U mnie w domu czasopisma społeczne i kulturalne czyta się aspołecznie i niekulturalnie podczas obiadu, by wraz z nabraniem ostatniego kęsa przerwać lekturę choćby w połowie i odłożyć czasopismo na coraz to większą stertę literatury-makulatury. Rzadko które zostanie przeczytane od deski do deski, ale ponieważ czasopisma wegetują na tej swojej stercie przez dłuższy czas, istnieje całkiem spora szansa, że wyłapiemy w końcu wszystkie bardziej wartościowe artykuły. Jeden dosyć ciekawy artykuł umknął był mi jednak podczas przerwy świątecznej i dlatego, choć pochodzi z marcowego wydania "Wprost" 12/2008, reaguję na niego dopiero teraz.
Spodobał mi się dosyć zabawny, choć w zamierzeniu pewnie poważny artykuł Mózg polityczny o wiele mówiącym podtytule Konserwatyści są z Marsa, a lewicowcy z Wenus. Jego autorka, Aleksandra Postoła, przytacza moim zdaniem mało odkrywcze wyniki badań, które wskazują na to, że konserwatyści i liberałowie pod wieloma względami różnią się między sobą. Artykuł w swej większej części stanowi masło maślane, gdyż zawiera zachwycającą swoją wnikliwością tezę, że konserwatyści mają zasadniczo charakter konserwatywny, a liberałowie – liberalny. Owa podstawowa cecha konstytuująca dwa polityczne podgatunki przekłada się również na inne dziedziny życia.
Czy lewicowcy i konserwatyści należą do tego samego gatunku? – Biologicznie to bez wątpienia homo sapiens, ale są całkowicie odmiennymi stworzeniami. Zasadniczo różnią się nie tylko poglądami politycznymi, ale też zachowaniami, samopoczuciem, reakcją na stres, a nawet gustem w urządzeniu sypialni – mówi "Wprost" Ingrid Storm z University of Manchester.
W wielopartyjnej Polsce można uświadczyć takie osobliwości, jak socjalistyczną postsolidarność i wolnorynkową postkomunę.
Nie bez przyczyny omawianą analizę napisała korespondentka "Wprost" z Nowego Jorku – w dwupartyjnych bowiem Stanach podział na konserwatystów i liberałów jest znacznie klarowniej zarysowany niż w wielopartyjnej Polsce, gdzie można uświadczyć takie osobliwości, jak socjalistyczną postsolidarność i wolnorynkową postkomunę. Liberałowie i konserwatyści – odpowiednio Demokraci i Republikanie, przy czym owo przypisanie dotyczy bardziej moralności, niż gospodarki – nie bratają się bowiem między sobą i izolują się w skali zarówno mikro, jak i makro. Na poziomie pojedynczego stanu funkcjonuje podział na liberalną stolicę i konserwatywną prowincję, na poziomie całego państwa – podział na liberalne wybrzeża i konserwatywne śródlądzie, czego nie można powiedzieć ani o polskiej prowincji tradycjonalistów i towarzyszy zarazem, ani o wyjątkowo pod tym względem zpatchworkowanej Warszawie. Przy tak wyraźnie zarysowanych podziałach w Stanach aż się prosi, by zadać sobie pytanie – raczej z przymrużeniem oka – czy nie mamy do czynienia z dwoma odrębnymi gatunkami homo sapiens, lub przynajmniej – z dwoma podklasami ludzi o zupełnie odmiennych naturach.
Aleksandra Postoła nie uważa, iż pierwszorzędny światopogląd wpływa na takie czynniki drugorzędne, jak styl życia i charakter, lecz odwraca kota ogonem i ogłasza, że to prędzej pierwszorzędny charakter wpływa na drugorzędne jej zdaniem poglądy polityczne. Nie podoba mi się takie psychoanalityczne, środowiskowe i poniekąd deterministyczne podejście do polityczności i ideologii, gdzie poglądy osobiste są jedynie pochodną osobowości – sam bowiem wolałbym uważać, że moja tożsamość polityczna i ideologiczna zaistniała w wyniku pewnej, choćby mało wartościowej, gimnastyki rozumowej, a nie w wyniku wychowania w dzieciństwie lub wpływu środowiska. Rozumiem jednak i jestem w stanie przyjąć tezę, jakoby pierwotny wobec poglądów politycznych był charakter. Podział na konserwatystów i liberałów – prawicę i lewicę – jest tak ostry, gdyż rzeczywiście trudno znaleźć ich wspólny mianownik. Można szukać głęboko i dokładnie, ale nie natrafia się na żadne rozwidlenie, żaden pierwszy podział. Konserwatywny publicysta amerykański Dinesh D'Souza uważa, iż ów podział sprowadza się aż do pierwszego i pierwotnego paradygmatu, jakim jest ocena ludzkiej natury (choć amerykańscy i europejscy liberałowie ideę ludzkiej natury odrzucają jako kapitalistyczny konstrukt). Konserwatyści i liberałowie nie różnią się między sobą jedynie doktrynalnie i ideowo, lecz różnią się przede wszystkim bardzo podstawową oceną ludzkiej natury, z której to dopiero można wyprowadzać bardziej ogólne twierdzenia o społeczeństwie i w konsekwencji – poglądy i programy polityczne. Zaryzykuję w tym miejscu tezę, że ogólna ocena ludzkiej natury potrzebna do ukonstytuowania się własnego światopoglądu wynika z diagnozy własnej, jednostkowej natury – i w takim sensie własna natura determinuje u większości osób polityczny światopogląd.
Piszę: u większości osób, gdyż sam posiadam poglądy konserwatywne, posiadając charakter przypisywany raczej liberałom. Artykuł Aleksandry Postoły właśnie dlatego okazał się tak zabawny. Stanowię bowiem wyjątek od reguły, a wyjątki wbrew pozorom reguły nie potwierdzają.
Dr Dana Carrey z Harvard University zauważyła, że pokoje konserwatystów są zwykle czyste i zadbane, są w nich kosze na bieliznę, kalendarze, kolekcje znaczków, płyty z muzyką country i filmami dokumentalnymi. U lewicowych liberałów panuje nieład, wnętrza są urządzone w żywych kolorach, z dużą liczbą dzieł sztuki, płyt z muzyką jazzową, książek i pamiątek z podróży.
Już drugi akapit artykułu potwierdza, że nie jestem przykładnym konserwatystą. Zgodnie z powyższym opisem, pod względem charakteru i stylu życia bliżej mi do lewicowca. Chciałbym, aby mój pokój był czysty i zadbany, ale to jedynie mrzonki. Panuje u mnie nieład, pokój mam jaskrawożółty, książek mam cały księgozbiór, a muzyki słucham takiej, przy której jazz jest mocno konserwatywny. Nie podoba mi się ta część artykułu, w której autorka wywodzi poglądy polityczne ze środowiska i wychowania w rodzinie, ale nawet tutaj pasuję na młodego lewicowca. Nie miałem surowych rodziców, którzy według badań wychowują konserwatystów. Nie pasuję na konserwatywnego młodzieńca, gdyż:
Konserwatywne dzieci spędzają więcej czasu w towarzystwie, w grupie czują się lepiej, mają chęć do działania. W samotności odczuwają nudę, niepokój i opuszczenie, ich nastrój gwałtownie się pogarsza.
Dlaczego więc nie wyrósł wyrósł ze mnie jakiś Geremek lub inny Michnik, skoro miałem ku temu wszelkie predyspozycje?
Z artykułu wynika, że powinien był ze mnie wyrosnąć młody marksista lub inny dziwoląg, a przecież zarówno polską lewicą, jak i amerykańskimi Demokratami się brzydzę. Dlaczego więc – wbrew tezie artykułu – nie wyrósł ze mnie jakiś Geremek lub inny Michnik, skoro miałem ku temu wszelkie predyspozycje? Odpowiedź jest prosta – ponieważ myślę. Mój otwarty charakter nie determinuje automatycznie liberalnego światopoglądu, gdyż mój konserwatyzm bierze się z przemyśleń, a nie z charakteru i stylu życia. To lewica imputuje konserwatystom intelektualną zaściankowość, podczas gdy konserwatyzm może być zarówno krytyczny wobec rzeczywistości, jak i nań otwarty. Mój konserwatyzm jest konserwatyzmem XXI, nie XIX wieku; moja zachowawczość jest zachowawczością osoby współczesnej, nie zaś reliktu-anachronizmu nie potrafiącego sobie poradzić z rzeczywistością. Czuję się dobrze ze swoim konserwatyzmem, gdyż w zachowawczości konserwatyzmu dostrzegam postęp, a w postępowości liberałów – zacofanie. Nie widzę niczego postępowego w walce o aborcję, która była powszechnie praktykowana w Rzymie w V wieku; nie widzę niczego postępowego w jazzie, skoro słucham przekraczającej granice elektroniki. Cóż mi po postmodernizmie, skoro stanowi mało twórczy odprysk tych technik literackich, które znalazły zastosowanie już w literaturze XVIII wieku. Śmieszny to postęp, który odziera Europę z wielowiekowego dorobku cywilizacji Zachodu – czyż to nie krok wstecz...?
Jednego brakuje współczesnym konserwatystom – "fajności". A mi fajnie z moim konserwatyzmem. Na uczelni można się pośmiać z postępowców, z młodych pań marksistek-feministek w okularach z koniecznie czerwonymi oprawkami, z kolejnych absurdów politycznej poprawności, a wszystko to z pozycji osoby, która doskonale się czuje ze swoim charakterem, światopoglądem i ideologiczną odmiennością.
Lewica twierdzi, że konserwatyzm jest od niej na prawo, a reakcjoniści umieszczają się wobec niej na przeciwko. Ja zaś uważam, że fajnie unosić się ponad postępowcami, niczym biała owca w tłumie czarnych wilków, z lekkim, acz zdrowym poczuciem wyższości, uśmiechając się pod nosem na widok dzieci Jasnogrodu, które brną teleologicznie na przód, a przecież pozostają daleko w tyle. Jeżeli konserwatyści i liberałowie rzeczywiście stanowią odmienne polityczne podgatunki – to wbrew swojej naturze, lub z nią w zgodzie, wybrałem dobrze. Konserwatyzm jest jedyną słuszną ścieżką, czy się słucha country, czy jazzu :-).