Myriads Of Me: Tellur's Journal

Wanderlust%20ProjectQuantcast

Wanderlust Project to moje muzyczne alter ego – projekt, nad którym pracuję od końca 2008 roku. Zapraszam Was do przesłuchania mojej twórczości!

30.9.08

Crescendo... (Część II)

Nie mam żadnych złudzeń, że muzyka filmowa stanowi coś więcej, niż muzykę użytkową. W tym stwierdzeniu nie ma jednak nic złego. Muzyka filmowa jest dobra wtedy, gdy jest funkcjonalna; gdy jest rzemieślniczo wierna filmowi i nie żywi niepotrzebnych ambicji, by stanowić większe, odrębne dzieło. To samo założenie dotyczy również muzyki do trailerów, jednak z pewną znaczącą różnicą, która sprawia, że muzyka do trailerów wyabstrahowała się jako osobny gatunek muzyczny i rozwija się obecnie w zupełnie innym kierunku, niż muzyka filmowa.

Muzyka filmowa zawsze będzie wtórna wobec obrazu. Znam może ze dwa przypadki filmów, które były montowane pod tempo i zmiany swoich soundtracków. Oba przypadki dotyczą jednak muzyki oscarowych kompozytorów, którzy znani są ze ścisłej i przyjaznej współpracy z reżyserami. W każdym innym przypadku soundtrack filmu musi dostosować się do tego, co dzieje się na ekranie (stąd też inna nazwa soundtracka – dramatic underscore). Owszem, często dopiero muzyka ożywia film i sprawia, że dzieło jako całość zyskuje własną duszę, ale nie zmienia to faktu, że muzyka pełni drugorzędną, "służalczą" rolę wobec samego flmu.

Powyższa prawidłowość nie dotyczy jednak muzyki do trailerów. Dwuminutowy trailer nie jest bowiem w stanie stanowić spójnej, intelektualnej całości złożonej z przyczynowo-skutkowego ciągu czytelnych scen z filmu. Osnowa trailera jest emocjonalna. Krótki trailer nie jest w stanie opowiedzieć konkretnej historii, ale jest w stanie zagrać na emocjach. Przestraszyć, zachwycić, zainteresować. Ów proces najczęściej odbywa się za pośrednictwem muzyki, zaś migające szybko na ekranie sceny z filmu pełnią funkcję drugorzędną. Dzięki temu podmitowa w swojej istocie muzyka do trailera może stanowić spójną całosć i rozwijać się jako odrębny od muzyki filmowej gatunek.

Jakie są ograniczenia gatunkowe muzyki tralierowej? Przede wszystkim długość utworu. "Utwór" do trailera może rozwijać się przez co najwyżej dwie minuty. Oznacza to również, że w muzyce trailerowej nie ma miejsca na intelektualną grę i zabawę wyrafinowaną strukturą. Mając do dyspozycji dwie minuty na zainteresowanie potencjalnych widzów filmu, należy się skupić na emocjach.

John Beal, kompozytor specjaliujący się wyłącznie w muzyce do trailerów, opisuje strukturę typowego utworu do trailera w następujący sposób:

There's basically a small start – unless you want that big, explosive shock a few frames in to get people's attention in the middle of a string of trailers – and a continuous building of density and motion until you get to the point where it's like piling on in a football game, still trying to leave room for dialogue and those big picture hits they like right now, the more drums the better. Invariably, we end on a low sustained note at the end, so that the audience has time to breath a sigh of relief at what they've just been subjected to, and say, "Wow, that's a really great picture, I want to go see that." I'm sure there are other devices that composers could come up with, but at this point the marketing people haven't been able to accept much else except dead silence or a low pedal note at the end.

Wymagania dotyczące komponowania muzyki do trailerów są bardzo surowe. Można by powiedzieć, że ograniczają swobodę twórczą kompozytora, jednocześnie stawiając mu wysoką poprzeczkę do przeskoczenia. Nic więc dziwnego, że niektórzy kompozytorzy trailerowej muzyki zaczęli zastanawiać się, w jakim kierunku rozwinęłaby się muzyka trailerowa, gdyby ją uwolnić z rzemieślniczych ograniczeń i pozwolić jej zaistnieć jako sztuce. Czy brzmiałaby dokładnie tak samo, jak zwykła muzyka filmowa, czy może nabrałaby zupełnie innych cech? Przekonamy się o tym w nastepnych notkach.

28.9.08

Rejestracja...


Dzisiaj będę narzekał. Parę lat temu nie przyszłoby mi do głowy, że mógłbym narzekać na zbyt małą ilość zajęć na uczelni. Rozmarzyłbym się raczej, ile mógłbym osiągnąć, mając do dyspozycji tak dużą ilość wolnego czasu. Jednak wolne dni bardzo rozleniwiają i dopiero teraz widzę, że potrzebuję być pod odrobiną presji, żeby się rozwijać. Gdybym wiedział, że na studiach nie sposób się rozwijać, przestałbym w dzieciństwie inwestować w swój rozwój intelektualny i zacząłbym ćwiczyć bicepsy. Po tegorocznej rekrutacji pozostaje mi stwierdzić, że w tym roku na uczelni nie rozwinę się ani trochę. Więcej nauczyłem się o języku, przekładając nie tak dawno temu dwie powieści, niż przez ostatnie dwa lata na Anglistyce. W tym roku ponownie byłem wysoko na liście rekrutacyjnej i udało mi się dzięki temu ułożyć sobie taki plan, że mam zajęcia jedynie w poniedziałek i wtorek. Tak – od środy mam już bardzo długi weekend. Wprawdzie nie zarejestrowałem się jeszcze na WF ani lektorat, ale wątpię, żeby te dodatkowe zajęcia wiele zmieniły. Zapowiada się długa, monotonna nuda.

Koniec narzekania. Wszakże będę miał więcej czasu na przekładanie książek, jeżeli tylko będę regularnie otrzymywał zlecenia. Jeżeli nie, to postaram się jakoś rozwijać poza uczelnią i pracą. Napiszę swoje pierwsze opowiadanie, napiszę następny utwór, no i napewno chciałbym w tym roku częściej spotykać się ze znajomymi. Przez ostatnie lata odkryłem urok warszawskich kawiarni i wiem, że pozostaje sporo ciekawych miejsc do odnalezienia. Na uczelni udało mi się zarejestrować na ciekawe kursy. Oprócz obowiązkowych zajęć z logiki i psychologii zapisałem się na ciekawy kurs amerykański pt. American Gothic: Origins & Development. Ponieważ muszę wyrobić nieco punktów z zakresu językoznawstwa, zapisałem się również na kurs translatorski o nazwie Contemporary Apporaches To Translation. Jestem ciekaw, na ile powyższy kurs na prawdę mi pomoże w tłumaczeniu. Wydaje mi się, że rzemiosła należy uczyć się w praktyce, ale może się mylę i odrobina akademickich ćwiczeń pomoże mi również w pracy. Oprócz kursu translatorskiego mam również obowiązkowe, standardowe zajęcia translatorskie Translation 1 oraz kolejną odsłonę zupełnie niepotrzebnego przedmiotu Academic Writing 5. Na studiach również sprawdza się filmowa zasada, że każdy sequel jest gorszy od swego poprzednika.

W tym roku akademickim pozostaje mi liczyć na wiele rozwijających zleceń oraz wiele przemiłych spotkań ze znajomymi. Z założenia nie wspominam często o uczelni na blogu, gdyż najczęściej nie ma zresztą o czym pisać, ale będę czasami zdawał raport z moich postępów na Anglistyce. W zeszym roku nie miałem pod koniec w indeksie sznureczka samych piątek, a mimo to udało mi się zdobyć dosyć wysokie miejsce na liście. Podejrzewam, że im więcej oglądam głupich seriali i im więcej gram w gry komputerowe, tym lepiej radzę sobie na uczelni. Ponieważ powyższa zasada nie zawiodła mnie w przeszłości, zamierzam ją również stosować w tym roku. Nie wiem, na ile gra w Mario przekłada się na dobre oceny, ale może się w tym roku przekonam.

26.9.08

Crescendo... (Część I)

Jestem pewnie jedną z nielicznych osób, które w kinie bardziej wyczekują trailerów, niż samego filmu. Uważam bowiem, że trailer przestał być jedynie użytkową zapowiedzią filmu, lecz wyabstrahował się ze swojego kontekstu i stał się zupełnie osobnym dziełem sztuki, które rządzi się własnymi prawami i realizuje własne cele. Trailer z założenia powinien jedynie zachęcić do obejrzenia filmu. W rzeczywistości jednak nie tylko zachęca do obejrzenia pewnej większej całości, lecz stanowi jej istotę; kondensuje epicki wymiar danej historii do dwóch minut muzycznego, filmowego fajerwerku.

Trailer filmowy niemal momentalnie kojarzy się z dwoma rzeczami – wyjątkową muzyką oraz Donem LaFontaine. W następnej notce skupie się na muzyce, w obecnej – na człowieku-legendzie, którego głos na zawsze zdefiniował istotę trailera. Zmarły w zeszłym miesiącu Don LaFontaine zaczął użyczać swojego specyficznego, głębokiego głosu do trailerów w 1964 roku i od tamtej pory aż do swojej przedwczesnej śmierci nagrał ponad pięć tysięcy zapowiedzi przeróżnych filmów. Określił ramy gatunkowe trailera nie tylko ilościowo, lecz również jakościowo. Jego słynna fraza: In a world, where... stała się stałym elementem trailerowego krajobrazu.

Dziś zapraszam Was do obejrzenia krótkiego filmu o Donie LaFontaine, a w następnych kilku notkach skupię się na trailerowej muzyce, która od kilku lat zaczyna żyć własnym życiem i ewoluować w nieprzewidzianych kierunkach... Jestem pewien, że głos Dona poznacie po pierwszych kilku słowach. Zapraszam.




Ciąg dalszy nastąpi...

24.9.08

Festiwal Nauki 2008...


Od dobrych kilku lat w ramach Warszawskiego Festiwalu Nauki obok typowych prelekcji z zakresu tradycyjnych dziedzin nauki odbywają się również rozmaite spotkania dotyczące szeroko pojętej fantastyki. Tak się również składa, że od samego początku prowadzi je znany mi osobiście pisarz, Andrzej Zimniak, który usiłuje aktywizować środowiska akademickie i twórcze do dyskusji na przeróżne tematy związane z fantastyką, książkami i sztuką. W tym roku również dostałem od niego e-maila o ciekawym spotkaniu, na które wybrałem się bez chwili wahania:

XII Festiwal Nauki w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich

Książka w nowym tysiącleciu – to temat dyskusji, w której udział wezmą zaproszeni paneliści: Maciej Parowski, Jerzy Szeja, Rafał Kosik i Jacek Komuda, spotkanie poprowadzi Andrzej Zimniak. Jesteśmy w przededniu zmiany nośnika z papierowego na elektroniczny, ale prawdziwa rewolucja książki jest dopiero przed nami. Czy w miarę doskonalenia technik audiowizualnych słowo ustąpi pola obrazowi i dźwiękowi? Czy interaktywność przekazu i dzieło jednego autora to wewnętrzna sprzeczność? Jak może wyglądać książka przyszłości? Zapraszamy na spotkanie, które odbędzie się 23 września 2008 r. o godz. 18:00 w Domu Literatury przy ul. Krakowskie Przedmieście 87/89 w Warszawie.

Gdy Andrzej przedstawił zaproszonych panelistów i zagaił rozmowę, dyskusja podzieliła się na trzy zasadniczo odrębne zagadnienia: przyszłość książki jako nośnika, przyszłość książki jako formy kształtującej treść literatury oraz przyszłość pisarza na dynamicznie zmieniającym się rynku w obliczu nowego podejścia do własności i uczestnicwa czytelników w procesie twórczym.

Maciek Parowski swoim stałym zwyczajem usiłował rehabilitować fantastykę jako pierwotny język literatury i Borgesowski labirynt kulturowych odniesień. Poruszył również temat przyszłości komiksu oraz filmu jako mediów znacząco odrębnych od literatury.

Andrzej zastanawiał się nad możliwością powstania nowego, pośredniego medium pomiędzy książką a grą komputerową, lecz Jerzy Szeja, zajmujący się na co dzień rynkiem gier wszelkiej postaci, wykluczył taką możliwość.

Zarówno Rafał Kosik, jak i Jacek Komuda wyrazili zaniepokojenie obecnością książek w Internecie. Obaj dostrzegli zagrożenia wynikające z braku respektowania prawa własności pisarza w Sieci.

Ja natomiast zwróciłem uwagę na to, że podobny model dystrybucji sieciowej istnieje już w Stanach Zjednoczonych. Młoda pisarka Kelly Link, której nowa książka została ostatnio wprowadzona na polski rynek przez Konrada Walewskiego, zamieściła swój zbiór opowiadań w Sieci do darmowego, legalnego pobrania – i czerpie z tego procederu same korzyści, ponieważ wiele osób decyduje się na zakup jej książki w formie drukowanej. Poczytny pisarz amerykański nowej fali, Cory Doctorow, wszystkie swoje książki umieszcza za darmo w Internecie i zarabia na ich sprzedaży w formie drukowanej przez własny sklep internetowy oraz z pisania felietonów w czasopismach. Swoje książki oferuje również za darmo pisarz Charles Stross. Warto również wspomnieć o wydawnictwie TOR, które cotygodniowo oferuje swoim czytelnikom darmową powieść z przed kilku lat w postaci pliku PDF.

Warto zastanowić się, czy taki model dystrybucji przyjmie się na stałe, czy pozostanie na obrzeżach amerykańskiej fantastyki, która od dłuższego czasu flirtuje z nowymi sposobami zarabiania na własnej twórczości. Jeden z moich kolegów na sali wspomniał o tzw. systemie mikropłatności. Polski pisarz jest w stanie sprzedać może cztery tysiące egzemplarzy swojej powieści, za każdy zaś jego wydawnictwo otrzymuje trzydzieści złotych. Dystrybucja internetowa umożliwia całkowite pominięcie wydawcy w procesie zarabiania na własnej twórczości. Warto zaoferować swoją powieść w Sieci za niecałe dwa dolary – detalicznie to bardzo mało, ale im więcej osób skusi się na książkę po takiej cenie, tym więcej zarobi się na niej sumarycznie.

Dyskusja nie została zakończona żadnym konstruktywnym wnioskiem, jak często bywa, niemniej rozbudziła ochotę na więcej i spotkanie jak zwykle zakończyło się nieformalnym poczęstunkiem, podczas którego miałem okazję zamienić parę zdań z pisarzem Rafałem Kosikiem oraz pozostałymi panelistami. Poznałem miłych redaktorów i recenzentów z serwisu Esensja, Andrzej zaś zaprosił mnie na kolejne spotkanie w budynku Stowarzyszenia Literatów Polskich, które odbędzie się 21 października i dotyczyć będzie ustanowionej przez Andrzeja Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego. Jeżeli ktoś z Was chciałby wybrać się na ogłoszenie wyników tej nagrody i posłuchać trochę o osobach piszących polską fantastykę, a także poznać osobiście wydawców, pisarzy i tłumaczy z warszawskiego środowiska fantastyki, to dajcie mi znać w komentarzach.

22.9.08

Posthumus...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

Prowadzenie bloga to bardzo przyjemne zajęcie – obserwuje się bowiem życie pod kątem tego, czym można podzielić się z czytelnikami, werbalizuje się własne przemyślenia i opinie, ostatecznie – dorabia się sobie specyficzną narrację, która jakoś układa i porządkuje nieokreśloną stochastykę codzienności. Jednak po pewnym czasie następuje zmęczenie materiału i prowadzenie bloga ogranicza się do samego meritum – samej obserwacji rzeczywistości i jej opisywania w mentalnych notkach – i nie ma się już siły do przelewania tych mentalnych zdań i akapitów na papier.

Nie jest do końca tak, że przez ostatnie miesiące nie pisałem żadnych notek. "Napisałem" ich bodaj z trzydzieści, wszystkie ciekawe i przemyślane, ale co z tego, skoro pozostały jedynie w mojej głowie i nigdy nie ujrzały światła dziennego w postaci słów opublikowanych na blogu. Kiedyś może do nich wrócę i gdy tylko znajdę trochę czasu, postaram się uzupełnić puste miesiące o ich właściwe, brakujące przemyślenia. Wiem, o czym chciałem napisać każdego minionego miesiąca; doskwierało mi jedynie stukanie w klawisze klawiatury.

Tymczasem zamierzam wziąć się w garść i zacząć w miarę normalnie prowadzić bloga począwszy od października, czyli samego początku roku akademickiego. Wbrew pozorom im więcej mam na głowie obowiązków i zajęć, tym większą mam ochotę na zapisywanie tego, co mi w życiu sprawia przyjemność. Przez ostatnie miesiące w moim życiu wydarzyło się sporo ciekawych rzeczy. Bardzo miło spędziłem wakacje w gronie znajomych, na których zawszę mogę liczyć. Odnowiłem swoje kontakty w warszawskim fandomie i zacząłem ponownie pojawiać się na konwentach i spotkaniach autorskich. Zacząłem również przekładać literaturę, na razie przez małe "l", ale wiem, że nie zostanę wspaniałym tłumaczem z dnia na dzień – nie mam takich złudzeń ani aspiracji. Powoli oswajam się też z myślą, że już za niespełna dwa tygodnie zaczyna się rok akademicki.

Mój blog umierał już nie raz, ale nie raz też podnosił się z popiołów. Mam nadzieję, że tym razem będzie nie inaczej i już niebawem zasypię Was przeróżnymi przemyśleniami. Czasami banalnymi, czasami ciekawymi, jak samo życie. Proszę Was jedynie o to, abyście dawali mi czasami znać, że śledzicie moje kolejne notki. Nie każde słowa potrzebują czytelnika i czasami liczy się sam fakt ich napisania, niemniej świadomość czytelników motywuje. Przekonamy się wspólnie, czy tym razem wystartuję na dobre i zaproponuję Wam jakąś nową jakość. Zobaczymy.