Myriads Of Me: Tellur's Journal

Wanderlust%20ProjectQuantcast

Wanderlust Project to moje muzyczne alter ego – projekt, nad którym pracuję od końca 2008 roku. Zapraszam Was do przesłuchania mojej twórczości!

22.4.08

Repryza... (Część VI)


Niektórzy artyści wracają do swojego starego materiału w przypływie nostalgii, pozostali zaś – w przypływie strachu. Jarre należy niestety do owej niechlubnej, drugiej grupy. Jego nowa, taneczna płyta z przed roku – "Téo & Téa" – okazała się ogromną klęską. Nie dość, że swoją "nowoczesną", dyskotekową muzyką Jarre nie zdobył nowych słuchaczy, to stracił do tego niemal wszystkich swoich wiernych fanów. Mało kto był w stanie zaakceptować kierunek, który usiłował wytyczyć ongiś rewolucyjny artysta. Przyznajmy zresztą szczerze, że odświeżanie tanecznych standardów techno nie należy do rewolucyjnych przedsięwzięć. Gdy tylko Jarre zdał sobie sprawę ze skali własnej kompromitacji, czym prędzej powrócił na bezpieczny grunt i postanowił ponownie nagrać klasyczną płytę "Oxygène".

OxygèneWbrew pozorom, ponowne nagranie "Oxygène" nie było prostą sprawą. Przez ostatnie trzydzieści lat powstało bowiem kilka różnych wersji utworów znanych z płyty. Owszem, na samej płycie znajdują się oficjalne, "kanoniczne" wersje każdego utworu, lecz, jak to bywa, "Oxygène" zaczęło żyć własnym życiem podczas niezliczonych koncertów oraz w postaci wielu, czasami bardzo ciekawych remixów. Koncertowe wersje utworów składających się na suitę "Oxygène", zmieniane z roku na rok w licznych permutacjach, często brzmiały lepiej od leciwego już matetriału z 1976 roku. Należy również wspomieć o płycie "AERO" z 2004 roku – składance, na której Jarre zamieścił nowe, przestrzenne wersje swoich najbardziej znanych utworów w dźwięku Dolby Surround 5.1. Jarre postanowił jednak trzymać się kanonicznego materiału. Ponownie zakupił stare, obecnie niemal kultowe syntezatory z przed kilku dekad i wraz ze swoimi trzema kolegami ponownie nagrał materiał z płyty "Oxygène". Całość ukazała się na SACD oraz DVD w listopadzie ubiegłego roku.

Czy Jarre powinien był ponownie nagrywać swój kultowy "Oxygène"...? Moim zdaniem niekoniecznie. Ponowne nagranie całego materiału z kultowej płyty nie jest wcale niespotykanym przedsięwzięciem. Wystarczy wszak wspomnieć "The Dark Side Of The Moon" Pink Floyd lub "Tubular Bells" Oldfielda. Oldfield wszakże kierował się słuszną motywacją, na nagranie pierwszego "Tubular Bells" miał bowiem jedynie dwa tygodnie w studio, co niestety zaowocowało nieczystą grą oraz zbyt nieudolnie zmasterowanymi fragmentami utworu. W tej sytuacji ponowna wizyta w studio w dwadzieścia pięć lat po debiucie wydaje się mieć rację bytu i owszem, nowe "Tubular Bells 2003" znacznie odświeżyło oryginał. "Oxygène" zostało jednak rewelacyjnie wyprodukowane już w roku 1976 i ponowne nagranie całości jedynie w celu jej ponownego masterowania nie miało zbyt dużego sensu. Owszem, Jarre zamieścił na nowym "Oxygène" kilka minut nowej muzyki w postaci krótkich przerywników pomiędzy starymi utworami, lecz nie popisał się zbyt dużą inwencją i jego nowe utwory, choć pasują do całości, brzmią bardzo wtórnie i przywodzą na myśl takie zespoły, jak Redshift oraz Radio Massacre International. Nie łudźmy się jednak – nowe "Oxygène" nie powstało dla spragnionych muzyki fanów, których Jarre ma coraz mniej, lecz wyłącznie dla samego artysty w celach terapeutycznych. Mam nadzieję, że nowe "Oxygène" spełni swoją rolę i Jarre odbije się od dna. Zapowiedział wszakże, że kolejną po "Oxygène" płytę również zamierza nagrać na starych syntezatorach, można więc mieć nadzieję, że bezpowrotnie skończy z eksperymentami dance i techno. Sami słuchacze natomiast również mogą zyskać na nowym "Oxygène", gdyż taka okazja może zaowocować nową trasą koncertową. Choć sama płyta jest dosyć wtórna, koncerty zawsze są mile widziane. Pożyjemy, zobaczymy, a Jarre'owi pozostaje życzyć wszystkiego najlepszego na nowej/starej drodze artystycznej.

20.4.08

Repryza... (Część V)


Płyta "Oxygène" Jean Michel Jarre'a znana jest zapewne niemal każdemu, nawet zupełnie przypadkowemu słuchaczowi muzyki, jej charakterystyczne melodie pojawiły się bowiem w wielu filmach przyrodniczych oraz dokumentalnych, nie wspominając nawet o stałej, ponadtrzydziestoletniej obecności w radiu. Wydana w 1976 roku elektroniczna suita "Oxygène" nie stanowiła wprawdzie debiutu Jarre'a, lecz jako pierwsza zapisała się w szerszej świadomości słuchaczy muzyki elektronicznej. "Oxygene" jako concept album poruszała temat zagrożeń ekologicznych naszej planety i doskonale wpisała się w klimat New Age lat siedemdziesiątych. Stanowiła ponadto rewolucję formalną w elektronice jako gatunku, prezentowała bowiem bardziej naturalne, organiczne podejście do elektronicznych brzmień, w przeciwieństwie do bardzo sterylnej muzyki Kraftwerk oraz hermetycznej, psychodelicznej muzyki Tangerine Dream. Dzięki przystępnemu podejściu Jarre'a jego muzyka zawitała w płytotekach milionów słuchaczy i pomimo wzlotów i upadków artysty, zostanie zapamiętana jako jeden z kamieni milowych muzyki popularnej.

OxygèneKariera Jarre'a nie rozpoczęła się wszakże od "Oxygène" i na "Oxygène" się nie zakoczyła, choć jako artysta rzeczywiście jest kojarzony przede wszystkim z powyższą płytą. Eksperymentował z elektroniką na wiele sposobów i już następna jego płyta – "Equinoxe" – zaprezentowała zupełnie inne podejście do elektronicznych brzmień. Jarre wracał jednak do swojego pierwotnego pomysłu za każdym razem, gdy jego kariera zaczynała wisieć na włosku. W 1997 roku, po kilku udanych, choć powoli powtarzających te same pomysły płytach, Jarre wydał sequel do "Oxygène" w postaci "Oxygène 7-13". Nowa płyta zachowała klasyczny klimat swojej poprzedniczki, lecz oferowała jednocześnie zupełnie nowe brzmienia za sprawą współczesnych, znacznie wydajniejszych syntezatorów. Została przyjęta bardzo pozytywnie, choć od tej chwili, ilekroć Jarre wydał nieco gorszą płytę, fani złośliwie żartowali o konieczności nagrania kolejnej – "Oxygène 14-20". Jarre jednak zaskoczył swoich fanów i wrócił do brzmień "Oxygène" z zupełnie innym pomysłem. W roku 1998 wydał płytę "Odyssey Through O2" – kompilację różnorodnych remiksów inspirowanych płytą "Oxygène 7-13". Przyznaję – i piszę to bardzo poważnie – że jest to jedna z najlepszych płyt z utworami utrzymanymi w estetyce drum&bass, house oraz techno, jaką miałem okazję wysłuchać (choć znam ich rzecz jasna niewiele).

Odkąd Jarre wydał w 2000 roku bardzo rewolucyjną moim zdaniem płytę "Metamorphoses", na której zupełnie zmienił swoje brzmienie, zaczął coraz to bardziej eksperymentować ze swoją muzyką i wydawać płyty, które nie zostały dobrze przyjęte przez jego wiernych fanów. "Sessions 2000" stanowiła wprawdzie ciekawy projekt fusion jazz nagrany społem z jego kolegą, Francisem Rimbertem, lecz kolejne płyty z klubowymi, tanecznymi utworami nie przypadły już nikomu do gustu. Okazało się, że Jarre, ongiś rewolucjonista elektronicznego brzmienia, obecnie tworzy bardzo poślednie utwory dance i techno. Po tak daleko idącej porażce Jarre'owi nie pozostało nic innego, jak tylko ponownie zawędrować w kierunku sprawdzonych rozwiązań klasycznego "Oxygène"...

Ciąg dalszy nastąpi...

16.4.08

Ex-librīs... (Część II)


Ile należy zgromadzić książek, zanim cały ich zbiór można będzie bez przesady nazwać księgozbiorem? Gdy nadal miałem w pokoju stare książki dziadka – dzieła zebrane Sienkiewicza, Mickiewicza, Prusa, Londona i tym podobne – mój księgozbiór był dosyć pokaźny. Obecnie, już po przeprowadzce, mam w pokoju jedynie własne książki, ale i tych z czasem przybywa coraz więcej i zajmują coraz to więcej miejsca na półkach, do tego stopnia, że zaczynam już je układać po dwa rzędy.

Ostatnio kupiłem na przykład piękne, bogato ilustrowane wydanie powieści Hyperion Dana Simmonsa, która swoją fabułą nawiązuje do Opowieści kanterberyjskich Chaucera:

W obliczu zbliżającej się nieuchronnie międzygalaktycznej wojny na planetę Hyperion przybywa siedmioro pielgrzymów: Kapłan, Żołnierz, Uczony, Poeta, Kapitan, Detektyw i Konsul. Mają za zadanie dotrzeć do mitycznych grobowców, by znaleźć w nich budzącą grozę istotę. Zna ona jednak, być może, tajemnicę, która pozwoli zapobiec zagładzie całej ludzkości. Każdy z pielgrzymów będzie mógł przedstawić swoją prośbę, lecz wysłuchany zostanie tylko jeden. Pozostali zginą.

Hyperion słusznie chyba jest reklamowana jako najsłynniejsza obok "Diuny" powieść science-fiction. Aż wstyd przyznać, że jej nigdy nie czytałem. Miałem jednak okazję przeczytać późniejsze powieści Dana Simmonsa, mianowicie Ilion oraz Olimp. Tworzą społem najbardziej bodaj epicką space operę, jaką kiedykolwiek czytałem i choć meandrują tu i ówdzie treściowo ku przynudzaniu czytelnika, nie da się ukryć, że ich zamysł jest ogromny i jeżeli nie został nawet zrealizowany nadzwyczaj kunsztownie, to przynajmniej rzemieślniczo poprawnie. Ciekaw jestem, jaki się okaże Hyperion.

Cormac McCarthy, pisarz dotychczas głównonurtowy, napisał powieść postapokaliptyczną oszczędnie szafującą scenografią.

Zainteresowałem się również (co zaowocowało oczywiście kupnem) krótką powieścią The Road Cormaca McCarthy'ego, za którą autor otrzymał Pulitzera i która ukaże się niebawem w postaci ekranizacji z Viggo Mortensenem w roli głównej. Cormac McCarthy, pisarz dotychczas głównonurtowy, napisał powieść postapokaliptyczną oszczędnie szafującą scenografią, a skupiającą się na relacji ojca z synem w zepsutym i chylącym się ku ostatecznemu upadkowi świecie. O The Road wspominał już Jacek Dukaj w recenzji dla "Czasu Fantastyki", a w kinach grali ostatnio film na podstawie wcześniejszej powieści McCarthy'ego – No Country For Old Men.

W salonach EMPiK odkryłem również bogactwo polskiej prasy, która nie ogranicza się oczywiście do cotygodniowych tytułów dostępnych powszechnie w kioskach. Oprócz comiesięcznego czytania opowiadań zawartych w czasopismach Nowa Fanstastyka i Science Fiction, Fantasy i Horror z przyjemnością również sięgam po ukazujące się nieregularnie czasopismo krytycznoliterackie Czas Fantastyki oraz, gdy mam ochotę, po konserwatywną Opcję Na Prawo (choć ta ostatnia jest zbyt narodowa jak na mój gust). W tym miesiącu miłym zaskoczeniem okazał się natomiast nowy zeszyt polityczno-społeczny Nowe Kryteria, którego celem jest propagowanie prowadzenia polityki historycznej. Historycznej, czyli dostrzegającej i doceniającej istnienie państwa w kontekście historycznym, odwołującej się do wspólnej historii i tożsamości narodowej oraz korzystającej z doświadczeń przeszłości i patrzącej dzięki temu raźniej w przyszłość. Trudno powiedzieć, czy ta licząca ponad 160 stron publikacja będzie się ukazywać regularnie i czy w ogóle zadomowi się na polskim rynku. Będę jej na pewno chętnie wypatrywał pomiędzy innymi tytułami prasy politycznej.


Coraz częściej zastanawiam się nad potrzebą, czy też kaprysem, posiadania własnego ekslibrisu. Wysłałem zapytania do dwóch osób, które projektują i produkują ekslibrisy, ale ich usługi, choć niewątpliwie bardzo profesjonalne, okazały się nie na moją kieszeń. Znacznie lepszym rozwiązaniem, moim zdaniem, będzie własnoręczne zaprojektowanie ekslibrisu i zlecenie jego wykonania w punkcie usługowym zajmującym się wyrabianiem pieczątek i pieczęci wszelkiej maści. Znalazłem już jedno takie miejsce i mój zamiar okazał się możliwy do zrealizowania.

Uznałem, że mój ekslibris nie będzie wyraźnie staroświecki; nie będzie niczego imitował i udawał.

Uznałem, że mój ekslibris nie będzie wyraźnie staroświecki; nie będzie niczego imitował i udawał. Jako że czytam przede wszystkim science-fiction, będzie na nim widniał statek kosmiczny – prawdopodobnie zdecyduję się na amerykański wahadłowiec, choć zastanawiam się również nad rakietą. Będzie na nim również moje imię i nazwisko oraz motto: Sic itur ad astra. Projekt zostanie zrealizowany w postaci okrągłej pieczęci i ekslibris będzie przybijany czerwonym tuszem. Na razie to jedynie odległe plany i marzenia, ale prędzej czy później zabiorę się za projekt na poważnie. Księgozbiór w końcu robi się coraz większy i większy...

14.4.08

Ex-librīs... (Część I)


Ilekroć ostatnio wchodzę do salonu EMPiK, tylekroć wychodzę bogatszy o nową książkę... i biedniejszy o kilkadziesiąt złotych. Jest to dosyć kosztowne hobby, ale ze wszystkich potencjalnie mi zagrażających uzależnień właśnie to uważam za najprzyjemniejsze. Ostatnio natomiast przestawiłem się z kupowania krótkich książek do czytania w autobusie na kupowanie ogromnych magna opera na wakacje. Moja kolekcja wakacyjnej literatury staje się coraz to bardziej pokaźna, ja zaś tym dobitniej uświadamiam sobie skalę mojej bibliofilii.

Jak zauważył Jarek Grzędowicz – współcześnie mecenasem literatury są jedynie jej czytelnicy.

Przez ostatnie miesiące zaczytywałem się raczej krótkimi powieściami i zbiorami opowiadań z Wydawnictwa Dolnośląskiego i Fabryki Słów, ale na wakacje przygotowuję sobie zestaw ambitnych powieści hard science-fiction. Lód Jacka Dukaja kupiłem od razu po premierze, zaś ostatnio obok Lodu postawiłem na półce wznowiony w twardej oprawie zbiór opowiadań Dukaja W kraju niewiernych. Posiadam już wprawdzie ów zbiór w jego wcześniejszym wydaniu, ale chciałem wesprzeć wydawcę i autora, ponieważ – jak zauważył Jarek Grzędowicz – współcześnie mecenasem literatury są jedynie jej czytelnicy.

Uzupełniłem również swoją małą kolekcję książek Egana, pisarza bliskiego Dukajowi pod względem poruszanych zagadnień, o powieść Stan wyczerpania. Stanowi trzecią część nieformalnej trylogii, składającej się również z Miasta permutacji oraz Kwarantany, które posiadam i już przeczytałem.

Dukaj ów ciekawy amalgamat science-fiction i nauk humanistycznych określił mianem SF 2.0.

Postanowiłem jednocześnie poznać dorobek literacki polecanego przez Dukaja Neala Stephensona, który zasłynął twardym cyberpunkiem, ale obecnie pisze powieści z pogranicza science-fiction i nauk humanistycznych. Dukaj ów ciekawy amalgamat określił mianem SF 2.0. Udało mi się zebrać w oryginale całe, ponadtysiącstronicowe i trzytomowe Baroque Cycle, na które składają się obszerne powieści Quicksilver, The Confusion oraz The System of the World. Jest to społem powieść totalna, opowiadająca o wypoczwarkowaniu się świata nowożytnego ze zgliszczy średniowiecza. Śledzi losy ludzi nauki i porusza zagadnienia z obszernej ilości naukowych dziedzin. Mam nadzieję, że znajdę w wakacje samozaparcie, by przysiąść i przeczytać całość. Kupiłem również powieść będącą nieformalnym zamknięciem całego cyklu – Cryptonomicon – która rozszerza wizję Neala Stephensona na XX i XXI wiek. Wieść niesie, że Stephenson opublikuje kolejną powieść kontynuującą cykl, tym razem space operę dziejącą się w dalekiej przyszłości. Moją coraz bardziej pokaźniejszą kolekcję książek Stephensona uzupełniłem ostatnio o polskie wydania jego wcześniejszych powieści Diamentowy wiek oraz Zamieć.

Wakacyjną kolekcję twardego science-fiction zwieńczyłem powieścią Vertical Rafała Kosika, ale ta jest na tyle krótka, że zacząłem ją czytać już wczoraj i wciągnęła mnie niesamowicie. Tak dobrej polskiej powieści nie czytałem od dawna. Została nominowana do zeszłorocznego Zajdla, ale nie zajęła pierwszego miejsca. Autora miałem okazję poznać na Polconie i zamierzam go poprosić o podpis podczas tegorocznych Międzynarodowych Targów Książki.

Ciąg dalszy nastąpi...

12.4.08

Audycja...


Zupełnym przypadkiem natrafiłem na jakimś portalu o fantastyce na linka do audycji radiowej Tam i z powrotem. Okazało się, że "Tam i z powrotem" to cotygodniowa, piętnastominutowa audycja o fantastyce w Radiu Kraków, której celem jest popularyzacja polskiej, wschodniej i zachodniej fantastyki, przede wszystkim poprzez rozmowy o książkach z ich autorami, tłumaczami i wydawcami. Audycję prowadzi młody, zaznajomiony z polskim środowiskiem fandomowym i literaturą fantasta Marcin Baniak, który przedstawia "Tam i z powrotem" w następujący sposób:

Tam i z powrotem – magazyn literatury fantastycznej. Piętnastominutowe spotkanie z fantasy i science-fiction.

Zaczęło się jak w większości przypadków. Tolkienowska trylogia, saga Sapkowskiego o Wiedźminie, Solaris Lema... to były moje pierwsze fantastyczne lektury. Potem pojawiły się inne książki i inni twórcy. Pojawiła się też refleksja, że fantastyka niesłusznie uznawana jest za gorszy rodzaj literatury.

W magazynie literatury fantastycznej "Tam i z powrotem" staramy się udowodnić, że fantasy i science-fiction to nie tylko smoki i statki kosmiczne. To przebogaty świat idei, pomysłów i doskonałych fabuł.

Spotykamy się ze znanymi twórcami z kraju i zagranicy. Ważnym punktem naszych programów są prezentacje nowości wydawniczych. Nie zabraknie też wydań monograficznych, poświęconych bądź to konkretnemu pisarzowi, bądź literaturze fantastycznej danego kraju.

Zabierzemy Państwa na wycieczkę "tam" i wbrew tytułowi programu – nie ręczymy, że uda nam się z tej podróży powrócić. To potrafią tylko Hobbici.

Audycja ruszyła we wrześniu ubiegłego roku i najwspanialsze jest to, że w archiwum na stronie internetowej można pobrać w postaci plików .MP3 wszystkie archiwalne odcinki. Wydaje mi się zresztą, że o ile słuchaczy audycji w Radiu Kraków o godzinie 22:30 może być mało, o tyle słuchaczy pobierających pliki MP3 po natrafieniu nań na przeróżnych portalach internetowych o fantastyce jest całkiem sporo. Osobiście nie słucham audycji w radiu, lecz w postaci tzw. podcastów w odtwarzaczu plików MP3. Każda audycja ma piętnaście minut, ale odcinki zróżnicowane tematycznie podzielone są na kilka plików.

Marcin Baniak był obecny na zeszłorocznym Polconie i tam nagrał wiele wywiadów z czołowymi pisarzami polskimi i zagranicznymi.

Pod względem treści audycja "Tam i z powrotem" jest bardzo wciągająca. Marcin Baniak był obecny na zeszłorocznym Polconie i tam nagrał wiele wywiadów z czołowymi pisarzami polskimi i zagranicznymi, a również z wieloma wydawcami. Pierwsze kilka odcinków zawierało nagrania z konwentu, a obecnie Macin na bieżąco przeprowadza wywiady z najważniejszymi postaciami polskiego rynku wydawniczego. Przygotowuje również bardzo ciekawe wydania monograficzne o literaturze np. hiszpańskiej i japońskiej. Wśród jego rozmówców znaleźli się między innymi Jacek Dukaj, Jacek Komuda, Łukasz Orbitowski, Rafał Dębski, Szczepan Twardoch, Rafał Kosik i wielu innych.

Gorąco polecam zarówno archiwalne, jak i aktualne audycje Marcina Baniaka. Każda waży około 15 MB, a cała kolekcja zajmuje na moim dysku jedyne 350 MB. Poświęćcie piętnaście minut tygodniowo polskiej fantastyce – gwarantuję, że nie będziecie żałować.

10.4.08

Gatunki...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

U mnie w domu czasopisma społeczne i kulturalne czyta się aspołecznie i niekulturalnie podczas obiadu, by wraz z nabraniem ostatniego kęsa przerwać lekturę choćby w połowie i odłożyć czasopismo na coraz to większą stertę literatury-makulatury. Rzadko które zostanie przeczytane od deski do deski, ale ponieważ czasopisma wegetują na tej swojej stercie przez dłuższy czas, istnieje całkiem spora szansa, że wyłapiemy w końcu wszystkie bardziej wartościowe artykuły. Jeden dosyć ciekawy artykuł umknął był mi jednak podczas przerwy świątecznej i dlatego, choć pochodzi z marcowego wydania "Wprost" 12/2008, reaguję na niego dopiero teraz.

Spodobał mi się dosyć zabawny, choć w zamierzeniu pewnie poważny artykuł Mózg polityczny o wiele mówiącym podtytule Konserwatyści są z Marsa, a lewicowcy z Wenus. Jego autorka, Aleksandra Postoła, przytacza moim zdaniem mało odkrywcze wyniki badań, które wskazują na to, że konserwatyści i liberałowie pod wieloma względami różnią się między sobą. Artykuł w swej większej części stanowi masło maślane, gdyż zawiera zachwycającą swoją wnikliwością tezę, że konserwatyści mają zasadniczo charakter konserwatywny, a liberałowie – liberalny. Owa podstawowa cecha konstytuująca dwa polityczne podgatunki przekłada się również na inne dziedziny życia.

Czy lewicowcy i konserwatyści należą do tego samego gatunku? – Biologicznie to bez wątpienia homo sapiens, ale są całkowicie odmiennymi stworzeniami. Zasadniczo różnią się nie tylko poglądami politycznymi, ale też zachowaniami, samopoczuciem, reakcją na stres, a nawet gustem w urządzeniu sypialni – mówi "Wprost" Ingrid Storm z University of Manchester.

W wielopartyjnej Polsce można uświadczyć takie osobliwości, jak socjalistyczną postsolidarność i wolnorynkową postkomunę.

Nie bez przyczyny omawianą analizę napisała korespondentka "Wprost" z Nowego Jorku – w dwupartyjnych bowiem Stanach podział na konserwatystów i liberałów jest znacznie klarowniej zarysowany niż w wielopartyjnej Polsce, gdzie można uświadczyć takie osobliwości, jak socjalistyczną postsolidarność i wolnorynkową postkomunę. Liberałowie i konserwatyści – odpowiednio Demokraci i Republikanie, przy czym owo przypisanie dotyczy bardziej moralności, niż gospodarki – nie bratają się bowiem między sobą i izolują się w skali zarówno mikro, jak i makro. Na poziomie pojedynczego stanu funkcjonuje podział na liberalną stolicę i konserwatywną prowincję, na poziomie całego państwa – podział na liberalne wybrzeża i konserwatywne śródlądzie, czego nie można powiedzieć ani o polskiej prowincji tradycjonalistów i towarzyszy zarazem, ani o wyjątkowo pod tym względem zpatchworkowanej Warszawie. Przy tak wyraźnie zarysowanych podziałach w Stanach aż się prosi, by zadać sobie pytanie – raczej z przymrużeniem oka – czy nie mamy do czynienia z dwoma odrębnymi gatunkami homo sapiens, lub przynajmniej – z dwoma podklasami ludzi o zupełnie odmiennych naturach.

Aleksandra Postoła nie uważa, iż pierwszorzędny światopogląd wpływa na takie czynniki drugorzędne, jak styl życia i charakter, lecz odwraca kota ogonem i ogłasza, że to prędzej pierwszorzędny charakter wpływa na drugorzędne jej zdaniem poglądy polityczne. Nie podoba mi się takie psychoanalityczne, środowiskowe i poniekąd deterministyczne podejście do polityczności i ideologii, gdzie poglądy osobiste są jedynie pochodną osobowości – sam bowiem wolałbym uważać, że moja tożsamość polityczna i ideologiczna zaistniała w wyniku pewnej, choćby mało wartościowej, gimnastyki rozumowej, a nie w wyniku wychowania w dzieciństwie lub wpływu środowiska. Rozumiem jednak i jestem w stanie przyjąć tezę, jakoby pierwotny wobec poglądów politycznych był charakter. Podział na konserwatystów i liberałów – prawicę i lewicę – jest tak ostry, gdyż rzeczywiście trudno znaleźć ich wspólny mianownik. Można szukać głęboko i dokładnie, ale nie natrafia się na żadne rozwidlenie, żaden pierwszy podział. Konserwatywny publicysta amerykański Dinesh D'Souza uważa, iż ów podział sprowadza się aż do pierwszego i pierwotnego paradygmatu, jakim jest ocena ludzkiej natury (choć amerykańscy i europejscy liberałowie ideę ludzkiej natury odrzucają jako kapitalistyczny konstrukt). Konserwatyści i liberałowie nie różnią się między sobą jedynie doktrynalnie i ideowo, lecz różnią się przede wszystkim bardzo podstawową oceną ludzkiej natury, z której to dopiero można wyprowadzać bardziej ogólne twierdzenia o społeczeństwie i w konsekwencji – poglądy i programy polityczne. Zaryzykuję w tym miejscu tezę, że ogólna ocena ludzkiej natury potrzebna do ukonstytuowania się własnego światopoglądu wynika z diagnozy własnej, jednostkowej natury – i w takim sensie własna natura determinuje u większości osób polityczny światopogląd.

Piszę: u większości osób, gdyż sam posiadam poglądy konserwatywne, posiadając charakter przypisywany raczej liberałom. Artykuł Aleksandry Postoły właśnie dlatego okazał się tak zabawny. Stanowię bowiem wyjątek od reguły, a wyjątki wbrew pozorom reguły nie potwierdzają.

Dr Dana Carrey z Harvard University zauważyła, że pokoje konserwatystów są zwykle czyste i zadbane, są w nich kosze na bieliznę, kalendarze, kolekcje znaczków, płyty z muzyką country i filmami dokumentalnymi. U lewicowych liberałów panuje nieład, wnętrza są urządzone w żywych kolorach, z dużą liczbą dzieł sztuki, płyt z muzyką jazzową, książek i pamiątek z podróży.

Już drugi akapit artykułu potwierdza, że nie jestem przykładnym konserwatystą. Zgodnie z powyższym opisem, pod względem charakteru i stylu życia bliżej mi do lewicowca. Chciałbym, aby mój pokój był czysty i zadbany, ale to jedynie mrzonki. Panuje u mnie nieład, pokój mam jaskrawożółty, książek mam cały księgozbiór, a muzyki słucham takiej, przy której jazz jest mocno konserwatywny. Nie podoba mi się ta część artykułu, w której autorka wywodzi poglądy polityczne ze środowiska i wychowania w rodzinie, ale nawet tutaj pasuję na młodego lewicowca. Nie miałem surowych rodziców, którzy według badań wychowują konserwatystów. Nie pasuję na konserwatywnego młodzieńca, gdyż:

Konserwatywne dzieci spędzają więcej czasu w towarzystwie, w grupie czują się lepiej, mają chęć do działania. W samotności odczuwają nudę, niepokój i opuszczenie, ich nastrój gwałtownie się pogarsza.

Dlaczego więc nie wyrósł wyrósł ze mnie jakiś Geremek lub inny Michnik, skoro miałem ku temu wszelkie predyspozycje?

Z artykułu wynika, że powinien był ze mnie wyrosnąć młody marksista lub inny dziwoląg, a przecież zarówno polską lewicą, jak i amerykańskimi Demokratami się brzydzę. Dlaczego więc – wbrew tezie artykułu – nie wyrósł ze mnie jakiś Geremek lub inny Michnik, skoro miałem ku temu wszelkie predyspozycje? Odpowiedź jest prosta – ponieważ myślę. Mój otwarty charakter nie determinuje automatycznie liberalnego światopoglądu, gdyż mój konserwatyzm bierze się z przemyśleń, a nie z charakteru i stylu życia. To lewica imputuje konserwatystom intelektualną zaściankowość, podczas gdy konserwatyzm może być zarówno krytyczny wobec rzeczywistości, jak i nań otwarty. Mój konserwatyzm jest konserwatyzmem XXI, nie XIX wieku; moja zachowawczość jest zachowawczością osoby współczesnej, nie zaś reliktu-anachronizmu nie potrafiącego sobie poradzić z rzeczywistością. Czuję się dobrze ze swoim konserwatyzmem, gdyż w zachowawczości konserwatyzmu dostrzegam postęp, a w postępowości liberałów – zacofanie. Nie widzę niczego postępowego w walce o aborcję, która była powszechnie praktykowana w Rzymie w V wieku; nie widzę niczego postępowego w jazzie, skoro słucham przekraczającej granice elektroniki. Cóż mi po postmodernizmie, skoro stanowi mało twórczy odprysk tych technik literackich, które znalazły zastosowanie już w literaturze XVIII wieku. Śmieszny to postęp, który odziera Europę z wielowiekowego dorobku cywilizacji Zachodu – czyż to nie krok wstecz...?

Jednego brakuje współczesnym konserwatystom – "fajności". A mi fajnie z moim konserwatyzmem. Na uczelni można się pośmiać z postępowców, z młodych pań marksistek-feministek w okularach z koniecznie czerwonymi oprawkami, z kolejnych absurdów politycznej poprawności, a wszystko to z pozycji osoby, która doskonale się czuje ze swoim charakterem, światopoglądem i ideologiczną odmiennością.

Lewica twierdzi, że konserwatyzm jest od niej na prawo, a reakcjoniści umieszczają się wobec niej na przeciwko. Ja zaś uważam, że fajnie unosić się ponad postępowcami, niczym biała owca w tłumie czarnych wilków, z lekkim, acz zdrowym poczuciem wyższości, uśmiechając się pod nosem na widok dzieci Jasnogrodu, które brną teleologicznie na przód, a przecież pozostają daleko w tyle. Jeżeli konserwatyści i liberałowie rzeczywiście stanowią odmienne polityczne podgatunki – to wbrew swojej naturze, lub z nią w zgodzie, wybrałem dobrze. Konserwatyzm jest jedyną słuszną ścieżką, czy się słucha country, czy jazzu :-).

6.4.08

We gadriaþ...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

We gadriaþ in nihtscuan nu ond æfre to alder – brzmią słowa staroangielskie, choć jednocześnie bardzo współczesne, bo z roku 2008. Kompozytor muzyki do serialu "Battlestar Galactica" – Bear McCreary – zamieścił ostatnio na swoim blogu słowa utworu z pierwszego odcinka czwartego sezonu.

We gadriaþ in nihtscuan
Neoðan þin gledstede,
þin liċfæst in blode ond lieġe.
Nu þin ġebann, æþreddaþ us
To þæm anliċum æltæwan gastcyninge
Gaius Baltar, ure dryhtweorþ nergend
Nu ond æfre to alder.
Swa we ġehwilc ġehalsiaþ.

Jeszcze rok temu złapałbym się za głowę i nic nie zrozumiał, ale obecnie, dzięki studiom na Anglistyce, jestem w stanie owe słowa odpowiednio wypowiedzieć i do pewnego stopnia samodzielnie przetłumaczyć.

We gather in shadow now and for eternity – chciałbym Wam podziękować za wczorajszą obecność na spotkaniu w Ożarowie i jednocześnie przeprosić za wszelkie niedogodności związane z noclegiem i jego brakiem. Było mi bardzo miło, że przyjechaliście. Po spotkaniu została jedynie M., z którą wybrałem się na bardzo miły spacer po Ożarowie. Towarzyszył nam bezpański pies, który bardzo chciał się bawić patykami i kamieniami. Początkowo się z nim bawiliśmy i zwiedził z nami cały Ożarów, ale pod sam koniec spaceru zaczął już nam nieco przeszkadzać. M. została na obiad, a potem ją odwieźliśmy do Warszawy. Zasnąłem momentalnie, gdy wróciłem do domu i spałem tak całe szesnaście godzin, prawie że pobijając swój życiowy rekord.

Teraz odpoczywam i staram się nie jeść chińskich ciastek, które zostały po imprezie.

2.4.08

Amor fati...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

Piątego kwietnia 2005 roku – trzeciego dnia po śmierci papieża – pisałem:

Jedyne, co mogę zrobić dziś, po śmierci papieża, a przed Jego pogrzebem, to cicho wsłuchać się w siebie, w świat, w muzykę. I rzeczywiście – codzienność bardziej mnie cieszy. Nadejście wiosny, czas spędzany z M., swoiste zatrzymanie się dziejów. Dnia 11.09.2001 świat zatrzymał się na dzień cały, obecnie: zatrzymał się na tydzień, pewnie będzie trwał tak dłużej, w refleksji, zadumie.

Od tamtej pory zmieniło się wszystko, a zarazem nic.

Wtedy, gdy świat się zatrzymał, wszyscy spodziewali się popapieżowego cudu – narodowego pojednania, końca wojen, wygranej Legii i Bóg jeden wie, czego jeszcze. Żaden cud oczywiście nie nastąpił, a zarazem – czego jestem świadkiem – codzienne, małe cuda zdarzają się nieustannie.

Przez ostatnie lata nie potrafiłem rozwiązać pewnego problemu – problemu, który manifestował się pod wieloma, przeplatającymi się społem postaciami. Nie dość, że posiadał naturę emocjonalną, intelektualną i czysto praktyczną, to przejawiał również tę najbardziej złośliwą, bo najbardziej pierwotną – językową. Zastanawiałem się bowiem przez ostatnie lata – jak powinno się rozmawiać ze swoją byłą dziewczyną? Na złego początek, już sam zwrot była dziewczyna nie mieścił mi się przez dłuższy czas w głowie.

Bardzo dobrze rozmawiało mi się z M., gdy była moją koleżanką, oraz później, gdy została przyjaciółką. Nasze spacery nigdy nie były ciche – przeskakiwaliśmy z tematu na temat, dzieliliśmy się ze sobą swoimi zainteresowaniami, cieszyliśmy się codziennością. Wspaniale mi się z nią rozmawiało i wtedy, gdy już była moją dziewczyną. Ale jak powinno się rozmawiać ze swoją byłą dziewczyną...? Jak z dziewczyną? Koleżanką? Przyjaciółką...? Jak poprowadzić rozmowę, by nie stanowiła jedynie powrotu do przeszłości, użalania się nad teraźniejszością lub marzenia o wspólnej przyszłości? Jak rozmawiać, aby ułożyć sobie wspólne relacje i przejść do porządku dziennego nad tym, co już nie powróci?

Czasami trudno wyrazić emocje, gdy ogranicza je język. Innymi razy język je kształtuje. Nie potrafiliśmy przez pewien czas ze sobą dobrze rozmawiać. Nie potrafiłem się pogodzić z tym, że M. mnie prosi o to, bym zabił w sobie wszelkie wobec niej uczucia. Jakże tak – zabić. Zadusić. Udawać, że nie istnieją. Zdarzają się jednak te małe, codzienne cuda. Zrozumiałem – chyba razem zrozumieliśmy – że pewnych rzeczy nie można w sobie zabić, można je jedynie zmienić.

Przez ostatnie dwa miesiące staliśmy się bardzo bliskimi przyjaciółmi. Rozumiemy się jak nigdy wcześniej. Rozmawiamy ze sobą jak nigdy wcześniej. Straciłem w M. dziewczynę, straciłem w M. byłą dziewczynę – zyskałem w niej obecną, najlepszą przyjaciółkę. Dzięki temu nie zabiłem w sobie sympatii wobec niej, lecz odpowiednio ją ukierunkowałem. Kocham ją jako przyjaciółkę i jestem też pewien, że znajdę w swoim sercu odpowiednio dużo sympatii dla potencjalnej, przyszłej dziewczyny. Nie przewiduję już żadnego konfliktu. Co więcej, M. o tym wszystkim wie i mi kibicuje. Bo ze sobą rozmawiamy. I to w tym wszystkim jest najważniejsze.