mówił po polsku!), jak i w tytulaturze (wojewoda ziemi sieradzkiej, urgh...), zaś lokacje tworzy kompletnie z pamięci. Tu zrozumiałem, że czego by o Komudzie nie powiedzieć, to jednak jest on człowiekiem bardzo sumiennym. W opisie świata naprawdę niewielu autorów jest mu w stanie dorównać. Tak jak ja kocha pewnie mapy Polski XVII wieku i dokładnie wie, którędy przeprowadzić bohatera, kogo mu gdzie pokazać i jak go gdzie potraktować. Z kolei wiedza Rafała Dębskiego ogranicza się jedynie do anatomii oraz praktycznego zastosowania broni historycznej. Oba te elementy opisane są perfekcyjnie, ale samo tworzenie świata jest karygodnie kulawe. U Pilipiuka i Komudy każda kolejna lokacja ma własny klimat, a tu – lochy pod Hradczanami, dworek szlachecki czy obóz wojskowy po prostu "są".

Bohater z rozdziału na rozdział coraz bardziej flaczeje, na końcu stając się równie nijaki jak i świat, na którym go umieszczono.

A jakie? – tego już autor czytelnikowi nie tłumaczy. Wnętrza pomieszczeń, w których bohater przebywa, zieją pustką. Brak mebli i bohaterów trzecioplanowych. W ogóle – istnieje tylko bohater i zarys tego, z czym on się spotyka. Oprócz mocno ograniczonego wzroku (miejsca opisane tylko z nazwy – resztę sobie człecze doczytaj) autor zapomina także o innych zmysłach, do których nawet będący przecież historykiem Komuda przywiązuje dużą wagę. Tu lokacje tylko "są" – bezdźwięczne i bezzapachowe kontury pozbawiają czytelnika ogromnej ilości doznań ograniczając spektrum tylko do samej osoby bohatera. Ta jednak także po pierwszym rozdziale "zrywa się z łańcucha". Zaczyna jako bestia, przez całą książkę coraz bardziej łagodniejąc. Ewolucja bohatera w trakcie podróży... piękne nawiązanie do klasyków literatury (od Odysei począwszy), lecz u pana Rafała proces ten zachodzi w próżni. Nie mówię tu tylko o nijakiej rzeczywistości, ale przede wszystkim o braku bodźców mogących na bohatera wpływać łagodząco. Bohaterowie drugoplanowi raz po raz udowadniają mu, że świat jest zły, a jego mieszkańcy okrutni i interesowni, zaś bohater, którego poszukiwania akceptacji raz po raz kończą się klęską (zawsze w ten sam sposób), z rozdziału na rozdział coraz bardziej flaczeje, na końcu stając się równie nijaki jak i świat, na którym go umieszczono.

4. Eugeniusz Dębski

W tej książce bohater pali "jakąś wioskę", w "innej" zabija negatywnego bohatera, "po drodze" łapie przywódcę rozbójników. Podróżuje chyba samolotem, ponieważ właściwie nigdy nie wiadomo którędy, co, jak i gdzie. Książka powinna być raczej zbiorem opowiadań związanych ze sobą jedynie osobą bohatera i kolejnymi retrospekcjami. Sposób konstrukcji tego zbiorku (nie urażajmy prawdziwych twórców nazywając to dziełko "powieścią") jest uderzająco podobny do "O włos od Piwa" Eugeniusza Dębskiego. Należało by więc czytelnie podzielić książkę na opowiadania, te na rozdziały i okrasić paroma ilustracjami. Nieintrospekcyjne retrospekcje wyjaśniające skąd bohater ma ni z tego, ni z owego nowego (i to pokaźnego) skilla są po prostu żałosnym sposobem splecenia fabularnie ze sobą niezwiązanych opowiadań. Podobieństwo do EuGeniusza nie polega tu jednak tylko na kwestii warsztatowej. Bohater pana Rafała jest samotnym wędrowcem dokonującym przygodnych questów w napotkanych wioskach. Tak samo jak Kameleon – robi wszystko, aby ukryć zarówno pochodzenie, jak i naturę swoich sillów. Powraca tu wiedźmiński syndrom odrzucenia przez społeczeństwo. W przeciwieństwie do Sapkowskiego i prezentowanych przez niego czysto fizjologicznych różnic (ach, te pionowe źrenice...), obaj panowie Dębscy obdarzają bohatera pewną nieludzką i odrażającą umiejętnością, z której korzystanie jest równie użyteczne, jak śmiercionośne.

5. Andrzej Pilipiuk

Tematem jednej trzeciej książki jest obcykany przez "Pana Samochodzika" i "Kuzynki" wszechświat alchemii i wiedzy tajemnej. Naiwne byłoby więc sadzić, że książka ta uniknie porównania z poprzedzającymi ją publikacjami. Autor wysłał tu bohatera w fenomenalne miejsce – na dwór Cesarza Rudolfa w szesnastowiecznej Pradze. Niestety, z przyczyn warsztatowych na tym fenomen się skończył. Rozważania o Alchemii w wykonaniu Mistrza Sędziwoja są nie tylko klarowniejsze, ale i bardziej plastyczne i interesujące niż u pana Rafała. Z kolei atmosferę Pragi i retrospekcyjnie – chmary pochlebców i szarlatanów w niej żyjących – zdecydowanie ciekawiej podziwiać możemy nawet w "Tajemnicy Tajemnic" Zbigniewa Nienackiego. Tu też, mimo starań pana Rafała, książka nie wytrzymuje konkurencji z poprzednikami, sprawiając, że w wyniku kompletnej nieumiejętności zainteresowania czytelnika przydługimi opisami stają się one jedynie wstępem do kolejnego mordobicia.

6. Ewa Białołęka

Mówiąc krótko, miłość ucznia czarnoksiężnika (tu – kata) do kurwy z przydechowego burdelu. Zakończona zazdrością mistrza i tragedią wielu ludzi, stojących na drodze do ich szczęścia. Tu jednak pan Rafał oszczędził mi załamki (a sobie kolejnej kompromitacji), ponieważ historia ta, w przeciwieństwie do "Naznaczonych Błękitem", nie kończy się Happy Endem.


Czy książka była dobra? – to oczywiście zależy od kryteriów, jakich używamy do oceny.

Z pewnością było to łatwe i przyjemne czytadło. Specjalnością pana Rafała są tortury i anatomia człowieka. Zarówno tu i w scenach walki łatwo poznać prawdziwą pasję autora i jako takie stanowią bardzo ciekawe doświadczenie – szczególnie ze względu na ich obrazowość i erudycję, która naprawdę daje czytelnikowi rzetelny obraz cierpienia, jego widowiskowości i społecznej reakcji na nie. Ciekawym zabiegiem technicznym są rozmowy bohatera z nieżyjącą żoną, które także dają książce pewien odcień oryginalności. Niestety talent autora pierzcha w momencie, w którym główny bohater zstępuje z szafotu. Ogólnie patrząc książce tej nie brakuje niczego do sukcesu i pewien jestem, że gdyby napisano ją przed dziesięcioma laty można byłoby uznać ją za bardzo ciekawą przedstawicielkę polskiej fantastyki.

"Gwiazdozbiór kata" jawi się jako góra dwie perełki w całym wiadrze plagiatu.

Podobnie może sadzić początkujący czytelnik. Znając jednak klasykę gatunku, zamiast tego jawi się ona jako góra dwie perełki w całym wiadrze plagiatu. Niektórzy sądzić mogą, że aby pisać fantastykę wystarczy jedynie mieć związaną z nią pasję, lekką rękę i duże doświadczenie czytelnicze. Pan Rafał udowodnił jednak, że twierdzenie to jest całkowicie błędne, dopóki do wymienionych powyżej składników nie doda się jeszcze jednego – własnego, osobiście wypieszczonego pomysłu. Zmieszanie w jednym worku większości najlepszych pomysłów ostatniej dekady nie jest samo w sobie receptą na sukces. Czy kupię sobie tę książkę? – Na pewno nie. Oprócz błyskotliwych tortur nie ma w niej nic wartego zapamiętania. Stanowić za to może ciekawy przedmiot rozważań dla koneserów fantastyki, którzy znaleźli by pewnie więcej już nie tyle nawiązań, co zerżnięć z innych książek. Pan Rafał z pewnością miał z jej powodu wiele nieprzyjemności, i pewien jestem, że przecierpi jeszcze nie jedno – chociażby z ust odwiedzających go na prelekcjach czytelników.


Ciąg dalszy nastąpi...

20.1.08

Behemot... (Część VIII)


Porządna powieść historyczna – lub nawet porządna historyzująca (czyli taka, która wplata w narrację lub świat przedstawiony przemyślenia historiozoficzne) powieść fantasy – wymaga przedstawienia opisywanego wycinka historii z wielorakiej perspektywy. Warsztat historyka – lub pisarza historyzującego – nakazuje bowiem dla pełniejszego zrozumienia opisywanego zjawiska przedstawienie tegoż z wielu punktów widzenia. Dobra literatura, z drugiej strony, wymaga intrygującej historii spoczywającej na barkach wyrazistej postaci. Jak pogodzić ze sobą w powieści historyzującej te dwie skrajności?

Brak jednoznacznej fokalizacji sprawia, że dzieło biorące na warsztat procesy i przemiany historyczne sprawia wrażenie bardziej obiektywnego – "realistycznego".

Jednym z rzemieślników historyzującej – bądź historiozoficznej – fantasy jest bodaj Steven Erikson, u którego historia, owszem, przedstawiona jest za pośrednictwem jednostek, ale brak jej punktu centralnego, który stanowiłby punkt widzenia i zaczepienia w rozgrywającej się historii dla czytelnika. Brak jednoznacznej fokalizacji sprawia, że dzieło biorące na warsztat procesy i przemiany historyczne sprawia wrażenie bardziej obiektywnego – "realistycznego" – ale jednocześnie brakuje mu tak ważnego w literaturze punktu zaczepienia dla czytelnika, jakim jest właśnie wyrazista postać. W ową skrajność popadł również zainteresowany historiozofią rewolucji polski pisarz Szczepan Twardoch, który prawie że całkowicie zdefokalizował narrację w powieści "Sternberg". Postaci u Twardocha sprawiają wrażenie literackich kukieł, których jedynym celem istnienia jest służenie za nośniki dla propagowanych przez Twardocha treści. Rewolucja u Twardocha – owszem – została przedstawiona znakomicie, ale okrutnym kosztem nieciekawych postaci.

Klasyczna powieść historyzująca, zdaje się, wymaga więc odpowiedniej objętości, aby zawrzeć społem wszystkie te perspektywy i punkty widzenia i sprawić wrażenie realistycznego obiektywizmu – sztucznego, owszem, ale broniącego się jako literacka konwencja. Takie podejście przyjął Kim Stanley Robinson w swojej przedstawiającej przyszłość cywilizacji Islamu alternatywnej historii "Lata ryżu i soli", którą omówię w jednej z następnych notek.

Cieszy mnie natomiast każde alternatywne podejście do przedstawienia historii w literaturze. Ostatnio dwaj polscy pisarze – Szczepan Twardoch oraz Rafał Dębski – zaproponowali dwa skrajnie różne podejścia do historii: skrajnie "obiektywne" i "postmodernistyczne" w omówionym już przeze mnie "Szternbergu" oraz skrajnie "subiektywne" i "modernistyczne" w "Gwiazdozbiorze kata" – przy czym wszystkie te przymiotniki dotyczą obu książek jedynie do pewnego stopnia.


Rafał Dębski
"Gwiazdozbiór kata"
Wydawnictwo Dolnośląskie 2007


Gwiazdozbiór kataPo raz pierwszy zdarzyło się tak, że kupiony przeze mnie "Gwiazdozbiór kata" pożyczyli wpierw i przeczytali dwaj moi koledzy – A. i P. Obaj zarzucili powieści schematyczność i rzemieślniczy raczej charakter – i tutaj jestem skłonny zgodzić się z ich zarzutami. Nie zgadzam się jednak ze stwierdzeniem, jakoby wadą "Gwiazdozbioru kata" było nierzetelne podejście do historii. Jest to bowiem książka z założenia modernistyczna, w której narracja jest fokalizowana przez postać głównego bohatera – kata Jakuba – w relacji z zamieszkującym jego ciało duchem – nierządnicą Blanką. Punktem zaczepienia dla czytelnika jest więc wyjątkowy, siłą rzeczy subiektywny dwugłos, zaś dialogi pomiędzy parą bohaterów stanowią znacznie ważniejszą osnowę narracji, niż wydarzenia świata zewnętrznego. Daleki jestem od nazwania narracji u Dębskiego strumieniem świadomości, jest to bowiem klasyczna narracja modernistyczna bez daleko idących eksperymentów, nie ulega jednak wątpliwości, że środek ciężkości "Gwiazdozbioru kata" skierowany jest ku wnętrzu bohatera, nie zaś ku rzeczywistości historycznej. Ta więc może być niedoskonała czy wręcz umowna. Tym razem czytelnika interesuje historyk, nie historia; historykiem zaś jest bezpośrednio kat Jakub i pośrednio – Rafał Dębski.

Narracja retrospektywna czyni z Jakuba postać, która wbrew pozorom opowiada się po stronie via contemplativa; na przekór via activa.

Podobają mi się prowadzone przez Jakuba dialogi z istniejącą jedynie w jego świadomości Blanką – bo czyż każdy z nas nie prowadził kiedyś symulowanych rozmów z wytworami własnych świadomości? Ja stoczyłem niezliczoną ilość takich rozmów; przypominałem sobie rozmowy już przeprowadzone i symulowałem różne wariacje na temat rozmów mających dopiero nadejść. Podczas rozmowy często świadomie kształtuję zdanie, które ma przeze mnie zostać za chwilę wypowiedziane. Podoba mi się więc introwertyczny i analityczny charakter Jakuba, który reaguje na rzeczywistość zewnętrzną dopiero po uporządkowaniu tej wewnętrznej. Podobną rolę pełni fragmentaryczna narracja retrospektywna – czyni z Jakuba postać, która wbrew pozorom opowiada się po stronie via contemplativa; na przekór via activa, której przecież oczekujemy po kacie i bohaterze historyczne powieści fantasy. Kat Jakub stanowi pozornie kalkę Geralta, ale zastosowana przez Dębskiego narracja każe czytelnikowi wchodzić w głąb głównego bohatera znacznie bardziej, niż Sapkowski zaprasza do wnętrza wiedźmina.

Bez wątpienia "Gwiazdozbiór kata" nie sprawdza się jako klasyczne fantasy historyczne pokroju powieści Komudy, ale też nie miało nią być. Gdy za kryterium oceny przyjąć realizm narracji, to powieść siłą rzeczy zawodzi. Warto jednak spojrzeć na "Gwiazdozbiór kata" jak na historyzującą powieść modernistyczną i wtedy sprawia dobre, jeżeli nie bardzo dobre wrażenie.


Ciąg dalszy nastąpi...

16.1.08

Lament miłośnika cegieł...


Często powołuję się na słowa Jacka Dukaja, gdyż przyznaję otwarcie, że jest dla mnie autorytetem nie tylko literackim, lecz również krytycznoliterackim. Jako jeden z nielicznych polskich pisarzy fantastycznych uprawia również krytykę literacką, choć zdaniem niektórych, owo recenzowanie na boku stawia Jacka w złym raczej świetle. Zdaniem Jarka Grzędowicza, wyrażonym w jednym z felietonów w "Nowej Fantastyce", pisarz nie powinien recenzować kolegów po piórze, ustalać hierarchii i kanonów wewnątrz gatunku, do którego sam przynależy, wreszcie – rozdawać nagany i pochwały z pozycji osoby, która niechybnie wie lepiej. Jackowi zdarza się mądrzenie się na temat kolegów po fachu, choć należy dodać, że recenzuje książki, które sam lubi czytać, a sięga przecież po rzeczy dobre. Jeżeli więc już pisze, to zazwyczaj chwali.

Muszę jednak przyznać, że mimo owego moralnego swiatłocienia, recenzje Dukaja są po prostu cholernie dobre.

Podzielam zdanie Grzędowicza na temat uprawiania krytyki literackiej przez pisarzy, ale jednocześnie uwielbiam recenzje Dukaja. Mam więc dosyć ambiwalentny stosunek do recenzji i artykułów Jacka, który rzeczywiście, niczym następny Stanisław Lem, dystansuje się od środowiska, które siłą rzeczy współtworzy. Muszę jednak przyznać, że mimo owego moralnego swiatłocienia, recenzje Dukaja są po prostu cholernie dobre. Jacek potrafi ukazać każdą książkę w należnym jej kontekście i przejść od szczegółu do ogółu w taki sposób, by wyabstrahować z każdego dzieła jego wartościową istotę. Równie ciekawe są jego spostrzeżenia dotyczące całości rynku wydawniczego i działalności literackiej w ogóle.

Poniższe fragmenty z felietonu Dukaja przydadzą mi się jako narzędzie do zrecenzowania następnych dwóch powieści z "serii Behemot" Wydawnictwa Dolnośląskiego – "Gwiazdozbiór kata" Rafała Dębskiego oraz "Lata ryżu i soli" Kim Stanley Robinson – dzieł jakże od siebie różnych, ale przez to możliwych do skontrastowania na najszerszej możliwej płaszczyźnie – długości książki i skutków tegoż na treść, klimat i przesłanie.

W swoim artykule Lament miłośnika cegieł Jacek Dukaj otwarcie się przyznaje do "miłowania cegieł":

Lubię powieści. Lubię powieści z prawdziwego zdarzenia: długie, rozlane szeroko na setkach stron, z epickim oddechem, wciągające tak, że człowiek zupełnie się w lekturze zatraca i wraca do niej, wieczór za wieczorem, zapadając w fikcyjny świat fikcyjnych postaci na godziny i godziny, smakując maestrię konstrukcji fabularnych na równi z maestrią języka.

Kiedy raz i drugi wyartykułowałem tęsknotę za podobnymi książkami i żal, że jakoś nie mogę ich znaleźć w propozycjach polskich autorów, zostałem obdarzony mianem "miłośnika cegieł". Że się domagam literackich odpowiedników telenowel, że ilość stawiam nad jakość, że idzie mi o najniższe przyjemności czytelnicze.

Czy rzeczywiście? Czy objętość książkowej "cegły" bywa wartością samą w sobie? Czy mogą istnieć dobre powieści stustronicowe? I czy moja pretensja jest bezpodstawna?

Czy w ogóle współcześni polscy pisarze głównonurtowi piszą jeszcze powieści – czy tylko utwory pod nie się podszywające, książki powieściopodobne?

Lament Jacka Dukaja nie zaistniał w próżni, lecz został przezeń poparty ogromną, bo przecież ponadtysiącstronicową powieścią "Lód", nawiązującą do najlepszych tradycji osiemnastowiecznych (i późniejszych) Bildungsroman lub powieści totalnych, rozprawiających się z filozofią, polityką, historiozofią, socjologią, ekonomią, religią i czym jeszcze dusza zapragnie.

W "Lamencie" Dukaj sam sobie odpowiada na zadane wcześniej pytanie:

Tak jak nie długość definiuje i stanowi warunek konieczny symfonii czy opery, tak jednak niepełne, kalekie i niezbyt symfoniczne są symfonie minutowe, mało operowe – opery półaktowe.

Długość tekstu nie jest warunkiem koniecznym powieści, lecz pozostaje silnie skorelowana z jej podstawowymi cechami strukturalnymi, z epickością: rozmachem akcji, wielością postaci i wątków, szerokim obrazem tła, samą strukturą narracji i fabuły. One nie dążą, jak w nowelach, opowiadaniach, do jednej, końcowej kulminacji, w której spełniają się wszystkie potencje tekstu – lecz prowadzą czytelnika po sinusoidzie. Noweliście (w polskim znaczeniu tego słowa) chodzi o to, by sprawnie złapać królika; powieściopisarzowi - by pięknie gonić go.

A do tego potrzebny jest stosowny dystans, nie sposób owych założeń zrealizować na stu, stukilkudziesięciu stronach. Po przekroczeniu pewnego progu liczby zdarzeń, wątków, postaci – następuje przejście fazowe: opowieść jest już inną opowieścią, innej biegłości wymaga jej stworzenie. Wielu pisarzy sprawnych w formie krótkiej nigdy nie poradziło sobie z powieściami (i na odwrót).

Krótka powieść zawodzi, gdy stanowi w percepcji czytelnika amputowany fragment większej, domniemanej choćby całości.

Ja zaś popełnię truizm – ale trudno – i stwierdzę, że istnieją "cegły" zarówno dobre, jak i złe. Co więcej, istnieją również dobre i złe nowelki. Powieść totalna wymaga rozmachu wizji, powieść stustronicowa – oszczędnego, ekonomicznego operowania słowem. Krótka powieść zawodzi, gdy stanowi w percepcji czytelnika amputowany fragment większej, domniemanej choćby całości; długie dzieło zawodzi, gdy stanowi przegadaną, rozdmuchaną wersję dzieła, które mogłoby być znacznie krótsze. Osobiście nie dyskryminuję książek pod względem długości – czytam te długie i te krótkie – ale wprowadzam jednocześnie bardzo prosty, funkcjonalny podział. Ogromne "cegły" zostawiam sobie na wakacje, a książki krótkie czytam w środkach komunikacji miejskiej – choćby dlatego, że są bardziej poręczne. Na te wakacje już sobie tworzę dosyć pokaźną stertę cholernie dobrej literatury. Zacznę od "Lodu" Dukaja, następnie przejdę do "Hyperion" Dana Simmonsa, by skończyć wakacje "Baroque Cycle" Neala Stephensona. A w trakcie roku akademickiego poczytuję sobie odpowiednio krótsze powieści Wydawnictwa Dolnośląskiego i Fabryki Słów, co uzupełniam co miesiąc czasopismami literackimi.

Jacek Dukaj kończy swoje rozważania pytaniem retorycznym, które zadaję również sobie, zadaję Wam:

Po trzecie wreszcie: jeśli nie powieść, to co zamiast? Cóż takiego nam zaproponowano, co zaspokoiłoby tę prastarą potrzebę sztuki opartej na mocnej narracji, na gawędzie, na przekazie słownym? Innymi słowy: co zyskujemy odejmując powieściowość z powieści? Oprócz kilku hektarów lasu, który ocalono oszczędzając na druku tworów polskiej epiki, cienkich niczym tomiki wierszy.

14.1.08

Repryza... (Część IV)


Muzyczny powrót artysty do przeszłości – powrót do źródeł twórczości i inspiracji – można wytłumaczyć dwojako: zarazem brakiem pewności siebie jak i pełną pewnością siebie. Do korzeni swojej twórczości wraca artysta spełniony, który pragnie powrócić z podróży pełnej muzycznych eksperymentów i osiąść w pełni chwały na płaszczyźnie twórczości znanej i sprawdzonej. Do korzeni swojej twórczości wraca również artysta niezbyt pewien swojej wartości, ogarnięty nieprzyjemnym poczuciem, że być może w swoim eksperymentowaniu zabrnął był zbyt daleko. Niezależnie od motywacji, powrót do muzycznych korzeni często owocuje artystyczną repryzą – twórczym nawiązaniem do sprawdzonej struktury utworu, ciekawym, intertekstualnym cytatem muzycznym oraz specyficzną, wspomnieniową nostalgią, gdy twórca zdaje się głosić: oto wracam na swoje.

Ostatnimi czasy kilku lubianych przeze mnie artystów powróciło z rozmaitych powodów do korzeni swojej twórczości.

Ostatnimi czasy kilku lubianych przeze mnie artystów powróciło z rozmaitych powodów do korzeni swojej twórczości. Vangelis odwiedził ponownie świat "Blade Runnera", Jarre nagrał ponownie swoje najbardziej znane dzieło – "Oxygene" – zaś Oldfield wydał właśnie płytę "Music Of The Spheres" – rzecz bliźniaczo podobną pod wieloma względami do pierwszego "Tubular Bells". Powrót do korzeni następuje jedynie w przypadku tych twórców, którzy się uprzednio od nich oddalili – nie obawiali się eksperymentowania i brnięcia poza wywalczone już muzyczne status quo i granice własnych osiągnięć i gatunków. Zataczanie przez artystę pełnego koła w swej twórczości nie jest regułą, ale zdarza się często i stanowi pewną skończoną całość; podsumowanie, po którym artysta albo wycofuje się z dalszej twórczości, albo realizuje jeszcze zmyślniejsze zamysły twórcze.

Vangelis powrócił do "Blade Runnera" jako spełniony i okryty chwałą artysta, który został okrzyknięty jednym z najlepszych współczesnych kompozytorów greckich. Jego powrót do korzeni można bez problemu uzasadnić chwilowym kaprysem lub nostalgią, tym bardziej, że był to powrót bardzo twórczy. Powrót do korzeni Oldfielda stanowi natomiast ucieczkę w bezpieczeństwo znanych i sprawdzonych rozwiązań, co jednak nie oznacza, że "Music Of The Spheres" jest dziełem słabym. W swojej kategorii – kategorii tradycyjnych i "rzemieślniczych" płyt Oldfielda – sprawdza się znakomicie.


Gdy tylko Oldfield zaczął eksperymentować z różnymi gatunkami muzyki, udowodnił wszem wobec, że potrafi sobie poradzić zarówno z techno, jak i flamenco.

Ktoś mi kiedyś wspomniał, że jego zdaniem Oldfield jest na tyle dobrym artystą – kompozytorem i multiinstrumentalistą zarazem – że potrafiłby zapewne odnieść sukces w dowolnym gatunku muzycznym. I rzeczywiście – gdy tylko Oldfield zaczął eksperymentować z różnymi gatunkami muzyki, udowodnił wszem wobec, że potrafi sobie poradzić zarówno z techno, jak i flamenco. Przez wiele lat meandrował po różnych gatunkach muzyki, udowadniając sobie i słuchaczom, że jest muzykiem utalentowanym, słuchacze jednak zaczęli odczuwać zniecierpliwienie i niedosyt. Cokolwiek komponował i wykonywał Oldfield, robił to poprawnie, ale rzemieślniczo. Pokazał się ze wszystkich stron – od rzemieślniczego techno po rzemieślnicze flamenco i z powrotem – po czym zapragnął powrócić do korzeni.

Music Of The SpheresTegoroczne "Music of the Spheres" stanowi powrót do korzeni pod każdym niemal względem. Oldfield porzucił swoje niedawne eksperymenty z muzyką elektroniczną i we współpracy z Karlem Jenkinsem, twórcą wielopłytowego projektu "Adiemus", napisał i zaaranżował ogromny, klasyczny utwór na całą orkiestrę symfoniczną. Płyta "Music Of The Spheres" została podzielona na czternaście utworów, ale podobnie jak najstarsze i najlepsze płyty Oldfielda, stanowi w rzeczywistości dwa długie dzieła – Music Of The Spheres (Part I) oraz Music Of The Spheres (Part II). Część pierwsza zaczyna się od fragmentu Harbinger i kończy na wokalnym On My Heart, druga zaś – zaczyna się Aurorą i kończy klasycznym Musica Universalis.

Oldfield powrócił do stworzonej przez siebie nostalgicznej estetyki, którą którą krytycy zwykli nazywać romantyzmem angielskiej prowincji.

Całość stanowi udane połączenie fragmentów instrumentalnych z prześlicznym wokalem młodziutkiej, bo niespełna dwudziestojednoletniej sopranistki Haley Westenra. Oldfield powrócił do stworzonej przez siebie nostalgicznej estetyki, którą krytycy zwykli nazywać romantyzmem angielskiej prowincji. Płyta dokłada następną cegłę do budowanego przez Oldfielda muzycznego pomnika, lecz ponieważ funkcjonuje jednocześnie w kontekście już istniejących dzieł, pełna jest muzycznych cytatów i struktur nawiązujących otwarcie bądź subtelnie do poprzednich płyt. Pierwsze dźwięki Harbinger stanowią bardzo widoczny cytat z "Tubular Bells". Finał płyty – Musica Universalis również nawiązuje strukturą do "Dzwonów rurowych". Empyrean swoją skocznością przywodzi na myśl płytę "Incantations", zaś niektóre subtelniejsze utwory nawiązują nostalgią do delikatnego "Hergest Ridge".

Już powyższy opis pokazuje, że Oldfield osadził się w bezpieczeństwie sprawdzonej struktury i celnych nawiązań. "Music Of The Spheres" stanowi więc pod pewnymi względami dzieło wtórne, ale jedynie w takim rozumieniu, że nawiązuje do pozostałych, wspaniałych kompozycji mistrza. Bardzo dobrze się stało, że Oldfield był powrócił na łono romantyzmu angielskiej prowincji, gdyż tam czuje się najlepiej. Po przygodzie z taneczną Ibizą i mechaniczną elektroniką przyszła pora na powrót do nostalgii.

Vangelis powrócił i zwyciężył, Oldfield również, choć ten pierwszy z nostalgii, drugi zaś z zagubienia. Obaj jednak osiągnęli swoim powrotem sukces. Kolejnemu twórcy powrót się nie udał, ale o tym w następnej notce.

Ciąg dalszy nastąpi...

10.1.08

Repryza... (Część III)


Przeczytawszy swoją przedwczorajszą recenzję nowej płyty Vangelisa "Blade Runner: BR25" uznałem, że z powodu swojego (subiektywnego) nią zachwytu nie jestem miarodajnym źródłem informacji o tej nowej, muzycznej odsłonie świata "Blade Runnera". Okazuje się jednak, że inne recenzje tej samej płyty są równie pełne zachwytu. Poniżej zamieszczam "przedruk" recenzji z najbardziej chyba znanej i merytorycznej strony fanowskiej o Vangelisie – The Elsewhere Vangelis Site.


Blade Runner: BR25

There are countless traps an artist could fall for when revisiting a legendary work. Perhaps one of the most dangerous ones would be to try and recreate the original in a modern way, or worse, to make extensions artificially in the old way. Vangelis sidestepped this trap brilliantly. His 25th anniversary album – 12 tracks of new Vangelis music, in the mood of Blade Runner – does not sound exactly like the 1982 score, nor does it copy or imitate everything that made it so successful in the first place. Instead, in a contemporary way, it finds new ways to pull the listener into that fascinating, over-populated, over-urbanized world. Sure, the occasional melody from the movie re-appears, as a celebratory or nostalgic nod to the movie we're commemorating, but whenever possible, those familiar pieces are retro-fitted into something new, yet undeniably "Blade Runner" in its own way. Ultimately exploring yet another part of Los Angeles, 2019...

Instead, each piece of music visits another part of town, another aspect of life.

One could say, listening to this music, that it's not the same street, not the same room you visit, not even the same characters you hang out with. Instead, each piece of music visits another part of town, another aspect of life. Yet all this takes place in this same fictional – or is it "futural" – world that Ridley Scott set out to tour us around in, all those years ago.

Musically, the album is nothing less than surprising. It's been a long time since Vangelis experimented this much, toying with new ways to arrange music, playing with new sounds and styles, creatively widening his horizons even further than before. The music switches or combines flavors as diverse as Oriental new age, a classical piano etude, hypnotic electro, loungy jazz and... well, bonus points will be awarded to anyone who manages to classify the wacky "BR Downtown". But no matter where he goes, the music always keeps in line with the integral ambience.

Which of these tracks stand out will come down to personal taste, but to name a few, "Piano in an Empty Room" is a delicately beautiful composition performed solely on one single piano, a recording both intimate and completely engaging.

Sweet Solitude starts with Vangelis on a gentle electric piano, soon joined by wonderful jazzy percussion and a sensual saxophone performed by Dimitris Tsakas. On the other side of the spectrum is a track like "No Expectation Boulevard", driven by a slow but strong beat, nervously exploring those noisy crowded streets we've seen in the movie.

The spoken word inclusions are subtle, never overshadowing the music. They mostly help abridge pieces, or add a multi cultural feeling to fit the perception we have of Blade Runner's world.

BR 25 is a carefully detailed work, perhaps best listened to on headphones, so that nothing of what's happening is missed, making sure it does not drift to the background. It's a pleasure to let it guide, encourage and inspire your imagination.

And most of all, it's a worthy addition to the Blade Runner legacy and an evocative part of a very special release.


Ciąg dalszy nastąpi...

8.1.08

Repryza... (Część II)


Na wydaną w 2007 roku jubileuszową kolekcję "Blade Runner Trilogy" składają się trzy płyty – oryginalny soundtrack z 1994 roku, soundtrack z dotychczas nie publikowanym materiałem muzycznym z filmu oraz "Blade Runner: BR25" – zupełnie nowa płyta Vangelisa, stanowiąca niespodziewany powrót do estetyki inspirowanej właśnie wznowionym filmem.

Blade RunnerSoundtrack z 1994 roku powinien być Wam znany choćby z samego filmu, jeżeli nie jako niezależne dzieło. Muzyka z "Blade Runnera" nie funkcjonuje raczej jako osobny byt poza kontekstem filmu, nie wyabstrahowała się z obrazu filmowego jak chociażby muzyka z "Gwiezdnych Wojen" lub "Indiany Jonesa". Nikt jej nie nuci spontanicznie pod nosem – poziom jej komplikacji jest niewątpliwie większy niż wspomnianych wyżej standardów filmowych – choć majestatyczny "Blade Runner (End Titles)" posiadał przez pewien czas status popularnego hitu klubowego.

Druga płyta kolekcji podwoiła ilość utworów zaczerpniętych bezpośrednio z filmu – obok dwunastu już wydanych w 1994 roku oferuje dwanaście filmowych standardów. Utwory z drugiej płyty znane są od dawna wszystkim fanom filmu; nie tylko zresztą z filmu, gdyż pojawiły się również na wielu wydawnictwach nieoficjalnych. Po kilku przesłuchaniach mogę zaryzykować opinię, że materiał z drugiego soundtracku brzmi nieco mdlej niż znana wszystkim płyta pierwsza, choć nie powinno to nikogo dziwić – pierwsze dwanaście utworów wyselekcjonował i dopieścił muzycznie sam Vangelis, podczas gdy drugi tuzin został zaczerpnięty mechanicznie z filmu. Tym razem nowe utwory nie zostały uzupełnione o filmowe dialogi, czym się ewidentnie różnią od dotychczas publikowanych. Można by się również przyczepić do zupełnie nowych nazw utworów – wszak wszystkie istniały od dawna pod umownymi nazwami na nieoficjalnych bootlegach, z istnienia których zarówno Ridley Scott, jak i sam Vangelis musieli sobie niechybnie zdawać sprawę. Pozostawienie nieoficjalnych, "fanowskich" tytułów stanowiłoby miły gest wobec rzeszy miłośników muzyki i filmu. Drugi soundtrack "udaje", że oferuje nowy, niepublikowany wcześniej materiał, podczas gdy ów od dawna funkcjonuje w świadomości fanów pod innymi nazwami.


Celowość wydania zestawu "Blade Runner Trilogy" skutecznie uzasadnia ostatnia płyta kolekcji, "Blade Runner: BR25". Trzeci tuzin utworów stanowią nowe kompozycje Vangelisa z roku 2007, które w różnym stopniu nawiązują estetyką do "Blade Runnera".

Blade RunnerTrzecią płytę otwiera utrzymany w estetyce ambentu utwór Launch Approval, który nawiązuje barwą i melodią do znanego wszystkim Main Titles z pierwszej płyty. Tym razem Vangelis przechodzi samego siebie i oferuje utwór jeszcze bardziej enigmatyczny i wzniosły, choć jednocześnie przecież jakże prosty.

Po niespełna dwóch minutach muzyka przechodzi płynne w Up And Running, rytmiczną wariację na temat równie wszystkim znanego utworu One More Kiss, Dear. W tym momencie można by odnieść niesłuszne wrażenie, że "Blade Runner: BR25" jako całość stanowi jedynie zestaw lepszych i gorszych remiksów. Nic bardziej mylnego – muzyka pierwowzoru stanowi jedynie pretekst do nowych wędrówek po świecie "Blade Runnera"; Up And Running jako punkt wyjścia obiera znany wszystkim standard z filmu, by po chwili zawędrować w zupełnie inną estetykę, przypominającą do pewnego stopnia płytę "The City".

Utwór trzeci, Mail From India, to tajemnicza, trzyipółminutowa mantra, która wędruje muzycznie w okolice znane nam z "1492: Conquest Of Paradise".

BR Downtown to pierwszy naprawdę oryginalny utwór Vangelisa z nowej płyty, a jakże do niego jednocześnie niepodobny! Mechaniczną, sterylną estetyką niepokoju nawiązuje prędzej do dokonań niemieckiej grupy Kraftwerk.

Kolejny utwór – Dimitri's Bar – to perła wśród pereł tej płyty. Początkowa, rytmiczna sekwencja stanowi wariację na temat muzyki Klausa Schulze, lecz całość rozwija się zupełnie inaczej. Elektroniczna sekwencja akompaniuje jedynie wspaniałej solówce na saksofonie, dzięki której utwór nabiera spontanicznej żywotności. Koniec wieńczą wspaniałe, wzniosłe akordy Vangelisa. Całość nie ma wiele wspólnego z "Blade Runnerem", ale warto zauważyć, że w pewnym momencie pojawiają się chińskie akcenty nawiązujące do estetyki filmu.

Opuściwszy Bar Dimitri'ego, zanurzamy się w odpoczynek utworu Sweet Solitude – subtelny, vangelisowy standard znany z wielu płyt i w wielu wersjach. Spokojny, jazzujący kawałek trwa dobre siedem minut i im dłużej rozbzmiewa, tym bardziej odchodzi od standardowej estetyki Vangelisa i zaczyna przywodzić na myśl egzystencjalną nostalgię "Blade Runnera". Pozbywamy się wszelkich wątpliwości co do autentyczności nawiązania w momencie, gdy ponownie rozbrzmiewa saksofon.

Vangels zaryzykował ostry, odważny rytm, który wspaniale współgra z tajemniczymi dialogami tła.

No Expectation Boulevard zachwyca swoją bezkompromisowością. Vangels zaryzykował ostry, odważny rytm, który wspaniale współgra z tajemniczymi dialogami tła. Siedem minut pulsującej gitary i trąbki popada na sam koniec w elektroniczny nieład.

Vadavardt powraca do rozpoznawalnej estetyki filmu. Spokojna, powtarzajna sekwencja i nałożone na nią, nierozpoznawalne dialogi przywodzą na myśl utwory znane z pierwszej płyty. Ponieważ utwory z "Blade Runner: BR25" nie pojawiły się nigdy w filmie, stanowią ciekawą wariację na temat – muzyczne co by było, gdyby... – przez co stają się tym bardziej wartościowe.

Perfume Exotico to niepokojący dark ambient przechodzący po chwili w bardziej łagodną melodię na saksofonie. Utwór prowadzi charakterystyczny dla Vangelisa, pulsujący rytm, który przywodzi na myśl znane wszystkim "Chariots Of Fire" oraz "Conquest Of Paradise". Płyta bez tego trademarkowego brzmienia nie byłaby płytą Vangelisa; ów rytm stanowi niemal jego osobisty podpis dzieła.

Rzecz nie sprowadza się do znaczenia poszczególnych słów; Vangelis od zawsze używał ludzkiego głosu jako kolejnego instrumentu.

Polski akcent płyty stanowi utwór Spotkanie Z Matka. Vangelis towarzyszy tutaj subtelnie Romanowi Polańskiemu, który recytuje wiersz "Spotkanie z Matką" Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Zaznaczę jednak, że rzecz nie sprowadza się do znaczenia poszczególnych słów; Vangelis od zawsze używał ludzkiego głosu jako kolejnego instrumentu i tym razem nie jest inaczej. Roman Polański stanowi – cóż – po prostu kolejny instrument w szerokim repertuarze muzycznych barw i dźwięków. Ulotny nastrój przywodzi na myśl jedną z poprzednich płyt Vangelisa, "Oceanic".

Tytuł utworu Piano In An Empty Room doskonale opisuje jego brzmienie. Standardowy, spokojny Vangelis daje się poznać jako romantyk. Rezygnuje z perfekcji muzyki elektronicznej na rzecz szczerości przekazu i interpretacji. Vangelis na pianinie zawsze jest prosty, lecz piękny. Słychać w nim tęsknotę za czymś bardzo pierwotnym i nieokreślonym.

Utwór ostatni, Keep Asking, stanowi metafizyczną klamrę spajającą strukturalnie całość. Where are we going? Where did we come from? – to pytania zadawane głosem dziecka; tego samego dziecka, co w utworze pierwszym. Zarówno film, jak i muzyka Vangelisa udowadniają, że te proste, lecz bardzo potrzebne pytania nadal pozostają aktualne.

Ciąg dalszy nastąpi...

6.1.08

Repryza... (Część I)


Film "Blade Runner" (odmawiam używania polskiego tytułu) z roku 1982 nie od razu został doceniony popularnie i krytycznie – przez kino przeszedł niemal bezszelestnie, może z powodu wymuszonego przez wytwórnię, nic nie znaczącego zakończenia. Zyskał status dzieła kultowego dopiero w momencie, gdy reżyser Ridley Scott wydał przerobioną i uzupełnioną o nowe zakończenie wersję. Wpływ "Blade Runnera" na estetykę filmów science fiction jest nie do opisania w jednym akapicie. Można niewątpliwie poprowadzić linię prostą od amerykańskiego "Blade Runnera", przez japoński "Ghost In The Shell", amerykański "Matrix" i japoński "Avalon", a prawdopodobnie nie raz jeszcze zainspirowane pierwowzorem państwa odbiją ponownie piłeczkę. Bezpośrednio do "Blade Runnera" nawiązywał subtelnie fabułą film "Soldier" oraz serial "Total Recall 2070", estetyką zaś – niezbyt udany, włoski film "Nirvana".

Częściowo ulotnie eteryczna, częściowo boleśnie przyziemna ścieżka dźwiękowa Vangelisa osadziła film w wyrafinowanej, muzycznej estetyce – i poetyce.

Na sukces filmu wpłynęła w ogromnym stopniu ścieżka dźwiękowa Vangelisa, który nie tylko pozwolił zaistnieć muzycznie "Blade Runnerowi", lecz następnie we współpracy z Ridley'em Scottem odniósł ponowny sukces filmem "1492: Conquest of Paradise". Częściowo ulotnie eteryczna, częściowo boleśnie przyziemna ścieżka dźwiękowa Vangelisa osadziła film w wyrafinowanej, muzycznej estetyce – i poetyce. Paradoksalnie, soundtrack z "Blade Runnera" został wydany dopiero w roku 1994. Wcześniej ukazała się jedynie płyta z utworami z filmu w interpretacji New American Orchestra, która nijak się miała do filmu i oryginalnych utworów mistrza. Prawdziwy soundtrack z roku 1994, choć zawierał już właściwe utwory z filmu, przedstawiał je w odpowiednio skróconych i przerobionych wersjach. Ich atutem było to, że zostały osobiście wyselekcjonowane i przygotowane przez samego Vangelisa. Postanowił pozostawić niektóre utwory ze ścieżką dialogową, co na zawsze je osadziło w kontekście błyskotliwych, choć enigmatycznych filmowych fraz. Pozostałe utwory sprawdzają się wspaniale nawet w oderwaniu od filmu, czego nie można powiedzieć o większości współczesnych soundtracków. Szczególne wrażenie wywołuje utwór "Tales of the Future" z potężnym wokalem Demis Roussos oraz końcowy, spokojny "Tears in Rain".

Pod sam koniec roku 2007 z okazji dwudziestopięciolecia powstania filmu Ridley Scott zaprezentował w kinach ostateczną (jak twierdzi), zremasterowaną pod każdym względem wersję filmu – "Blade Runner: The Final Cut". Nowa wersja nie różni się od wcześniejszego "Blade Runner: Director's Cut" fabułą, oferuje natomiast doprowadzoną do cyfrowej perfekcji ścieżkę dźwiękową. Miłośnicy muzyki otrzymali również niesłychanie bogaty, bo aż 3-płytowy soundtrack "Blade Runner Trilogy", zawierający oryginalną płytę z roku 1994 oraz dwie nowe – pierwsza zawiera dodatkowy materiał muzyczny z filmu, druga zaś – najważniejsza – zupełnie nowe utwory Vangelisa z roku 2007, zainspirowane zmartwychwstaniem filmu.

Najbardziej znanym i kompletnym bootlegiem jest "Blade Runner: The Esper Editon", który oferuje aż trzy płyty z muzyką mistrza.

Zanim jednak ukazała się ta ostateczna kolekcja, powstało wiele ciekawych wydawnictw usiłujących zadowolić słusznie czujących niedosyt fanów. Doliczyłem się ponad piętnastu różnych nieoficjalnych i nielegalnych wersji soundtracku. Niektóre rozszerzają oryginalny soundtrack z roku 1994 o kilka utworów, inne stanowią mechaniczny zrzut muzyki z filmu, jeszcze inne – najbardziej ambitne – zbierają na kilku płytach muzykę Vangelisa, interpretację New American Orchestra oraz późniejsze remiksy bardzo niegdyś popularnego w klubach utworu "Blade Runner: End Titles". Najbardziej znanym i kompletnym bootlegiem jest "Blade Runner: The Esper Editon", który oferuje aż trzy płyty z muzyką mistrza. Inna nieoficjalna wersja, "The OWM Edition", wyselekcjonowała krótkie fragmenty muzyki ze scen, w których nie pojawiają się dialogi i wielokrotnie je zapętliła, prezentując tym samym "nowe" i "ciekawe" podejście do muzyki Vangelisa i muzyki w ogóle. Pomiędzy tymi dwoma skrajnościami znalazło się kilkanaście innych wersji ścieżki dźwiękowej, które – choć nieoficjalne – przez dłuższy czas stanowiły jedyną próbę zaprezentowania niepublikowanego wcześniej materiału. Do ostatniego roku opublikowaniem całości nie była zainteresowana ani wytwórnia, ani Ridley Scott, ani sam Vangelis. Ów, choć ociera się o geniusz, twierdzi w swej skromności , że nie cała jego muzyka nadaje się do słuchania. Nic więc dziwnego, że przez ostatnią dekadę ukazywały się mniej lub bardziej profesjonalne wersje fanowskie. Musiał sobie z tego zdawać sprawę również Ridley Scott i podejrzewam, że tylko dlatego zdecydował się na wydanie pełnej, ostatecznej wersji soundtracku.

Oprócz nieoficjalnych bootlegów pojawiały się również płyty innych, zainspirowanych filmem lub muzyką twórców. Sam Vangelis wydał estetycznie bardzo podobną do "Blade Runnera" płytę "The City", ale tą akurat zbieżność można wytłumaczyć krótkim oddaleniem w czasie. Niemiecki kompozytor muzyki elektronicznej Peter Kuhlmann wydał dwie zainspirowane filmem płyty – "Fires of Ork" oraz "Fires of Ork II". Zawierają dosyć żywiołową muzykę ambient z fragmentami filmowych dialogów, zainspirowaną raczej samym filmem niż muzyką Vangelisa. Peter Kuhlmann skomponował również kilka utworów z wybranymi dialogami z "Gwiezdnych Wrót", "Jamesa Bonda" i "Matrixa", bardzo więc wątpliwe, żeby jakoś wyjątkowo chciał wchodzić w głęboki dialog z muzyczną interpretacją Vangelisa. Potraktował film dosyć mechanicznie i skorzystał jedynie z kilku bardziej znanych dialogów, niemniej dzięki temu zabiegowi jego muzyka zyskała popularność i częściowe uznanie. Bardzo bliską estetyce Vangelisa płytę wydał natomiast Stephen Parsick. Jego "Hoellenengel" nawiązuje do muzyki z "Blade Runnera" rozumianej jako niezależny byt i nie stanowi raczej hołdu wobec samego filmu. Muzyka Parsicka przypomina momentami Vangelisa do tego stopnia, jakby pobierał naukę u samego mistrza. Też w pewnym sensie stanowi mechaniczne przepisanie – tym razem formy, nie treści. Naprawdę twórczej reinterpretacji dokonał dopiero sam Vangelis nową płytą z roku 2007 – "Blade Runner: BR25" – którą zrecenzuję w następnej notce.

Ciąg dalszy nastąpi...

4.1.08

Karuzela...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

Niezbyt lubię rozpoczynać nowy rok, przypomina mi o przemijaniu. Jeszcze bardziej irytuje mnie świadomość, że takiż jest jego cel – sprowadzenie wszystkich do wspólnego mianownika przemijania i cykliczności na każdym możliwym poziomie – dnia, roku, życia.

Cykliczność zawiera w sobie pewien okrutny determinizm podważający naszą wiarę w wolną wolę.

Cykliczność rzeczywistości była jednym z głównych motywów noweli "Extensa" Jacka Dukaja. Bohater, uciekłszy od nieustannej cykliczności swojego życia, stracił kontakt z rzeczywistością. Cykliczność zawiera w sobie pewien okrutny determinizm podważający naszą wiarę w wolną wolę. Dla niektórych stanowi jednak podwalinę własnego światopoglądu. Byłem swego czasu na prelekcji polskiego pisarza i filozofa, Konrada T. Lewandowskiego, który podzielił się ze słuchaczami własną filozofią życiową. Jego zdaniem człowiekiem kierują dwa pierwotne i podświadome przekonania o rzeczywistości:

  • Przekonanie o cykliczności na każdej możliwej płaszczyźnie – cykliczność roku, życia, historii.

  • Przekonanie o przemijaniu na każdej możliwej płaszczyźnie – ludzkiej, historycznej, wszechświata.

Osobiście dodałbym do tych dwóch pierwotnych przekonań intuicyjne przekonanie o istnieniu podstawowej struktury na każdej możliwej płaszczyźnie. Ostatnie badania nad ciemną materią (przytaczane bodaj w "Gazecie Wyborczej") sugerują, że czarna materia w całym wszechświecie przyjmuje strukturę sieci, pajęczyny. Strukturę można rozpoznać w każdej skali – od galaktyki po ślimaczą muszlę. Rzeczywistość posiada więc strukturę fraktalną – im bardziej będziemy się przyglądać makro- lub mikrorzeczywistości, tym pełniejsze będzie nasze przekonanie o pewnej podstawowej organizacji bytu.

Cóż to zmienia w praktyce, na co dzień? Zarazem wszystko i nic. Można przechodzić przez życie bez bolączek egzystencjalnych i metafizycznych przekonań, ale warto sobie zdawać sprawę z tego, na ile kieruje nami pewien wspólny mianownik wszechświata.

Chyba dlatego lubię powtarzalność w muzyce. Dlatego lubię abstrahować i generalizować – odnajdywać abstrakcyjną strukturę konkretnego ładu lub pozornego chaosu. Dlatego jestem przekonany, że w przyszłości będzie nie inaczej, niż było już w przeszłości, a ludzka natura, choć zmienna, na pewnym poziomie pozostaje uniwersalna.

Nie lubię jednak stycznia i świadomości, że za dwanaście miesięcy ocknę się i stwierdzę, iż przeminął kolelny rok, zarazem inny od pozostałych i taki sam. Na ratunek przychodzi wiara, tajemnicą zmartwychwstania burząca kajdany determinizmu cykliczności – ale cóż po niej na co dzień, gdy przemijanie daje o sobie znać tak okrutnie...?

Świadomość, że nadchodzące dwanaście miesięcy będzie nie lepsze i nie gorsze od dwunastu minionych, jest mało motywująca.

Świadomość, że nadchodzące dwanaście miesięcy będzie nie lepsze i nie gorsze od dwunastu minionych, jest mało motywująca. Może dlatego, że kilka ostatnich sylwestrów spędziłem samotnie (choć we wspaniałym towarzystwie). Jednak z roku na rok jestem coraz bardziej silniejszy w pokornym uświadamianiu sobie trudnych, życiowych prawd i mam nadzieję, że przyszłemu sylwestrowi stawię czoło z większym przekonaniem o celowości własnego przemijania.

Kończąc te jakże nudne, egzystencjalne banialuki, chciałbym Wam wszystkim życzyć wspaniałego, nowego roku. Niektózy z Was zostaną w tym roku szczęśliwym małżeństwem, inni się schodzą i rozstają, inni (ja!) nie mogą podjąć żadnych decyzji co do własnych zapatrywań na związki i życie. Będzie tak, jak zwykle, zwyczajnie. To dobrze? Zobaczymy.

2.1.08

Emergencja...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

Jeżeli, jak chcą niektórzy, umysł ludzki jest maszyną kwantową zdolną do załamywania funkcji falowych i tworzenia tym samym rzeczywistości – to słowo pisane mieści się pod tym względem na zaszczytnej, drugiej pozycji. Jak wiele przecież z pośród naszych przeżyć i doznań istnieje jedynie abstrakcyjnie, choć są subiektywnie odbierane jako równie rzeczywiste, co otaczające nas konkrety. Suma słowa pisanego powołała do życia multum osobnych wszechświatów co najmniej równych naszemu, a przecież często o wiele bogatszych.

Ostatnie trzy lata prowadzenia bloga stanowią społem mój prywatny, literacki wszechświat.

Ostatnie trzy lata prowadzenia bloga stanowią społem mój prywatny, literacki wszechświat – lub prędzej, żeby nie przesadzić, literacką manifestację mojej osobowości z wszystkimi jej zaletami i wadami, manifestację na granicy twórczości i grafomanii. Gdy rozpoczynałem swoją przygodę z pisaniem – zapisywaniem siebie za pomocą słów – wydawało mi się, że potrafię swoje literackie alter ego powołać do życia i poprowadzić dalej świadomie i konsekwentnie, wpis po wpisie rozwijając pewne myśli i dając świadectwo o własnych przekonaniach, przeżyciach i upodobaniach. Wydawało mi się, że blog można prowadzić w sposób równie ułożony, co życie. Myliłem się w obu przypadkach.

Gdybym rzeczywiście zrealizował swój zamysł, powołałbym do życia wizerunek może i bardziej spójny, ale fałszywy. Życie bowiem nie jest linią prostą poprowadzoną przez punkty A, B i C wedle własnych zamiarów i upodobań. Nie da się go również przedstawić w ten sposób na blogu. Gdy moje notki zaczęły wielokrotnie przybierać inną niż zamierzoną postać i meandrowały tu i ówdzie treścią, ogarniała mnie początkowo frustracja, że nie potrafię przekazać tego, kim jestem. Dopiero po dłuższym czasie uświadomiłem sobie, że moja osobowość nie jest linią prostą, dzidą z przeddzidziem, śróddzidziem i zadzidziem, lecz mrowiskiem poszczególnych myśli, które tylko w wyniku jakiegoś niezrozumiałego procesu tworzą funkcjonalną całość i nie rozchodzą się na wszystkie strony świata.

Teraz już wiem, że moja osobowość przypomina mrowisko i nie dziwi mnie, że podobną postać przyjmuje mój blog.

Teraz już wiem, że moja osobowość przypomina mrowisko i nie dziwi mnie, że podobną postać przyjmuje mój blog. Zarzucałem wiele ciekawych cykli wpisów i rozpoczynałem spontanicznie nowe. Przeplatałem notki merytoryczne notkami emocjonalnymi, polityczne – popkulturowymi, prywatne – apelami publicznymi. Chaos, logika rozmyta, nieprzewidywalność – a jednak właśnie z takiej pierwotnej zupy słowa wyłania się coś na mój obraz i podobieństwo; literacki konstrukt konstytuujący się na wszystkich wpisach jednocześnie, nie będący w swej istocie wynikiem żadnej konkretnej myśli, lecz mieszaniną uczuć, przemyśleń i przekonań; emergencją literackich wyborów; sumą tego, co napisałem i tego, co postanowiłem pominąć.

Niektórzy z moich czytelników – jeżeli jeszcze jacyś się ostali – znają mnie osobiście, pozostali mogą mnie poznać za pośrednictwem bloga. Nie mi oceniać, na ile wiernie oddaje mnie słowo pisane. Zarzekam się jednak, że świadomie nie przekazuję o sobie fałszywego świadectwa. Jeżeli miejscami piszę nielogicznie i niespójnie, to w oczywisty sposób daję wyraz swojej niedoskonałości. Jeżeli moje wpisy zdołają Was czasami zainteresować lub zadziwić, będę się cieszył, że udało mi się przekazać to, co chciałem. Nie zamierzam niczego ubarwiać, żeby mój literacki bliźniak był ode mnie lepszy, żeby lepiej się prezentował. Mam nadzieję, że oddaje mnie wiernie i rzetelnie, choćby mój blog miał być przez to gorszy niż możliwe.

Zapoznajecie się z moim literackim lustrzanym odbiciem...

Jeżeli mogę być pewien swojej przyszłości na blogu, to chyba tylko tego, że nie uda mi się do końca żadne przedsięwzięcie i będę po drodze wielokrotnie zmieniał zdanie. Czasami zabraknie mi siły lub zdolności, żeby wszystko zawrzeć w słowach, innym razem napiszę zapewne o jedno zdanie za dużo. Mam nadzieję, że dzięki tej nieprzewidywalności Myriads Of Me zyskuje na osobowości i nie jest jedynie nudną kroniką ułożonego życia. Przyznaję, choć to oczywiste, że moje życie nie zawsze układa się tak, jak bym chciał. Czasami mam ochotę podzielić się z całą Siecią moimi marzeniami lub bolączkami, ale dbam o odpowiednią autocenzurę przez wzgląd na własną osobę i osoby mi bliskie. Mam ochotę napisać, że mi dobrze lub źle, ale ograniczam się do napisania kolejnej, neutralnej emocjonalnie recenzji książki... Nie oznacza to jednak, że mój literacki bliźniak jest tworem ułomnym – piszę o tym wszystkim, o czym jestem skłonny rozmawiać na co dzień. To, co chcę zachować dla siebie, pozostaje tajemnicą literacko i w realu. Zapoznajecie się z moim literackim lustrzanym odbiciem ze wszystkimi jego nadinterpretacjami i niedopowiedzeniami.

Mam nadzieję, że w tym roku będę częściej meldował o sukcesach i rzadziej przemilczał niepowodzenia. Zachęcam do czytania, choć niczego nie obiecuję. Sam nie wiem, dokąd mnie ta ścieżka zaprowadzi.