Myriads Of Me: Tellur's Journal

Wanderlust%20ProjectQuantcast

Wanderlust Project to moje muzyczne alter ego – projekt, nad którym pracuję od końca 2008 roku. Zapraszam Was do przesłuchania mojej twórczości!

28.10.08

Głębia... (Część II)

Serial "Surface" opowiada o oceanicznych potworach – dotychczas nieznanym nauce gatunku drapieżników, które nagle wychodzą na ląd i zaczynają zagrażać naszej cywilizacji. Mimo to byłoby znacznie lepiej, gdyby serial nie nazywał się "Na powierzchni" lecz "Głębia", jednak owa nazwa została już zajęta przez całkiem podobny w swoim założeniu film SF. Przez większość serialu głębinowe potwory nie wychodzą bowiem na powierzchnię, lecz zagrażają ludzkości pośrednio – destabilizując oceaniczny ekosystem i mnożąc się jak szalone.

SurfaceZarówno "Głębia", jak i "Surface" wychodzą z założenia, że jeżeli dojdzie kiedyś do kontaktu ludzkości z Obcym, to ów Obcy wyłoni się z dna oceanu. Szacuje się bowiem, że naukowcy skatalogowali dotychczas jedynie 10% gatunków oceanicznych. Ponieważ pozostałe 90% nadal stanowi zagadkę, pozostawia to pole do spekulacji oraz zaangażowania wyobraźni. Głębia oceanu stanowi doskonałą pożywkę dla serialu SF i "Surface" poradził sobie z owym tematem znakomicie. Nie ukazuje zagrożenia wprost, lecz pośrednio. Pewnego dnia morze wyrzuca na plażę setki kałamarnic. Ich ogromna liczba świadczy o tym, że coś się stało z najbardziej im zagrażającym drapieżnikiem – orkami. Ponieważ orki znajdowały się dotychczas na samej górze łańcucha pokarmowego, okazuje się, że coś musiało je wytępić...

Pierwszy odcinek "Surface" wprowadza trzy niezależne postaci, jednak dwie z nich już niebawem zaczyna łączyć wspólny cel. Oceanograf Laura Daughtery zostaje niesłusznie posądzona o plagiat w swojej pracy doktorskiej i jej ostatnią szansą na zreahabilitowanie się w naukowym świecie jest udowodnienie istnienia nowego gatunku oceanicznego. Brat Richarda Connelly'ego ginie w oceanicznych głębinach podczas nurkowania. Richard Connelly jest przekonany, że jego brat nadal żyje i usiłuje się z nim porozumieć. Razem Laura i Richard postanawiają przekonać się, jaką tajemnicę kryje głębia oceanu. Tymczasem Miles Barnett, młody i nieodpowiedzialny nastolatek, znajduje na plaży dosyć dziwne jajo, z którego niebawem wykluwa się dosyć osobliwe zwierzę...

"Surface" rozpoczął się wyjątkowo nieśpiesznie. Pierwsze odcinki usiłowały przestraszyć widza narastającym napięciem, lecz osiągnęły jedynie to, że przez pierwszych kilka godzin serialu powiało mocno nudą. Serialowi udało się jednak postawić kilka ważnych pytań i widzowie z ciekawością śledzili kolejne odcinki, by dowiedzieć się, co właściwie zagraża ludzkości i skąd owo zagrożenie wzięło się na dnie oceanicznym. "Surface" został przedwcześnie skasowany, lecz jego pierwszy sezon stanowi mniej lub bardziej zamkniętą całość, którą warto zobaczyć mimo braku nadziei na kontynuację. Warto uzbroić się w cierpliwość i przecierpieć pierwszych kilka odcinków, ale gwarantuję, że serial rozwija się w połowie i zaczyna coraz to bardziej przyciągać przed ekran.

26.10.08

Głębia... (Część I)

Lata 2005-2006 nie obeszły się dobrze z serialami science fiction. Rozpoczęty w 2005 roku serial "Threshold" ze stacji CBS, o którym pisałem już wcześniej, został anulowany po ledwie 13 odcinkach. "Surface" z NBC przetrwał trochę dłużej – 15 odcinków. Najlepiej poradził sobie serial "Invasion" ze stacji ABC – szczęśliwie dotarł do końca pierwszego, 22-odcinkowego sezonu. Celowo wspomniałem o stacjach telewizyjnych, które anulowały swoją ramówkę science fiction. Każdy ze skasowanych seriali znajdował się bowiem na innej stacji, co sugeruje, że problem nie dotyczy jednej, uprzedzonej wobec SF stacji, lecz całego środowiska. Kilka lat wcześniej jedynie telewizja FOX z uporem maniaka anulowała swoją ramówkę SF w połowie każdego sezonu, lecz rok 2005 rozszerzył ów trend na wszystkie pozostałe stacje. Z ówczesnej hekatomby ostał się jedynie serial "Battlestar Galactica", chociaż mało brakowało, żeby również "Galactica" podzieliła los pozostałych seriali.

Wbrew pozorom to nie niechęć sieci telewizyjnych wobec seriali science fiction sprawiła, że seriale z przed kilku lat zeszły z ramówki, choć ta niechęć jest oczywista. Duże sieci telewizyjne nie rozumieją science fiction i robią wszystko, by do żadego serialu nie przyczepił się stygmat SF. Większość seriali została natomiast anulowana z powodu sytstemu monitorowania oglądalności Nielsena, który wykazał, że z roku na rok oglądalność seriali SF jest coraz to mniejsza. Co nie jest ocyzwiście prawdą. Oglądalność seriali nie spada, lecz spada ich premierowa oglądalność telewizyjna. Fani seriali SF są chyba grupą najbardziej obeznaną z najnowszą technologią i często oglądają swoje ulubione seriale za pośrednictwem nagrywarki TIVO, sklepu iTunes oraz serwisów typu Joost oraz Hulu. Statystyka Nielsena nie bierze tych nowatorskich nawyków pod uwagę, co sprawia, że zawiedzeni oglądalnością reklamodawcy wycofują się ze wspierania seriali, które w konsekwencji zostają anulowane. System monitorowania oglądalności nie dogonił jeszcze rzeczywistości, która wszak nie zamierza podporządkować się dosyć archaicznym wytycznym Nielsena.

Z trzech anulowanych seriali największym potencjałem był moim zdaniem obdarzony serial "Threshold". Ironia losu sprawiła, że został zdjęty z ramówki najszybciej. Najdłużej ostał się bodaj najmniej interesujący serial "Invasion", którego fabuła dłużyła się niemiłosiernie i nie przyciągała widzów przed telewizory. Jako jedyny został moim zdaniem słusznie skasowany. Serial "Surface" znalazł się gdzieś pomiędzy. Początkowo dłużył się równie niemiłosiernie, ale po kilku mało dynamicznych odcinkach zaczął się szybko rozwijać i tuż przed zdjęciem z ramówki ukazał pełnię swojego potencjału. O "Surface" dowiecie się więcej z następnej notki.

24.10.08

Statuetki... (Część III)


Na sam koniec relacji zarezerwowałem zdjęcia z tego etapu każdej imprezy, który fani fantastyki lubią najbardziej – spotkań i dyskusji kuluarowych :-). Przez grzeczność nie napiszę, o czym konkretnie rozmawialiśmy, ale warto wspomnieć, że nieformalne spotkania tego typu stanowią dobrą połowę każdej imprezy i to właśnie na nich dochodzi najczęściej do najciekawszych wymian zdań, które owocują czasami realnymi projektami, felietonami, lub nawet książkami i opowiadaniami. Zapraszam Was wszystkich na kolejne spotkania o polskiej fantastyce. Warto.


NagrodaNagroda

23.10.08

Statuetki... (Część II)


Ogłoszenie wyników nagrody przebiegało w ten sposób, że najpierw pani Krystyna Czubówna czytała charakterystyczny (pod względem języka, nie treści) fragment danego dzieła, następnie zaś dla formalności ogłaszano imię i nazwisko pisarza oraz tytuł jego dzieła. Pani Czubówna zinterpretowała fragmenty nagrodzonych powieści w tak mistrzowski sposób, że uwypukliła charakterystyczne smaczki językowe każdego tekstu. Fragment powieści Dukaja był rozpoznawalny z powodu charakterystycznej barokowości opisu i skomplikowanej składni, Orbitowski tworzył niepowtarzalny nastrój codziennego, polskiego bagna, zaś Twardoch nad wyraz zręcznie kontrastował sacrum z profanum.

Antoni SmuszkiewiczO każdym z laureatów wypowiedział się jeden z członków jury. Pan prof. Antoni Smuszkiewicz przedstawił sylwetkę Dukaja oraz jego twórczość. Cóż jeszcze mogę dodać na temat Dukaja...? Osobiście uważam "Lód" nie tylko za najważniejszą tegoroczną powieść dla polskiej fantastyki, lecz również za najważniejszą powieść dla polskiej literatury w ogóle. Podobnie sądzę o samym Dukaju, którego uważam za pisarza kalibru Gombrowicza, Prusa czy Lema. Dukaj nie tylko jest ważnym pisarzem, ale również coraz to ważniejszym krytykiem literackim, który usiłuje przewidywać trendy i tworzyć syntezy na najwyższym szczeblu. Jego pasje jednak niepokojąco się zazębiają, co nie wszystkim przypadnie do gustu. Pisarz – krytykiem? Krytyk – pisarzem? Dukaj, podobnie jak ongiś Lem, patrzy na swoje środowisko z góry, co może czasami denerwować, ale czyż nie zasłużył sobie na taką pozycję...? O samej twórczości Jacka mógłbym wyrażać się w samych superlatywach, ale nie chciałbym rozpłynąć się w pochwałach. Czytajcie Dukaja, poznawajcie powoli, acz systematycznie jego twórczość i wyczekujcie kolejnej książki.

Maciek ParowskiO twórczości Łukasza Orbitowskiego opowiedział Maciek Parowski, u którego wprawdzie Łukasz nie debiutował, ale Maciek zamieścił w "Nowej Fantastyce" wiele jego kolejnych opowiadań. Ja zaś o twórczości Łukasza napiszę coś nad wyraz osobliwego. Lektura każdego z jego dotychczasowych opowiadań sprawiła, że miałem później ogromną depresję – ale to wbrew pozorom komplement! Łukasz jest mistrzem w tworzeniu klimatu, w końcu bywa przyrównywany do Stephena Kinga. Pisze jednak o naszym polskim podwórku i naszych narodowych diabłach. Jego pierwsze opowiadania poruszały temat marginesu społecznego, lecz kolejne splatały w sobie margines i metafizykę. Zadziwiające jest to, że zarówno Łukasz, jak i Szczepan potrafią snuć opowieści na granicy sacrum i profanum, nie uciekając się jednak do prostych dychotomii i dwubiegunowej dynamiki.

Jerzy SzejaO twórczości Szczepana Twardocha opowiedział dr Jerzy Szeja. Trudno sprowadzić kolejne opowiadania i powieści Szczepana do wspólnego mianownika. Ów były MISH-owiec, konserwatysta i rojalista pisał o rewolucji, ancien regime, Śląsku, SB-kach i Szatanie grającym w gry komputerowe. O jego powieści "Epifania wikarego Trzaski", która zdobyła drugie wyróżnienie, pisałem już wcześniej, zatem tym razem ograniczę się do krótkiego: gratuluję!

Kolejni laureaci Nagrody im. Jerzego Żuławskiego świadczą o tym, że polska fantastyka może być zarówno poczytna, jak i może poruszać poważne zagadnienia związane z historią, przyszłością oraz współczesnością. Z powodzeniem wplata w narrację zagadnienia ontologiczne, epistemologiczne oraz eschatologiczne i nie ogranicza się wyłącznie do produkowania kolejnych "hitów", co może wynikać z innych nagród środowiskowych. Na koniec chciałbym podziękować Andrzejowi Zimniakowi za pomysł oraz powołanie do życia Nagrody im. Jerzego Żuławskiego. Gratuluję udanej, pierwszej edycji, oby tak dalej!

Ciąg dalszy nastąpi...

22.10.08

Statuetki... (Część I)


Wczoraj odbyło się zapowiedziane przeze mnie ogłoszenie wyników Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego. Wraz z kolegą dotarliśmy do Domu Literatury na Krakowskim Przedmieściu na dwadzieścia minut przed czasem, jednak nawet na pięć minut przed rozpoczęciem części oficjalnej na sali było pusto. Opiekun nagrody, Andrzej Zimniak, zaglądał co pewien czas na salę z niedowierzaniem. Jednak już dziesięć minut po osiemnastej zaczęli gromadzić się stali bywalce imprez branżowych oraz prasa. Spotkanie zostało widocznie zaplanowane na dosyć niefortunną godzinę i nikt nie wziął pod uwagę tego, że po pracy trudno jest dojechać na Krakowskie Przedmieście, znaleźć miejsce parkingowe i kawałek jeszcze przejść do Domu Literatury. Po kilku minutach opóźnienia sala wypełniła się na szczęście gośćmi i można było rozpocząć spotkanie.

Andrzej Zimniak rozpoczął imprezę i przedstawił skład jury oraz gościa honorowego, wnuczkę patrona Jerzego Żuławskiego, panią Ewę Żuławską-Bogacką. Nie wszyscy członkowie jury pojawili się na ogłoszeniu wyników. Swoją obecnością zaszczycili nas prof. dr hab. Antoni Smuszkiewicz, kierownik Zakładu Dydaktyki Literatury i Języka Polskiego na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, dr Jerzy Szeja, nauczyciel akademicki i znawca gier fabularnych, oraz Maciek Parowski, wieloletni redaktor naczelny "Nowej Fantastyki", a obecnie "Czasu Fantastyki". Fragmenty nagrodzonych tekstów czytała pani Krystyna Czubówna. Warto było pojawić się na ogłoszeniu wyników choćby dlatego, by usłyszeć jej wzorową interpretację nagrodzonych dzieł.

Przypominam, że Nagroda Literacka im. Jerzego Żuławskiego to nagroda przyznawana nie w wyniku plebiscytu, jak np. Nagroda im. Janusza A. Zajdla, lecz nagroda profesjonalistów. Można było zatem domniemywać, że jej wyniki nie będą odzwierciedlać jedynie popularności pewnych pisarzy, jak czasami bywa z innymi nagrodami, lecz jury weźmie pod uwagę merytoryczną i literacką wartość ocenianych dzieł. Na szczęście nie zawiodłem się pod tym względem.

Nagroda
Pierwsze miejsce zajął oczywiście Jacek Dukaj swoim opus magnumLód. Taki wynik nie był dla nikogo zaskoczeniem, bowiem utarło się już, że co parę lat Dukaj każdą swoją nową powieścią zgarnia wszystkie środowiskowe nagrody, a również porywa się na niektóre nagrody głównego nurtu. Wprawdzie Dukaj nie zgarnął jeszcze Nike (i nie zgarnie – jury nie tej opcji politycznej i nie tego kalibru intelektualnego...), ale zdobył w tym roku prestiżową Nagrodę Kościelickich.

Pierwsze miejsce nie było zaskoczeniem, ale kolejne wyróżnienia – owszem – i to bardzo pozytywnym. Jury nie wyróżniło bowiem pisarzy popularnych w środowisku, czy też najbardziej poczytnych, lecz takich, którzy moim zdaniem najbardziej zasługują na uznanie – młodych, zdolnych, nad wyraz inteligentnych, których twórczość stanowi wynik indywidualnych przemyśleń i ciekawego, literackiego charakteru. Drugie miejsce zajął młody pisarz Łukasz Orbitowski swoją powieścią Tracę ciepło, zaś trzecie – bodaj jeszcze młodszy Szczepan Twardoch powieścią Epifania wikarego Trzaski. Oba wyróżnienia bardzo mnie ucieszyły. Dukaj to Dukaj – bez wątpienia zasłużył na nagrodę – ale w pewnym sensie miejsce drugie i trzecie więcej mówi o środowisku polskiej fantastyki, niż apoteoza Dukaja, z którego my wszyscy, jak ongiś z Lema. Miałem ogromną przyjemność śledzić karierę Łukasza i Szczepana od ich debiutów, chociaż prawdopodobnie nie udało mi się przeczytać każdego ich opowiadania, a w przypadku Łukasza przyznaję, że nie czytałem też jeszcze "Tracę ciepło". Mimo to mogłem obserwować, jak obaj rozwijają się z opowiadania na opowadanie, a w końcu – z powieści na powieść. Gratuluję, panowie!

Ciąg dalszy nastąpi...

20.10.08

Eureka...

O serialu "Eureka" zrobiło się głośno pod koniec 2006 roku, gdy jego pierwsze odcinki zgromadziły przed telewizorami ponad cztery miliony widzów. "Eureka" jako pierwsza na amerykańskim rynku zaoferowała mądre science fiction z przymrużeniem oka, w którym dotychczas specjalizowali się Brytyjczycy z takimi serialami, jak "Doctor Who", "Red Dwarf" oraz "Hyperspace". Mariaż science fiction i inteligentnego poczucia humoru w amerykańskich realiach zaowocował dosyć ciekawą mieszanką, która doczekała się już obecnego, trzeciego sezonu.

Eureka"Eureka" opowiada o miasteczku gdzieś na rubieżach Stanów Zjednoczonych, w którym mieszczą się naukowe centra badawcze zrzeszające geniuszy wszystkich możliwych profesji. W tytułowej Eurece mieszkają nieco roztrzepani, zamyśleni einsteinowie, którzy niemal codziennie przekraczają granice nauki i równie często doprowadzają do śmiesznych i ciekawych katastrof. Aby ogarnąć cały ten bajzel, mieskańcy Eureki na stanowisko miejskiego szeryfa zatrudniają szeryfa federalnego Jacka Cartera, jedną z nielicznych osób w serialu o IQ na normalnym poziomie. Widzowie obserwują codzienne zmagania Jacka Cartera z osobliwościami zamieszkanego przez dziwaków miasteczka. Nie dość, że Carter musi sobie radzić ze zmorami współczesnej nauki, to jeszcze usiłuje wychować swoją dorastającą, buntowniczą córkę Zoe.

Moim zdaniem "Eureka" to całkiem urokliwy serial, który jednak gdzieś po drodze zaprzepaścił swój potencjał. Jego początkowa, wysoka oglądalność wyniknęła nie tyle z oszałamiającej jakości serialu, ile z jego miejsca w ramówce – nowe odcinki "Eureki" były bowiem puszczane pomiędzy premierowymi odcinkami "Stargate Atlantis" oraz "Battlestar Galactica" i "Eureka"zyskała widzów, którzy z rozpędu oglądali wszystkie trzy seriale. Moje słowa mogły zabrzmieć nieco cynicznie, ale uważam, że "Eureką" mimo wszystko warto się zainteresować, a szczególnie jej drugiem sezonem, gdy za muzykę zabrał się mój ulubiony, serialowy kompozytor, Bear McCreary, którego utwory można również usłyszeć w "Battlestar Galactica" oraz "The Sarah Connor Chronicles". Jakość "Eureki" waha się z odcinku na odcinek, ale warto przeczekać te nieco gorsze, by dotrwać do momentu, gdy wątki poboczne serialu splatają się w całość, a fabuła rozwija się na dobre. Innymi słowy – polecam, choć jednocześnie zalecam nieco cierpliwości do początkowych odcinków.

18.10.08

Sanktuarium...

O serialu "Sanctuary" pisałem już wcześniej, lecz wtedy ów serial stanowił dystrybuowaną wyłącznie za pośrednictwem Internetu serię krótkich, dwudziestominutowych webisodów. Po ośmiu webisodach składających się na dwie, niezależne opowieści, sieciowy serial zakończył swój żywot i wydawało się, że ów ambitny projekt spełznie na niczym. Przedsięwzięcie ożyło dopiero w zeszłym miesiącu w postaci tradycyjnego serialu telewizyjnego.

Wydawałoby się, że przejście z wyłącznej dystrybucji internetowej na dystrybucję telewizyjną stanowi nie lada krok na przód. Nic bardziej mylnego. Założeniem "Sanctuary" było bowiem ominięcie sieci producentów i dystrybutorów i dotarcie z serialem bezpośrednio do potencjalnych widzów. Niezależność, jaką oferował Internet miała pozwolić na niczym nieskrępowane opowiadanie ciekawych historii. Wprawdzie "Sanctuary" nie było wizualnym fajerwerkiem i nie oferowało również przewspaniałej gry aktorskiej, ale stanowiło wspólny wysiłek autorów i fanów, by pokazać producentom telewizyjnym ogromny środkowy palec. "Sanctuary" miało udowodnić, że serialom i ich fanom nie potrzebna jest telewizja ani marudzący producent.

SanctuaryOkazało się jednak, że "Sanctuary" nie jest w stanie odnaleźć się w Sieci i po kilku miesiącach serial powrócił do telewizji. Pierwszy sezon zaplanowany jest na trzynaście normalnych, 45-minutowych odcinków. Producent serialu, amerykański kanał Sci-Fi, wykupił serial w jego sieciowej postaci i narzucił zmiany, które jego zdaniem powinny przyczynić się do jego większej popularności.

"Sanctuary" będzie przede wszystkim mniej mroczne. Oznacza to zapewne, że będzie również mniej głębokie pod względem poruszanej tematyki. Na razie widziałem dwa pierwsze odcinki, które powstały na podstawie wcześniejszych, sieciowych historii. Dopiero w przyszłym tygodniu obejrzę trzeci odcinek z pierwszą oryginalną historią telewizyjną.

Powrót do telewizji oznacza również ustalenie stałej ilości odcinków na sezon. Internetowe odcinki posiadały od 12 do 20 minut w zależności od potrzeb konkretnej historii. Odcinki telewizyjne trwają równo 45 minut – wystarczająco długo, by opowiedzieć bardzo tradycyjną fabułę, ale jest to zbyt konkretna długość, by móc na prawdę eksperymentować.

Nawet dobrze, że pierwszy sezon posiada 13 odcinków. Dzięki temu "Sanctuary" uniknie niepotrzebnych odcinków pobocznych, które stały się plagą wielu seriali. Serial o krótszych sezonach ma również większą szansę na przetrwanie, nie koliduje bowiem z sezonem amerykańskiego futbolu, podczas którego drastycznie spada oglądalność wszystkich pozostałych programów.

Trudno mi powiedzieć, czy powrót do telewizji pozwoli "Sanctuary" rozwinąć skrzydła, czy serial zostanie skasowany po pierwszym sezonie. Zwolennicy nowatorskiego modelu dystrybucji internetowej zgrzytają zębami na myśl o kapitulacji "Sanctuary" i wycofania się z Sieci, ale fakt faktem, sieciowe "Sanctuary" było co najwyżej warsztatowo poprawnym przedsięwzięciem i poza modelem dystrybucji nie oferowało niczego naprawdę oryginalnego. Zamierzam śledzić "Sanctuary" w jego telewizyjnej postaci i przekonać się, czy model telewizyjny ma jeszcze jakikolwiek sens. Chwilowo uważam telewizyjne "Sanctuary" za nagrodę pocieszenia, ale może okazać się, że się mylę.

17.10.08

Nagroda...


Polska literatura fantastyczna posiada kilka własnych, środowiskowych nagród. Najbardziej prestiżowa i rozpoznawana poza środowiskiem jest nagroda im. Janusza A. Zajdla, która jest corocznie przyznawana na największym polskim konwencie, czyli zazwyczaj na kolejnym Polconie. Istnieje również kilka mniej rozpoznawanych nagród pokroju Śląkfy, Sfinksa i Nautiliusa, chociaż ta ostatnia skompromitowała się łatwym do nadużycia systemem głosowania. Powołana do życia przez Andrzeja Zimniaka nagroda im. Jerzego Żuławskiego ma więc szansę stać się drugą najważniejszą nagrodą fantastyczną w Polsce. Powieści fantastyczne są nominowane do nagrody przez grupę kilkudziesięciu elektorów, a następnie jury złożone z profesjonalistów wybiera tą, która zasługuje na wyróżnienie. Gdy rozmawia się z Andrzejem o nagrodzie im. Żuławskiego, widać wyraźnie, że jest pełen pasji i wierzy w sukces swojego przedsięwzięcia. Można się o tym przekonać osobiście na ogłoszeniu wyników nagrody. Oto treść zaproszenia, które dostałem od Andrzeja:

Ogłoszenie werdyktu Jury Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego

Zapraszamy do Domu Literatury w Warszawie, gdzie odbędzie się uroczyste ogłoszenie laureatów 1. edycji Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego, przyznanej za dzieła utrzymane w konwencji fantastyki i opublikowane w 2007 roku. Utwory, które wskaże Jury złożone z literaturoznawców i krytyków literackich obradujące pod przewodnictwem prof. Antoniego Smuszkiewicza, zostaną uhonorowane główną Nagrodą oraz Złotym i Srebrnym Wyróżnieniem. Nagroda objęta jest patronatem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i Fundacji Kultury.

Po ogłoszeniu werdyktu odbędzie się sesja literacka, podczas której prof. Antoni Smuszkiewicz, dr Jerzy Szeja i red. Maciej Parowski przedstawią nagrodzone utwory oraz ich twórców. Spotkanie zakończy konferencja prasowa i lampka wina.

Spotkanie odbędzie się w siedzibie Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, w Domu Literatury przy ul. Krakowskie Przedmieście 87/89 w Warszawie, dnia 21 października 2008 roku o godz. 18. Impreza jest otwarta, serdecznie zapraszamy!

Więcej informacji o Nagrodzie pod adresem: http://zimniak.art.pl/n/.

Andrzej Zimniak

Osoby zainteresowane polską fantastyką zapraszam na powyższe spotkanie. Ja na pewno się na nim pojawię.

16.10.08

Jericho...

Alfred Hitchcock lubił powtarzać, że:

Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć.

Pierwszy odcinek serialu "Jericho" nie zaczyna się wprawdzie od trzęsienia ziemi, ale grzyb atomowy po wybuchu bomby wodorowej na horyzoncie skutecznie je zastępuje i wprowadza coraz to bardziej narastające napięcie.

JerichoNie należy jednak mylić "Jericho" z serialem katastroficznym. Nie uświadczymy w nim bowiem spektakularnych wybuchów, totalnej wojny ani zniszczonych metropolii. "Jericho" to kameralny serial postapokaliptyczny, w którym katastrofa wydarzyła się na horyzoncie. Atak na Stany Zjednoczone i ich powolne pogrążanie się w stagnacji widziane jest oczyma małego miasteczka na amerykańskiej prowincji. Kansas. Cisza i spokój. Nagle w oddali pojawia się grzyb atomowy. Siedemnaście godzin później sześciotysięczna ludność miasteczka musi schronić się przed burzą radioaktywnego deszczu. Następnego dnia wysiada prąd. Kolejnego – impuls elektromagnetyczny niszczy większość elektroniki w mieście. Stany Zjednoczone toczą wojnę z nieznanym przeciwnikiem, świat znajduje się na krawędzi zniszczenia, ale małe miasteczko Jericho musi przede wszystkim poradzić sobie z chorobami, paniką oraz brakiem plonów.

Wystarczy wspomnieć "Mad Maxa" oraz "Fallout" by zauważyć, że większość twórczości postapokaliptycznej opowiada historię bohatera outsidera – współczesnego kowboja przemierzającego rubieża ostatków cywilizacji. Nawet "Droga" McCarthy'ego jest opowieścią o rubieżach i samotnych wędrowcach. Pod tym względem utwory postapokaliptyczne wywodzą się genetycznie z Westernu. Jednak "Jericho" stanowi przede wszystkim historię małomiejskiego społeczeństwa w obliczu upadku cywilizacji. W tym serialu nie ma miejsca dla kowbojów ze spluwami. Bohaterem jest rolnik, który zaopatrza miasto w pożywienie; bohaterem jest burmistrz, który nie stracił głowy w obliczu katastrofy; bohaterem jest nauczycielka, która nadal usiłuje prowadzić lekcje w szkole podstawowej. Bohaterem jest całe miasto, które usiłuje odbudować cywilizację, choć milczy radio, milczy telewizja i zanikła sieć, a po największych amerykańskich miastach została jedynie pustynia gruzu.

"Jericho" zostało zakończone w połowie drugiego, skróconego z powodu strajku scenarzystów sezonu. Niechęć spowodowana strajkiem przyczyniła się do niższej oglądalności, która zakończyła żywot miasteczka. Fani serialu nie dali jednak za wygraną i niewykluczone, że ponownie zawitamy w Jericho w filmie pełnometrażowym. Polecam!

14.10.08

Kanon...


Odkąd ster nad "Nową Fantastyką" przejął Paweł Matuszek po kilku latach bezcelowej żeglugi, najważniejsze na polskim rynku czasopismo krytycznoliterackie stało się bardziej poważne i postmodernistyczne. Momentami wręcz odnoszę wrażenie, że za sprawą Pawła zawartość fantastyki w "Fantastyce" coraz to bardziej maleje, ale jednocześnie wzrasta jej jakość jako literatury. Dzięki sterom Matuszka zapomnieliśmy o gettowych kompleksach i staliśmy się środowiskiem, którego twórczość ma coś do powiedzenia. Paweł Matuszek co miesiąc przypomina o swoim podejściu do fantastyki we wstępniaku. Chciałbym podzielić się z Wami "przedrukiem" z tego miesiąca, z którym można się również zapoznać na stronie internetowej Nowej Fantastyki. Jeżeli Wam się spodoba, to polecam kolejne numery "Nowej Fantastyki".


Jednym z powszechnych, kulturowych paradygmatów jest wymóg czytania książek w całości. Bierze się on z założenia, że każda z nich jest niezmiennym przedmiotem, takim samym w oczach wszystkich odbiorców, więc jeśli kilku ludzi przeczyta ten sam utwór, to muszą dojść do podobnych wniosków. Nic bardziej mylnego – twierdzi profesor Pierre Bayard w swoim znakomitym eseju "Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało". Ten francuski literaturoznawca wskazuje na kulturowe uproszczenie, które leży u podstaw współczesnego systemu edukacji. Zgodnie z nim wiedza o arcydziełach literatury to martwa domena, pełna gotowych formułek interpretacyjnych, których uczą nas podręczniki i wykładowcy. Ale prawda wygląda inaczej. Nawet książka przeczytana niewiele ma wspólnego z tym, co w niej wydrukowano, bo przeszła przez osobisty filtr pamięci i wyobraźni; przez inne książki, które przeczytaliśmy i przetrawiliśmy w głowie; przez coś, co Bayard nazywa w skrócie książką wewnętrzną. Francuski profesor twierdzi, że nie tylko nie sposób przeczytać wszystkich książek, które teoretycznie powinien znać wykształcony człowiek, ale nawet o tych przeczytanych trudno powiedzieć, że je znamy. Bo do wspomnianego wcześniej personalnego uzdatniania treści i znaczenia książki dochodzi jeszcze inny składnik ludzkiej tożsamości – zapominanie. Ilu przeczytanych książek w ogóle nie pamiętamy? Czy w takim razie możemy mówić, że je przeczytaliśmy? Bayard uważa, że możemy.

Rzecz w tym, że czytelnik powinien traktować książkę jak narzędzie, wręcz wehikuł osobistego rozwoju. Należy zapomnieć o obiektywnym odbiorze, bo to intelektualny mit. Ktoś, kto mówi albo pisze o jakiejś książce, tak naprawdę mówi i pisze o sobie. Zatem najważniejszym czynnikiem jest tu kreatywny odbiór literatury, która inspiruje nas do coraz ciekawszego werbalizowania samych siebie. Bayard kilka razy powtarza, że w gruncie rzeczy to chyba najrozsądniejszy sposób mówienia o książkach. Trudno się nie zgodzić z jego argumentami nawet wtedy, gdy idąc za prowokacyjnymi tezami Oskara Wilde'a, sugeruje, że człowiek inteligentny i wykształcony może mieć więcej pożytku z przeglądania książek, niż z ich wnikliwego czytania. Dzięki temu zachowuje dystans do dzieła i może swobodnie, na bazie kilku luźnych przesłanek, tworzyć własną interpretację, która koniec końców i tak jest próbą odczytania własnego wnętrza.

W tej inteligentnej i zabawnej książce kryje się jednak pewien haczyk. Coś o czym Bayard nie pisze, choć w trakcie lektury nasuwa się samo. Otóż pożytek z samego przeglądania książek i rozmawiania o dziełach, których się nie czytało, mogą mieć jedynie ci, którzy wcześniej zdołali już sporo przeczytać. Bez tej czytelniczej bazy (oczywiście widmowej, niekompletnej, pełnej białych plam, konfabulacji i sprzeczności) nie ma płaszczyzny porozumienia. Nieznajomość alfabetu literackich pojęć, schematów fabularnych czy stylistycznych zabiegów wyklucza jakikolwiek dyskurs. Dlatego mimo wszystko warto czytać, lecz należy to robić kreatywnie i nie przywiązywać się do nieprawdziwego wizerunku literatury uprzedmiotowionej, niezmiennej, bo ona jest żywa, cały czas się rozwija i przekształca wraz z czytelnikami. Albo i nie. Ale to już problem czytelników – nie książek.

Zapraszam do lektury październikowego numeru "Nowej Fantastyki".

6.10.08

Harmonogram... (Część II)


Mój wtorek na wydziale zaczyna się o ósmej rano zajęciami o nazwie Translation 1. Są to obowiązkowe zajęcia translatorskie, na których tłumaczymy proste teksty użytkowe z angielskiego na polski. Nie liźniemy niestety żadnej literatury ani specjalistycznych tekstów naukowych, a szkoda, bo i jednym, i drugim zajmowałem się już na rynku. Moja grupa wyjątkowo lubuje się w deliberowaniu nad pojedynczymi zwrotami i słowami, choć pani prowadząca usilnie stara się tę praktykę ukrócić. Ja również lubię zastanawiać się nad fortunnymi i niefortunnymi decyzjami tłumacza, ale na tym obowiązkowym kursie takich dyskusji często nie uświadczę. Staram się ładnie oddawać obowiązkowe tłumaczenia, chociaż czasami narzekam, gdyż kolidują z moimi tłumaczeniami rynkowymi, za które wszak mi płacą.

Następnie – i tu duża niespodzianka – mam kurs pt. A Survey of American Postmodernism, który o dziwo bardzo polubiłem. Nie polubiłem rzecz jasna samej literatury postmodernistycznej, zarówno pod względem formy, jak i treści, ale polubiłem same zajęcia na zasadzie "poznaj wroga swego". Zajęcia prowadzi bardzo sympatyczna pani prowadząca, która dopuszcza dyskusję i nie obstaje przy jedynej, słusznej intepretacji (w końcu to postmodernizm, który zdaje się relatywizm ubóstwiać). Co ciekawe, ta sama pani będzie w przyszłym semestrze prowadzić nowatorski kurs z amerykańskiego cyberpunku (odmiana science fiction)!!! Nie mogę się doczekać.

Następnie mam kurs, który w tym roku najbardziej przyczynia się do mojego rozwoju, czyli Contemporary Apporaches To Translation. Omawiamy sporo teorii tłumaczenia, która sama w sobie, przyznaję, nie jest aż tak ciekawa, ale najważniejsze jest to, że następnie stosujemy ją w praktyce. Tłumaczyłem już fragmenty powieści pewnego szkockiego pisarza, a ostatnio – wiersz Wisławy Szymborskiej. Są to na tyle krótkie teksty, że mogę zastanowić się nad słusznością każdego słowa w zdaniu, na co nie zawsze pozwala mi tłumaczenie rynkowe. To zaś sprawia, że mogę potraktować tłumaczenie jako sztukę, a nie rzemiosło (choć nie ma nic złego w dobrym rzemiośle!), przynajmniej w warunkach akademickich.

Mój ostatni, wtorkowy kurs nie pasuje treściowo do pozostałych. Current Developments in Teaching wybrałem trochę z konieczności, a trochę z ciekawości. Same zajęcia są ciekawe na płaszczyźnie teoretycznej, ale ich część praktyczna, czyli projektowanie ćwiczeń do nauki języka angielskiego z zastosowaniem omawianych teorii metodycznych, sprawia mi nie lada kłopoty z racji tego, że nie miałem wcześniejszej styczności z kursami metodycznymi. Mimo to zajęcia są bardzo ciekawe i z przyjemnością na nie chodzę, chociaż nie ukrywam, że mnie trochę stresują.

I koniec. We wtorek o godzinie 15:00 mam już formalnie weekend. Wprawdze w czwartek odbywa się jakiś wykład z psychologii, ale nie przypadł mi do gustu, więc na niego nie jeżdżę. Zaliczę egzamin z wiedzy podręcznikowej. Czasami jeżdzę na uczelnię w piątki, by coś dokserować albo wypożyczyć. Planuję napisać pracę magisterską już w przyszłym roku, jeżeli zaistnieje taka możliwość, żeby zwyczajnie nie zanudzić się na śmierć. Dzięki dużej ilości wolnego czasu mogę więcej pracować, ale również spotykać się częściej ze znajomymi. Szkoda tylko, że w tym roku to oni są zazwyczaj zabiegani :-).

4.10.08

Harmonogram... (Część I)


Sądzę, że zgodnie z tradycją najwyższa pora napisać parę zdań o tym, czym konkretnie zajmuję się na zajęciach w tym semestrze. Nikogo już oczywiście nie przekonam do mojego jakże wspaniałego kierunku, ale niektórzy z Was utwierdzą się być może w przekonaniu, że dobrze zrobili, nie wybierając Anglistyki – albo też ją wybierając.

Zajęcia mam jedynie w poniedziałek i wtorek. Ma to oczywiście swoje dobre, jak i złe strony. Cztery kursy jeden po drugim we wtorek potrafią skutecznie zniechęcić do życia i sprawić, że wracam do domu z bólem głowy. Jednakże z drugiej strony już od środy mam co tydzień długi weekend i mogę się poświęcić jakiejś pasji lub pracy, w zależności od tego, czy mam akurat zlecenie, czy też nie. Ostatnio mam sporo zleceń, które wymagają ode mnie sporo zaangażowania, ale udaje mi się również od czasu do czasu posiedzieć nad nowym utworem lub poznać nowy, ciekawy instrument.

Zajęcia zaczynam w poniedziałek o ósmej wykładem z logiki. Logika to dla mnie nic nowego, przed trzema laty miałem już bowiem wykład i ćwiczenia z semiotyki logicznej na Wydziale Filozofii, zresztą z tą samą panią od ćwiczeń, co obecnie. Ponieważ jednak przedmiot bardzo mi się podobał i uważam, że jako jedyny przyczynił się realnie do jakiegoś tam mojego rozwoju, to zafundowałem sobie w tym roku powtórkę z rozrywki. Przyznaję, że bardziej skupiam się na piciu porannej kawy, niż na samych zajęciach, ale wierzę, że tym razem również uratuje mnie wiedza podręcznikowa.

Po logice mam bardzo ciekawy kurs o nazwie American Gothic: Origins & Development. Część lektur pokrywa mi się z dwoma ukończonymi już kursami o ideologii amerykańskiej, ale obecnie czytam je z zupełnie innej perspektywy. Oprócz klasycznego gotyku pokroju Edgara Allana Poe poznajemy również Lovecrafta oraz Bradbury'ego (!). Zajęcia zaliczę pracą pisemną, co lubię najbardziej.

Poniedziałkowe zajęcia kończę obowiązkowym kursem Academic Writing 5, który stanowi sequel poprzednich czterech odsłon cyklu. Jak to z sequelami bywa, zmierzają po równi pochyłej... Na każdych zajęciach piszemy jakiś esej lub polemikę z tekstem. Na szczęście trafiłem do grupy z panią prowadzącą, którą bardzo sobie cenię z racji tego, że ma jawnie konserwatywne poglądy, które przekładają się na jej dobór tekstów na zajęcia. W tym roku chodzę więc na zajęcia z ogromną przyjemnością, chociaż nie ukrywam, że nie zawsze oddaję wszystkie prace. Z poprzednich zajęć z tego cyklu otrzymałem 5+, więc nie czuję potrzeby, by co tydzień udowadniać swoje umiejętności.

Opuszczam wydział o godzinie 13:30, zaś w domu zazwyczaj panicznie, na ostatnią chwilę przygotowuję się do wtorkowych zajęć, gdyż nie sposób rozłożyć sobie naukę na więcej dni, mając pięć dni weekendu...

Ciąg dalszy nastąpi...

2.10.08

Nautilus 2008...


Z przyjemnością informuję, że tegoroczną nagrodę Nautilus w kategorii powieść roku otrzymał Rafał Dębski za "Gwiazdozbiór kata". Uważam, że zasłużenie, choć "Gwiazdozbiór kata" nie jest bynajmniej powieścią idealną. Nie zamieszczałbym tej ogólnodostępnej wiadomości na Myriads Of Me gdyby nie fakt, że o "Gwiazdozbiorze kata" pisałem wcześniej dwukrotnie. Swego czasu zamieściłem na łamach mojego bloga własną recenzję nagrodzonej powieści, a kilka dni później uzupełniłem ją o gościnną recenzję mojego kolegi.

Wówczas pisałem, że:

Bez wątpienia "Gwiazdozbiór kata" nie sprawdza się jako klasyczne fantasy historyczne pokroju powieści Komudy, ale też nie miało nią być. Gdy za kryterium oceny przyjąć realizm narracji, to powieść siłą rzeczy zawodzi. Warto jednak spojrzeć na "Gwiazdozbiór kata" jak na historyzującą powieść modernistyczną i wtedy sprawia dobre, jeżeli nie bardzo dobre wrażenie.

Mój kolega natomiast uznał, że:

O panu Rafale powiedzieć można z pewnością wiele dobrego. Potrafi zaciekawić czytelnika bohaterem, prezentuje wartką akcję i płynną fabułę sprawiając, że czytanie jego książki jest lekkie i przyjemne.

Dopuścił się jednak paru błędów.

Pomimo krytycznego podejścia do "Gwiazdozbioru kata" – bo przecież do literatury warto podchodzić krytycznie – uważam, że powieść jest wartościowa i z pewnością zasłużyła na nagrodę. Wbrew pozorom nie czytam wcale wielu książek. Ostatnio jest ich coraz mniej. Nadal jednak staram się odnajdywać perełki wśród zalewu poprawnych czytadeł. Tym razem mi się udało i ciekawe, czy w przyszłym roku również spodoba mi się powieść, która otrzyma później nagrodę.

Suplement...


Ostatnio sporo narzekałem na bardzo małą liczbę zajęć na Anglistyce, ale miałem jednocześnie nadzieję, że odbędzie się zapowiedziana dodatkowa rejestracja i zdołam uzupełnić swój plan o kilka dodatkowych godzin zajęć. Z przyjemnością stwierdzam, że tym razem Anglistyka wyjątkowo mnie nie zawiodła i dodatkowa rejestracja miała całkiem sprawny przebieg, mimo tego, że dowiedziałem się o niej z dnia na dzień. Może zresztą dlatego na Anglistyce pojawiło się jedynie z czterdzieści osób, aby wybrać sobie dodatkowe zajęcia.

Miałem wyjątkowe szczęście. Udało mi się wybrać zajęcia o takich godzinach, by całowicie wyeliminować okienka z planu. Nadal mam zajęcia jedynie w poniedziałek i wtorek, ale dzięk dodatkowej rejestracji początek mojego tygodnia będzie nieco bardziej pracowity. Zarejestrowałem się na dodatkowe zajęcia pt. A Survey of American Postmodernism. Wprawdzie to kurs za jeden punkt, ale podejrzewam, że będzie dosyć ambitny. Swoje wtorkowe zajęcia uzupełniłem również o kurs metodyczny o nazwie Current Developments in Teaching, dzięki któremu wyrobię wszystkie punkty lingwistyczne i w przyszłym semestrze będę mógł się skupić wyłącznie na zajęciach amerykanistycznych. Pozostaje mi wybrać się na zajęcia i przekonać się, czy dobrze wybrałem. Mam wprawdzie bardzo mało zajęć, ale trzy kursy pod rząd i tak moga mnie nieźle wymęczyć. Pożyjemy, zobaczymy.