Myriads Of Me: Tellur's Journal

Wanderlust%20ProjectQuantcast

Wanderlust Project to moje muzyczne alter ego – projekt, nad którym pracuję od końca 2008 roku. Zapraszam Was do przesłuchania mojej twórczości!

20.3.08

Clarke...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

To na stronie internetowej Wojtka Sedeńki przeczytałem po raz pierwszy, że:

W wieku 90 lat zmarł na Sri Lance, gdzie od lat mieszkał, jeden z tuzów science fiction – Arthur C. Clarke. Autor niezapomnianego "Spotkania z Ramą", "Równi bogom", niezrównanych opowiadań, książek dla młodzieży ("Kowboje oceanu"), popularyzator nauki. Z Wielkiej Czwórki science fiction – A(simov) B(radbury) C(larke) D(ick) żyje już tylko Bradbury. Słynna "Odyseja kosmiczna: 2001" i opowiadanie "Sentinel" Clarke'a dały asumpt do nakręcenia przez Stanleya Kubricka jednego z najgłośniejszych filmów SF.

Podobna informacja pojawiła się na każdym z dziesięciu polskich i zagranicznych serwisów internetowych o fantastyce, które odwiedzam. Polska Gildia napisała, że:

Twórczość Clarke'a przyczyniła się w dużym stopniu do rozwoju współczesnej technologii kosmicznej. W 1945 roku pisarz opublikował artykuł dotyczący możliwości umieszczenia na orbicie geostacjonarnej satelitów komunikacyjnych. Wówczas uznano tekst za wizję fantasty, jednak z czasem dało ono podwaliny pod dzisiejszą technikę satelitarną. Orbita geostacjonarna bywa zaś obecnie nazywana orbitą Clarke'a.

Od 1956 roku pisarz mieszkał na Sri Lance, gdzie oddawał się pasji nurkowania, które – jak twierdził – przypominało mu stan nieważkości.

Wstyd się przyznać, ale z wymienionej przez Wojtka Sedeńkę Wielkiej Czwórki pisarzy science-fiction czytałem wszystkich, oprócz Clarke'a. Twórczość Clarke'a poznałem pośrednio – poprzez filmową "Odyseję kosmiczną" oraz zainspirowaną twórczością pisarza płytę Oldfielda "The Songs of Distant Earth", stanowiącą soundtrack do powieści o tym samym tytule. Muzyczny trybut dla twórczości Clarke'a wykonał również w 1998 roku Jarre w Okinawie.

Zawsze chciałem poznać klasykę gatunku i powoli sięgam w głąb historii fantastyki. Poznałem już twórczość Asimova, Bradbury'ego i Dicka i nie żałuję ani chwili spędzonej przy ich powieściach. Mam nadzieję, że prędzej czy później uda mi się również sięgnąć po twórczość Clarke'a.

14.3.08

Pratchett...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

Wielu sadziło, że karierę pisarską Terry'ego Pratchetta będzie w stanie zatrzymać jedynie Trzecia Wojna Światowa lub zderzenie czołowe z rozpędzonym pociągiem, aż tu nagle i niespodziewanie okazuje się, że Pratchett będzie być może musiał się wycofać z zachwycania nas kolejnymi powieściami z zupełnie innego, nieco bardziej prozaicznego, smutnego powodu...


Gazeta Wyborcza: Zaprzedam duszę diabłu, jeśli to pomoże! – ogłosił znany pisarz fantasy Terry Pratchett. Autor "Świata Dysku" przekazał milion dolarów na badania nad tą chorobą.

W grudniu u 59-letniego pisarza odkryto rzadką wczesną odmianę choroby Alzheimera.

– Będę krzyczał i przekonywał każdego, dopóki będę mógł, że trzeba wreszcie odkryć lekarstwo – mówił wczoraj wzburzony do naukowców i dziennikarzy na corocznym spotkaniu brytyjskiego Towarzystwa Badań nad Chorobą Alzheimera. – Specjaliści tłumaczą mi, że szukanie remedium nie potrwa długo. Jest już nas, chorych na alzheimera, prawie tyle, ile tych, którzy cierpią na raka. Mamy zatem siłę przekonywania. Zdumiewające, że w tej sytuacji na badania naszej choroby przeznacza się tylko 3 proc. tego, co przekazywane jest na walkę z rakiem!

Dla Towarzystwa zaangażowanie Pratchetta jest szansą na wywalczenie większych funduszy. – Jesteśmy bardzo zmartwieni diagnozą, jaką postawiono panu Pratchettowi, to oczywiste – mówiła Rebecca Wood, szefowa związku. – Ale w tej jakże trudnej dla niego sytuacji jesteśmy mu bardzo wdzięczni za to, że zdecydował się walczyć w imieniu chorych.

Na świecie na chorobę Alzheimera cierpi ok. 30 mln osób. Nawet jedna dziesiąta z nich zapada na jej wczesną postać objawiającą się przed 65. rokiem życia (najczęściej koło 50. roku, ale zdarza się też osobom 30-letnim).

Ta odmiana choroby jest prawdopodobnie uwarunkowana genetycznie. Jest bardziej agresywna, szybciej prowadzi do otępienia. Tylne części kory mózgowej kurczą się i zanikają.

Pratchett twierdzi, że już zauważył pierwsze efekty działania choroby: - Oddałem prawo jazdy, bo przestałem czuć się pewnie za kółkiem. Wiem, że coś złego dzieje się ze mną, jakbym składał się z puzzli, które przestają do siebie pasować. To taki wewnętrzny bałagan. Co ciekawe, ręczne pisanie nadal idzie mi dobrze, ale stukanie w klawiaturę już nie - opowiada pisarz.

Pratchett pracuje nad nową książką. – Nie poddam się. Muszę doczekać leku – mówi.

2008-03-14
Margit Kossobudzka


12.3.08

Ataraksja...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

Ze stanu nieustannie w stan – od bolączek egzystencjalnych po pełne zadowolenie. Zaledwie parę dni temu pisałem, że popadam w pewną życiową niemrawość i przeszkadza mi przekładane w nieskończoność zaliczenie oraz brak Internetu, a już kilka dni później okazuje się, że codzienność bywa wcale znośna i przyjemna.

W środę wieczorem przyjechał do mnie kolega S. ze Stanów. Ponieważ był zmęczony podróżą, a ja musiałem pouczyć się do czwartkowego zaliczenia, te kilka środowych godzin spędziliśmy raczej bezczynnie i mało ambitnie. W czwartek rano mój tata zabrał S. do Muzeum Powstania Warszawskiego, ja zaś zaliczyłem pomyślnie British realism dzięki notatkom koleżanki N.; następnie spotkałem się z kolegą i przyjaciółkami z Anglistyki i wybraliśmy się Nowym Światem zwiedzić uniwersytecki kampus. Tam koleżanki pożegnały się z nami i udałem się z kolegą do BUW-u, by spotkać się z kolejnymi dwoma dziewczynami – naszymi wspólnymi koleżankami ze Stanów, które obecnie mieszkają w Polsce i studiują w Warszawie. Odwiedziły nas wieczorem w Ożarowie, co zostało uwiecznione na załączonym zdjęciu. Połowę piątku zajęła nam decyzja, co też właściwie chcemy porobić i stanęło na tym, że tym razem to my odwiedzimy koleżanki w Pruszkowie. Pożegnałem się z kolegą pod sam wieczór. Odleciał w sobotę rano.

WizytaSpacer


Cały poniedziałek spędziłem natomiast na spacerze z moją najlepszą przyjaciółką M., która akurat wróciła z Berlina.

Nie dane mi było długo odpoczywać, gdyż w niedzielę przyjaciółki z Anglistyki wyciągnęły mnie do kina na musical "Sweeney Todd". Ów, choć bardzo przewidywalny i troche przerysowany, zachwycał jednak typowo burtonowskim nastrojem. Cały poniedziałek spędziłem natomiast na spacerze z moją najlepszą przyjaciółką M., która akurat wróciła z Berlina. Rano wybraliśmy się na Starówkę i po długim, słonecznym spacerze zamówiliśmy sobie na śniadanie ciepłe bułki z twarożkiem. Najedzeni i w bardzo dobrym nastroju, odwiedziliśmy moje koleżanki z Anglistyki. Następnie wróciliśmy wolnym krokiem na Starówkę, gdzie ponownie spędziliśmy sporo czasu. Pożegnaliśmy się dopiero wieczorem i obiecaliśmy sobie, że skoro tak dobrze nam się rozmawia, to spotkamy się niebawem ponownie.

Następnego dnia musiałem niestety powrócić do szarej rzeczywistości anglistycznych zajęć, ale po weekendzie pełnym wrażeń miałem nawet nań ochotę. Gdy piszę te słowa, nadal mam dobry nastrój, z minionego już weekendu wyciągam więc pewien pozytywny wniosek – nie zawsze ciągnie mnie do ludzi i rzadko kiedy sam zabiegam o ich obecność, ale czasami warto otoczyć się dobrymi znajomymi i naładować w ten sposób baterie optymizmu na następne tygodnie.

8.3.08

Punkt przełomu...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

Pisać codziennie – to niedorzeczność. Myśli przestają być myślami i przyjmują toporną formę blogowych notek. Gdy zaczynam myśleć zdaniami i akapitami – pisanie zarzucam czym prędzej. Cenię sobie swoje myśli jako zdarzenia kwantowe – niedookreślone. Z drugiej jednak strony, pisać rzadko – to rezygnować z potrzebnej czasami struktury, która właśnie dookreśla, definiuje, nadaje znaczenie. Ubierając myśli w słowa, cywilizuję własne odczucia, utrapienia i dążenia. Ze świata abstrakcji w objęcia logiki, tak po męsku. Żadna tam jarmarczna psychoanaliza, lecz rzetelna introspekcja. Zaczynam rozumieć, co mną miota i nie daje spokoju.

Ktoś mógłby pomyśleć, że człowiek już (niespełna...?) 22-letni winien posiadać większą integralność.

Zaczynam oto pisać i stwierdzam: mój obecny dyskomfort sprowadza się do tego bodaj, że nie potrafię odnaleźć w życiu złotego środka – choć to błahe stwierdzenie, ale przecież nadaję trudnym odczuciom łatwą formę na papierze – i popadam z myślenia w niemyślenie; z nieustannego analizowania w życie chwilą; z błogiego samozadowolenia w niechęć; z pokory w ambicję. Z odczuwania miłości w całkowitą tego niemożność. Ktoś mógłby pomyśleć, że człowiek już (niespełna...?) dwudziestodwuletni winien posiadać większą integralność. Lecz nie jest to jedynie moja własna bolączka. Wolność swobody czy bezpieczeństwo struktury – to odwieczne pytanie bez odpowiedzi.

Ileż jest w moim życiu spraw, które doskonale rozumiem intelektualnie, a z którymi nie pogodziłem się nigdy emocjonalnie. Rozstanie z M., jej niechęć, moja nieumiejętność odwrócenia się od przeszłości ku przyszłości. Ileż jest z koiei tych, które "rozumiem" – odczuwam – emocjonalnie, lecz których nie ogarnia jednocześnie intelekt. Moja do niej miłość – teraz już siłą rzeczy bardziej przyjacielska niż jakakolwiek inna – która powinna była już dawno wygasnąć. Ta swoista dychotomia denerwuje, bo przecież kimże jestem, by się tak rozdwajać za każdym razem, gdy chcę ogarnąć inny aspekt swojej codzienności? Dlaczego tak dobrze sobie radzę na niektórych płaszczyznach życia, by zupełnie sobie nie radzić na pozostałych? Intelektualne jarzmo nad emocjami prowadzi jedynie do dystansowania się wobec osób mi bliskich. Próba emocjonalnego ogarnięcia niektórych racjonalnych decyzji powoduje wątpliwości, czy aby postępuję słusznie. Jedno się wkrada na terytorium drugiego, drugie prowadzi kampanię przeciw pierwszemu – wojna podjazdowa własnej osobowości wobec własnej osobowości.

Tym razem uczucia i intelekt są ze sobą wyjątkowo zgodne.

M. mnie poprosiła – dawno temu, choć zwlekałem z przyjęciem tego do wiadomości, ile tylko byłem w stanie – żebym znalazł dla siebie inną drogę. Bez niej. Rozumiem jej prośbę, szanuję jej decyzję. Próbuję znaleźć sobie szczęście gdzie indziej, staram się. Zaczynam się już cieszyć z obecności innych dziewczyn, choć umysł ostrzega – nie, to nie dla ciebie, nie tędy droga. Kiedy indziej zaś jestem przekonany – racjonalnie – że bliższe poznanie tej czy innej osoby może się zakończyć jedynie pozytywnie, lecz wtedy z kolei nie idą za tym żadne emocje. A przecież się nie zmuszę – emocjonalnie i intelektualnie – by zapomnieć. Nie zmuszę się też – dwojako – by zacząć spontanicznie coś nowego, bez bagażu emocjonalnego i z potrzebną w takiej sytuacji ufnością. Są takie chwile, gdy myślę sobie – może to już trzeba, może właśnie teraz – lecz czym prędzej się dystansuję. Żeby jednak zakończyć dzisiejsze rozmyślania pozytywnie, to przyznam, że ostatnio postanowiłem się już nie dystansować. Tym razem uczucia i intelekt są ze sobą wyjątkowo zgodne. Zajmie mi to sporo czasu, zanim znajdę kierunek i cel, ale zamierzam czym prędzej zacząć – a to początek dobry, jak każdy inny.

7.3.08

Wojna... (Część III)


Barry Diament
LOUDNESS WAR: PART III
(Loudness) War Is Over (If You Want It)
www.barrydiamentaudio.com/loudness.htm


The roots of the loudness wars most likely took hold when someone realized that a very small increase in level is perceived by most listeners as sounding "better". And if a little is good, the thinking must have been, more will be better still. Raising the recorded level misses the benefits of achieving the same loudness increase by turning up the volume control in playback. (More on this in a moment when we talk about volume controls.)

Many of the folks who make loudness their goal hear the compressed version and find it "better" than the uncompressed version. If they were to take the compressed version and carefully adjust the playback level to precisely match that of the uncompressed version, they might find that what impressed them was the increase in volume (i.e. quantity) but not necessarily an increase in quality. In fact, the quality in a compressed recording tends to move in the opposite direction.

To paraphrase one of my musical heroes, the loudness war is over (if you want it). And there are some good sonic and musical reasons to end it now.

To paraphrase one of my musical heroes, the loudness war is over (if you want it).

From a sonic standpoint, we can start with the volume control and its effect on how a playback system sounds. Electronically, a volume control is a type of resistor, placed in the signal path to allow us to (you guessed it) control the playback volume. If we were to bypass the volume control, would the sound disappear? Think of a water pipe that ends in a faucet you can use to control the amount or volume of water the pipe delivers to your kitchen sink. If you were to remove the faucet, the flow of water, far from stopping, would come out of the pipe at full force. Similarly, without a volume control, the playback level of your system would be full up and endanger your hearing as well as your loudspeakers. Volume controls, like water faucets are used to turn things down, not up. This means in effect that there is more of the volume control in the circuit when the volume is turned down than there is when it is turned up. Louder records make you adjust your volume to a lower setting than not so loud records to achieve the same in room loudness. Said another way, when the recorded level is not pushed, you turn up your volume control a bit more than you would for a typical compressed recording.

Anyone that has auditioned different volume controls will know these are devices that can have profound effects on the sound quality a system can deliver. This means if we make two identical recordings that differ only in level, the lower one will result in better playback quality because by turning up the playback volume there will be less of the volume control in the circuit. To play the louder recording at the same apparent level, we'd have to turn the volume control down, putting more of it in the signal path. While this might be insignificant at differences of just a few decibels, when the differences approach 10dB or more, there are audible consequences.

There are other sonic reasons to not push recorded levels, chief among these is the fact than most circuits both analog and digital (the latter, contrary to popular wisdom) provide audibly better performance when the levels are not pushed to the top.

Then there are the many musical reasons to end the loudness wars now.

Then there are the many musical reasons to end the loudness wars now. Referring again to What is mastering? I mentioned that in my experience all the best sounding recordings I have heard have in common the fact that they are not loud. Having loudness as a goal necessitates the sacrifice of dynamics.

While I can understand the use of compression as an effect on individual tracks of a multi-track (e.g. to get Ringo's cymbal sound), I don't at all like its use on whole mixes where it is generally used to achieve more loudness (some say "punch" but how do you increase punch by taking away dynamics, where the punch lives?).

Some say compression helps make the quieter parts of a record heard more easily over road noise when listening in the car. Or that it makes for easier late night listening without disturbing the neighbors. Music lovers have to ask why their records should be tailored for the lowest common denominator listening situations. Why not have a "compress" button on the player, either in the car or at home and leave the record itself whole for those occasions when we want all of
the music?

The loudness wars leave music as a casualty. When we avoid compression used for the sake of loudness we gain innumerable musical rewards: The dynamics of individual instruments help provide the rhythmic propulsion of the music, whether it is a violin concerto or a reggae beat. The sense of relaxation that ensues is in high contrast to the stress response engendered by heavy compression, allowing for much deeper involvement in the music, greater ease in hearing all the musical parts and longer listening sessions. The sense of recorded space, the acoustic of the recording venue, whether natural or studio generated, is much more in evidence, helping to bring the listener closer to the musical event. Bass instruments maintain more of their pitch definition as well, not suffering the softening and defocusing they do when loudness takes precedence. Electric guitars still have the "bite" they do when you're in their presence but which never makes it onto most records in quite the same way. Horn sections in both jazz and symphonic music get to keep the amazing power they have in real life. Instruments that play in the higher registers keep the harmonic sweetness they have in real life, without the hardening that accompanies compression. The very air around the musicians is preserved and the breath of Life makes it all the way to the record.

There will always be those who actually like the sound that results from making loudness a priority in their record. All well and good if this is their goal. It should be understood however, that there is merit in making records that sound like real music as well.

There will always be those who actually like the sound that results from making loudness a priority in their record.

Maybe it's time to get out those old "Play It Loud" labels that used to be on some of the older recordings from the days before the loudness wars. Lip service will not end the loudness wars, action will. It will take boldness on the part of musicians, producers and engineers. It will take those willing to lead the trend instead of following it. Some will take the time to actually make carefully level matched comparisons of their projects mastered for loudness vs. mastered for music. Some will have the music and not the level meters determine the final recorded level. They'll start to find their records actually "jump out" more when played on the radio, through the broadcasters' compressors, than the records that are pushed past the top. They'll find themselves having to turn up their volume controls compared to the setting for the pushed records. They'll also find their projects showing more punch, more kick, more space, more bass, more air, more ease, more music, more Life than those other records.

The end of the loudness wars will mark the dawn of the next golden age for music recording.


6.3.08

Wojna... (Część II)


Barry Diament
LOUDNESS WAR: PART II
What's Loud Got To Do With It?
www.barrydiamentaudio.com/loudness.htm


The world of recorded music is currently in the midst of so-called "loudness wars". While this is primarily occurring in the pop music world, its effects have crossed over into other types of music as well.

In an earlier article called "What is mastering?" I mentioned that many mastering engineers today "compete" on the basis of how loud they make records. A good number of record producers and A&R folks still seem to think we buy records because they are loud and not because we like the music. (Go figure.)

The history of the loudness wars can be traced back to the 1970s when vinyl mastering engineers started elevating the levels at the start of each side.

The history of the loudness wars can be traced back to the 1970s when vinyl mastering engineers started elevating the levels at the start of each side. This added to the initial impact of the sound as the record started to play. With vinyl, the amount of playback time available on one side of a record is directly related to how loud the record is cut. The louder the signal, the shorter the side. Since cutting the entire side at the elevated level would result in the available space running out before the music ended, the levels were cheated back down to "normal" after the first 30 seconds or so had elapsed.

The advent of the Compact Disc meant recording time was no longer related to recorded levels, so engineers could turn it up and leave it that way for the duration of the disc. Digital however brought its own limits to how loud the signal could be. Unlike analog tape and disks, which reached their overload (and hence distortion) point gradually as the level increased, digital has a maximum that can't be exceeded without resulting in gross distortion.

Audio signals converted to digital are stored as ones and zeros. The lowest level that can be represented in binary form (the "code" of digital storage) would be all zeros. In the 16 bit CD format, this would be 0000000000000000 (16 zeros) and would signify complete silence. A sound at an intermediate level would be represented by a digital "word" consisting of some combination of ones and zeros, depending on exactly how loud that sound is. An example of such a digital word might be 0100100110110111. The highest level would be 0111111111111111 (a zero followed by 15 ones). This represents "full scale", also called 0dBFS (zero decibels, full scale). That's it. There aren't any twos in binary code so this is the loudest you can go. (For technical reasons which are beyond the scope of this article, the loudest value is not a series of 16 ones. Those who wish to delve further into this should look up "twos complement" as it relates to CD encoding.)

If we were to take the conversation and hand claps we talked about earlier and wanted to record them digitally without suffering any distortion, the hand claps (i.e. the peaks) might end up at zero on the digital meter (0dBFS) and the conversation, being say 20 decibels lower in level than the peaks, might end up at -20 on the digital meter. Our average level, the conversation, would be -20, with our peaks, the hand claps, at 0.

How does one remain "competitive" and make louder records once their recording is already hitting the digital ceiling?

How does one remain "competitive" and make louder records once their recording is already hitting the digital ceiling? Our competitive engineer might want to make their record average at a level higher than -20. Let's say they wanted to raise the level by 3dB, a very easily audible loudness increase. If they merely raised the overall level by 3dB so the signal now averaged at -17, the peaks which are 20dB louder would now be 3dB over the 0dB distortion free maximum. Since there is no way to digitally represent a signal that exceeds 0dB, the peaks would be "clipped", meaning the natural shape of the sound wave's peak would be cut off at the top and instead of looking like a mountain, would look more like one of the flat topped mesas in southern Utah. Clipping in a music signal sounds quite harsh and "distorted", so our engineer has to find another way. This is where the compression comes in.

To achieve their goal of raising the level on the disk by 3dB, the engineer in our example needs to compress the dynamic swings of the signal so the peaks aren't more than 17dB louder than the average. That way, they'll end up at 0 on the digital meter and there won't be any clipping. By using the tools available for dynamic compression, our engineer has made a CD that is 3dB louder than they could make if they left the original dynamics intact. But loudness wars being what they are, soon everyone was compressing their signal by 3dB so they could raise the average loudness by that much. To keep that competitive edge, our engineer might compress the peaks on their next project by 6dB, a fairly huge increase in level. Now the peaks are only 14dB louder than the average signal. Our original average level of -20 can be raised to -14 with no clipping of the peaks. And when everyone else starts compressing the peaks by 6dB, how else can our engineer stay in business but to push the levels still higher.

The current "standard" for pop music has average levels closer to -10, maybe higher by the time you read this. Those original 20dB peaks are reduced to 10dB peaks, one tenth their original level!... or less.

Remember, when the Compact Disc was introduced, one of the promises was the potential for 96dB of dynamic range. (The newer, high resolution 24 bit formats have a potential for 144dB of dynamic range.) From the softest perceivable sound up to the threshold of pain, human hearing can encompass a dynamic range of 130dB. We're starting to see some records with dynamic ranges on the order of 6dB!

What do these records sound like? Well, they're loud. Everyone notices that and most folks will reach for their volume control to turn them down. These records also have a "stressed" quality about them that makes long term listening a fatiguing, if not a painful proposition. To make matters worse, some engineers are taking it a step further and allowing some clipping on the final result, just to squeeze (and "squeeze" is exactly the right word here) a bit more loudness out of the record.


Ciąg dalszy nastąpi...

5.3.08

Wojna... (Część I)


Cykl Muzyka: Ideosfera zapowiadałem jako poważne dywagacje teoretyczne na temat muzyki; z natury moich prywatnych zainteresowań wynika, że najczęściej – elektronicznej. Nie posiadam wykształcenia muzycznego i nie zamierzam dorabiać muzyce prywatnej, nienaukowej teorii. Zamiast tego zamierzam nadal zamieszczać przeróżne artykuły, które moim zdaniem mają wiele o muzyce do powiedzenia. Tym razem proponuję Wam zapoznanie się z artykułem, który podchodzi do muzyki od strony technicznej – na ile można jeszcze nazwać muzyką to, co obecnie funkcjonuje jako muzyka na płytach CD i plikach .mp3? Czy obecna "wojna głośności" nie zaprowadzi współczesnej muzyki do grobu?


Barry Diament
LOUDNESS WAR: PART I
Declaring an end to the loudness wars
www.barrydiamentaudio.com/loudness.htm


Imagine a scenario where you're outdoors, in front of your home and can hear music coming from what sounds like several blocks away. You know right away that you're listening to a band playing live. Now imagine your neighbor plays piano or saxophone. What is it that makes it so easy to tell whether they're playing their instrument or listening to a favorite record on their stereo system? Your neighbor may have the best stereo system you've ever heard but when they're listening and their windows are open, you know it is the stereo and not live music. What is it about live music that instantly informs us it is live, even from a distance?

The best modern systems are capable of revealing recorded detail that was unavailable when some of the great recordings were made.

Of course the gap between a live performance and one reproduced by even the best playback systems is still a wide one. However, we have playback systems today that can approach this ideal to an extent unforeseen by those who made some of the great recordings of decades past. The best modern systems are capable of revealing recorded detail that was unavailable when some of the great recordings were made. When playing these records, a good system will display many previously unheard cues captured by the engineers and within these cues are many hints of "Life".

This is especially true for those records where a deliberate attempt was made by the producers and engineers to record a document of a performance. (A recorded document seeks to maintain instrumental balances, timbres, acoustic ambience, spatial and dynamic characteristics as a listener present at the recording event would have heard them.) This is also true for those records where there may have been no actual performance to document, where the studio itself was used as an instrument to create the final sound. Many jazz and pop recordings sound more alive, more real today than they did on the best systems of the past.

Particularly in recordings of popular music, as the role of the engineer has changed from documentarian to co-creator of the final performance, the listening audience has slowly become accustomed to recorded sound that is an end in itself. The recording is the performance. The result is a kind of recorded magic that could occur no other way and there is a vast legacy of examples, from instruments being played backwards to sounds moving around the stage at super speeds to cymbals that whoosh instead of crash, etc.

But somewhere along the line, in many cases something got lost that didn't have to get lost. All of the creative processes allowed by the studio have very often supplanted much of the Life rather than adding something new to it. Today, many records sound like they are being heard over the radio, even when auditioned on the finest audio systems. There is a canned quality, an absence of the very Life that makes being in the presence of musicians so exciting. There can be no argument when this is an effect desired and pursued by the creative team. It only becomes an issue when many start to believe it "has to be" this way. This occurs when musicians new to record making and novice recordists just learning their craft are not exposed to alternatives.

What is it about live music that instantly informs us it is live, even from a distance?

This brings us back to the question posed at the beginning of this article: What is it about live music that instantly informs us it is live, even from a distance? The answer can largely be summed up in two words: crest factor. Crest factor is the term used to describe the difference in volume between the average level of the sound and the level of the peaks within the sound. Sound levels are measured in decibels or "dB". In a live musical performance, the peaks can often be 20 decibels louder than the average level of the music, sometimes more. To get an idea of the magnitude of this difference, imagine having a normal conversation with someone a few feet away from you and during the conversation, you clap your hands sharply together. The peaks created by the hand claps can be 20 or more decibels above the average level of your conversation.

It is the peaks that contain much of the "jump", the "presence" or "attack" of instrumental sounds. Peaks are also used by composers to emphasize certain sections of a musical composition. Without the peaks, Haydn's "Surprise Symphony" wouldn't be much of a surprise. Without the peaks, Elvin Jones' drums wouldn't carry the same emotional impact.


Ciąg dalszy nastąpi...

4.3.08

Bolączki...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

Trudno napisać coś mądrego i ciekawego w epoce, która ogłosiła, że wszystko już zostało napisane. Takie moje zasrane szczęście. Jednakże, jak ktoś kiedyś słusznie stwierdził, w sytuacji, gdy na świecie jest sześć miliardów ludzi, nie warto nadmiernie zabiegać o oryginalność. Dlatego będę pisał, co mi ślina na język przyniesie, a jeżeli już w tym momencie Was znudziłem, pozostaje mi zabawić się w postmodernistę i przytoczyć kolejny cytat, tym razem z "Battlestar Galactica" – All this has happened before. All this will happen again.


Gore BearDenerwuje mnie brak dostępu do Internetu. Owszem, cały dom został podłączony do Internetu, a jakże. Cały...? Nie! Ostał się dzielnie jeden pokój – mój! – w którym nie stykają do końca jakieś kabelki i o Sieci mogę sobie jedynie pomarzyć. Brakuje mi możliwości sprawdzenia czegokolwiek kiedykolwiek, ot – tak, a nade wszystko nocnego, nawpółprzytomnego szperania po Sieci strumieniem świadomości, przy którym Woolf się chowa, wszak dopiero Sieć umożliwia prawdziwe podążanie za intuicją, bez żadnych ograniczeń, własnym, chwilowym kaprysem, losowym hipertekstem na ekranie lub losową hipermyślą w czaszce. Dałbym sobie zamontować port USB choćby w dupie, byle tylko ponownie zostać podłączonym stałym łączem do Internetu. Obecnie muszę podłączać laptop do Sieci w pokoju gościnnym, a gdy pokój gościnny okupuje brat, przenoszę się z kolei do jego pokoju, gdzie Sieć oczywiście działa bez zarzutu. Nomad we własnym domu!


Skoro już zainaugurowałem księgę skarg i zażaleń, to przy okazji wspomnę, że zaliczyłem już pomyślnie pierwszy semestr. Cały...? Nie! Pozostał mi jeszcze jeden przedmiot do zaliczenia – British realism – który wymusza na mnie mentalną wiwisekcję półtora miesiąca po zakończeniu sesji egzaminacyjnej. Nie, niczego nie oblałem – po prostu sam przełożyłem zaliczenie na później i teraz żałuję. Zaczyna się nowy semestr, więc chciałbym się naturalnie trochę poobijać i pograć w jakąś grę, poczytać książkę. Niech będzie, że nawet poważną. Zamiast tego tonę w kserówkach i niezbyt ciekawych książkach. Pocieszam się, że w czwartek będę już miał święty spokój. Koniec zażaleń, księga zamknięta.

2.3.08

Korytarz...


Krążę sobie anglistycznym korytarzem – w kółko, w kółko, a raczej – po kwadracie. Krążę sobie wielokrotnie, przed zajęciami, pomiędzy zajęciami, po zajęciach, zazwyczaj z książką w ręku lub w poszukiwaniu znajomych – i szczęśliwie na kogoś trafiam. Ostatnio odnoszę wrażenie, że więcej tego monotonnego maszerowania niż samych zajęć – więcej oczekiwania na intelektualne wyzwania niż samych wyzwań.

Zaliczyłem pomyślnie pierwszy semestr i rozpocząłem drugi. Prawie że nie zauważyłem przejścia od starego do nowego. Wiele przedmiotów po prostu kontynuuję i zmieniają się im jedynie cyfry przy nazwach. Zamiast AW 3 mam AW 4, zamiast UOE 3 mam UOE 4 – wielka mi różnica. Nie mam już historii Stanów Zjednoczonych, lecz bardziej problematyczną historię języka angielskiego. Zaczynamy ambitnie od staroangielskiego i mam nadzieję, że będę mógł dzięki temu przeczytać kiedyś ze zrozumieniem "Beowulfa". Bardzo miłym zaskoczeniem była zmiana pani prowadzącej z filozofii. Wprawdzie obecna nie do końca potrafi wysłowić się po angielsku, ale ponieważ wcześniejsza prowadziła była filozofię beznamiętnie i po polsku, zmiana jest na lepsze. Zajęcia są merytoryczne, choć omawiamy zagadnienia bardzo podstawowe. Ograniczamy się do logiki euklidesowej i nie wspomnieliśmy nawet o istnieniu logiki wielowartościowej. O konsekwencjach mechaniki kwantowej na współczesną ontologię ani słowa. To ma być ciekawie prowadzona filozofia...? Fizyka, kognitywistyka i lingwistyka obalają często niektóre poglądy filozoficzne, ale filozofia dalej z uporem powtarza swoje.

Spodziewam się jeszcze większej ilości progresywnej ideologii w amerykańskim piśmiennictwie – ale to tym gorzej dla tej ideologii.

W tym semestrze miałem sposobność wybrać dwa kursy specjalizacyjne za dwa punkty. Pierwszym wybranym przeze mnie kursem jest Ideology and American Literature, bezpośrednia kontynuacja ukończonego przeze mnie w poprzednim semestrze kursu The Idea of America. Spodziewam się jeszcze większej ilości progresywnej ideologii w amerykańskim piśmiennictwie – ale to tym gorzej dla tej ideologii, gdyż zamierzam ją porządnie wyśmiać i wyszydzić i doskonale się przy tym bawić. Sam kurs, pomijając jego jednostronność, prowadzony jest bardzo merytorycznie i z przyjemnością będę się pojawiał na zajęciach.

Drugi kurs wybrałem na zasadzie poszerzania horyzontów intelektualnych. Zajęcia z Neoplatonism in British Literature nie przydadzą mi się do niczego na studiach, ale pozwolą mi na zaangażowanie się w zagadnienia, które z pewnością mnie zainteresują prywatnie. Mam nadzieję, że związki filozofii z literaturą okażą się ciekawe.

Oprócz zajęć przewiduję długie spacery kwadratowym, anglistycznym korytarzem, a jak zrobi się już ciepło, równie długie spacery po Warszawie w oczekiwaniu na zajęcia. Mam nadzieję, że coś mnie mile w tym semestrze zaskoczy. Cokolwiek – nie jestem wybredny – bo na razie się wyłącznie nudzę.

1.3.08

Teoria...


Andrzej Chłopecki zamieścił w swoim felietonie "Słuchanie na ostro" w "Gazecie Wyborczej" fragmenty rozmowy krytyków wypowiadających się na temat muzyki współczesnej. Ponieważ dokonał był jedynie kompilacji materiału książkowego, mam nadzieję, że mogę w dobrej woli zamieścić tu jego felieton. Czy warto tak na poważnie dyskutować o muzyce, czy podobne rozważania prowadzą jedynie do jałowego pustosłowia? Nie rozstrzygam tej kwestii, oceńcie sami.


Andrzej Chłopecki
Po-nowa muzyka jako źródło cierpień

(Rekonstrukcja rozmowy na podstawie tekstu Zygmunta Baumana "O znaczeniu sztuki i sztuce znaczenia myśli parę" w tegoż: "Ponowoczesność jako źródło cierpień", wyd. Sic!, 2000)

Michael Foucault: Nie można mówić o jednolitym stosunku kultury współczesnej do muzyki jako takiej, lecz tylko o mniej lub bardziej życzliwej tolerancji wobec muzycznego pluralizmu. Wszelkiej muzyce przyznaje się prawo do istnienia i postrzega się to prawo jako znak równowartości.

Pierre Boulez: Wszystko jest dobre, nic nie jest złe; nie ma żadnych wartości i wszyscy są zadowoleni. Taki dyskurs, choć wyzwoleńczy w zamierzeniu, wbrew sobie wzmacnia muzy gett, pociesza ludzi świadomych, że w getcie się znaleźli, szczególnie gdy od czasu do czasu dane im jest odwiedzać getta innych ludzi.

Zygmunt Bauman: Nietolerancja może zabijać, ale tolerancja, skądinąd mniej okrutna, separuje: jeden rodzaj muzyki od innego, muzykę i muzyka od audytorium.

Pierre Boulez: W muzyce klasycznej czy romantycznej istnieją schematy ogólnie uznane, które można śledzić bez względu na osobliwości danego utworu. Mają te schematy skuteczność i niezawodność sygnałów; powtarzają się w coraz to nowych utworach, zawsze przybierając ten sam kształt i pełniąc te same funkcje. Te budzące zaufanie składniki stopniowo znikły jednak z "poważnej" muzyki. Każdy utwór muzyczny staje się zdarzeniem jedynym w swoim rodzaju, którego nie da się sprowadzić do żadnego schematu z góry przez ogół uznanego.

Zygmunt Bauman: Pierre Boulez twierdzi, że wykształcenie muzyczne (które, zauważmy, jak wszelkie inne wdraża do posłuszeństwa wobec reguły i usposabia do wypatrywania schematów) przeszkadza w rozumieniu, zamiast je ułatwić: można tu mówić o zjawisku pokrewnym "wyuczonej nieudolności", znanym z doświadczenia wielkich organizacji, specjalizujących się właśnie w krzewieniu regularnych wzorców myślenia i postępowania. Jest paradoksem (choć może wcale nie paradoksem), że to ludzie niewtajemniczeni, niefachowi czują się mniej skrępowani w przysłuchiwaniu się nowej muzyce.

Michael Foucault: Każdy przypadek wysłuchania utworu jest wydarzeniem samoistnym. Za każdym razem mamy brak wskazówek, czego się spodziewać i jak rozpoznać to, co nastąpi. Słuchacz jest świadkiem zdarzenia. Wymaga to uwagi całkiem innego rodzaju, przeciwstawnej tej, z jaką rozpoznaje się rzeczy, z którymi oswoiło słuchacza wielokrotne ich powtarzanie w muzyce klasycznej.

Zygmunt Bauman: Zgódźmy się, że nowoczesna muzyka "poważna" jest krańcowym przypadkiem szumu w kanale – trudności, jakie towarzyszą staraniom, by przekaz dotarł do odbiorcy w stanie nieskażonym; ale właśnie ze względu na swą krańcowość przypadek ten wyostrza i uwypukla kłopoty powszechnie dziś w sztuce spotykane.

Jean-Francois Lyotard: Od początku czasów nowoczesnych sztuka poszukuje sposobów przedstawienia tego, co wzniosłe – co z natury swej nie daje się wyrazić; ale jeśli poszukiwania tego, co wzniosłe, skłaniały artystę nowoczesnego ku "estetyce nostalgicznej" (wprowadzał on to, co niewyrażalne, jedynie jako "treść nieobecną" w dziele), to artysta ponowoczesny, przeciwnie, stara się uczynić niewyrażalne tematem obrazu. (Wypowiedź Lyotarda zreferowana przez Baumana).

Piotr Kawecki: Niewątpliwie w obręb kultury artystycznej wchodzi ten fragment, którego wytworów nie daje się sensownie (w miare zrozumiale) zinterpretować z punktu widzenia potocznej świadomości estetyczno-symbolicznej i dla tej części rezerwuje się termin "sztuka". Rozstrzygając tym samym, że ona cała to właśnie ów fragment, niekomunikatywny dla potocznego odczucia estetycznego.

Jean-Francois Lyotard: Ponowoczesny pisarz lub artysta jest w sytuacji filozofa: tekstem, jaki pisze, dziełem, jakie tworzy, nie rządzą w zasadzie żadne ustalone reguły i ni można ich sądzić w sposób zdecydowany, posługując się zastanymi kategoriami. To właśnie reguł i kategorii, jakie pozwalają na wydanie sądu, tekst czy dzieło poszukują. Pisarz czy artysta pracują zatem bez reguł po to, by ustanowić reguły tego, co będzie dokonane. Tekst i dzieło sztuki mają więc charakter zdarzenia; nadchodzą one z punktu widzenia autora zbyt późno – lub, co do tego samego się sprowadza – ich urzeczywistnienie zaczyna się za wcześnie. Zjawisko ponowoczesności pojmować trzeba rzez paradoks czasu przyszłego dokonanego. (Teraz własnymi słowami).