Myriads Of Me: Tellur's Journal

Wanderlust%20ProjectQuantcast

Wanderlust Project to moje muzyczne alter ego – projekt, nad którym pracuję od końca 2008 roku. Zapraszam Was do przesłuchania mojej twórczości!

28.11.08

Kot...

Zgodnie z zapowiedzią, zamieszczam mój przekład wiersza Wisławy Szymborskiej pt. "Kot w pustym mieszkaniu". Zanim posypią się gromy, to chciałbym od razu się przyznać, że nie podobają mi się wiersze Szymborskiej, prawdopodobnie ich nie rozumiem, uważam, że Szymborska uprawia metafizykę pokroju Coelho i zwyczajnie nie lubię tej starej stalinistki, a wiersz tłumaczyłem na zajęcia translatorskie i pozwoliłem sobie na daleko idące eksperymentowanie. Mimo to zapraszam do lektury, może komuś się spodoba.


Wisława Szymborska
Kot w pustym mieszkaniu


A cat in an empty flat

You shan't outright die on a cat ―
how's it to cope with that?
Left in a desolate flat,
scaling walls,
fidgeting on furniture.
In places serene,
yet somehow impure.
Where everything has its place,
yet every thing seems misplaced.
And no electric light
turned on at the turn of night.

The unfamiliar sound
of steps descending stairs.
The unfamiliar warmth
of hands providing care.

Some events surprise,
disrupt the daily rut.
Others are obscure
in ways one cannot grasp.
Someone who has always been there
has vanished into thin air ―
and insists on not coming back.

Having scavenged every wardrobe,
scaled every bookshelf,
searched under the carpet,
even having disregarded the rule on
scattering paper,
what's a cat to do?
Sleep and bide one's time.

Should he ever return,
should he show his face,
he shall know the wrath
of a cat's distaste.
Approaching him inch by inch,
Arriving just at a pinch,
on very offended paws,
without any peeps,
leaps and bounds.


24.11.08

Studio...


Ogólnie rzecz biorąc istnieją dwa rodzaje koncertów muzyki elektronicznej. Koncerty nowej elektroniki – ambitny młodzieniec stoi na scenie przed swoim laptopem i podryguje w rytm tworzonej na żywo (lub puszczanej z dysku – trudno powiedzieć...) muzyki. Kontrastem dla owej minimalistycznej scenerii są koncerty starej elektroniki – leciwego obecnie twórcę klasycznej elektroniki ledwo widać zza wysokich wież sprzętu. Przed muzykiem stoją syntezatory Rolanda i soczysty Moog Voyager, za jego plecami zaś góruje ogromna ściana syntezatora Moog Modular o tłustym, basowym dźwięku. Koncerty starej elektroniki niewątpliwie robią na słuchaczu znacznie większe wrażenie, niż nowoczesnej. Muzyka puszczana z laptopa wydaje się sterylna i sztuczna, zaś ta grana na klawiaturze syntezatora – choć to również elektronika – wydaje się żywa i prawdziwa.

Cóż ma jednak począć słuchacz elektroniki – czy może nawet bardziej ogólnie: fan muzyki – gdy zapragnie pójść śladami swoich ulubionych twórców...? Nie zaopatrzy się przecież w leciwe, zajmujące pół pokoju syntezatory Mooga ani nawet, początkowo, w poczciwego Rolanda. Na pewno również nie będzie miał do swojej dyspozycji orkiestry symfonicznej na każde wezwanie. Prędzej rozpocznie swą przygodę z muzyką od szukania odpowiedniego oprogramowania na laptopa i zacznie pieczołowicie wklepywać nań pierwsze nuty swoich utworów.

Można powiedzieć, że wśród twórców muzyki elektronicznej i muzyki w ogóle panują dwie kultury – kultura hardware'u i kultura software'u – które oczywiście przenikają się i uzupełniają, lecz osoby tworzące muzykę na sprzęcie siłą rzeczy patrzą na osoby używające oprogramowania z poczuciem wyższości. Poniekad słusznie, zresztą – nie ma to jak prawdziwy syntezator ze wszystkimi jego zaletami i osobliwościami. Każde jego cyfrowe odzwierciedlenie będzie w pewien sposób ułomne. Nawet, jeżeli dźwięk zostanie odwzorowany ze stuprocentową dokładnością, to cyfrowy odpowiednik prawdziwego syntezatora nigdy nie podrobi nostalgii, z którą podchodzi się do oryginału.

Młodym twórcom oraz hobbystom pozostaje jednak świat oprogramowania, który tak, czy inaczej oferuje znacznie więcej, niż mogli sobie wyobrazić muzycy ostatnich dekad. Wraz z powstaniem wirualnych syntezatorów (virtual synthesizers – w skrócie VST) rozpoczęła się nowa epoka syntezy dźwięków i tworzenia muzyki. Młodzi twórcy nie są już ograniczeni finansowo. Oprogramowanie i wirtualne intstrumenty, chociaż nadal nieco kosztują, znajdują się już w zasięgu niemal każdego portfela. Zawsze można również poszukać w Sieci darmowych odpowiedników prawdziwych instrumentów lub darmowych instrumentów stworzonych od zera.

Dzięki temu, że zacząłem tworzyć muzykę teraz, a nie dwadzieścia lat temu, zyskałem dostęp do niezliczonej ilości oprogramowania i instrumentów. Nie będę miał rzecz jasna dostępu do co lepszych instrumentów VST, gdyż za niektóre trzeba nadal słono zapłacić, lecz te, które odnalazłem za darmo, są wystarczająco przyzwoite i przede wszystkim pozwalają mi na wciągającą zabawę muzyką, a to przecież jest w tym wszystkim najważniejsze. Swoją muzykę tworzę w tzw. trackerze o nazwie "Renoise". Jest to program, w którym zapis muzyczny przypomina nieco zapis MIDI – zapisuję po prostu poszczególne nuty i określam sposób i długość ich grania. Odsyłam zresztą do pierwszego screenshota w tej notce. Mój tracker nie jest sam w sobie instrumentem, lecz swego rodzaju środowiskiem twórczym – platformą roboczą, pod którą dopiero "podpinam" poszczególne instrumenty, efekty muzyczne i filtry. Program tego typu można powównać do pustej sceny, na którą dopiero wchodzą poszczególni muzycy ze swoimi instrumentami. Obecnie starannie wyselekcjonowałem kolekcję około 40 instrumentów VST i zanim rozejrzę się za kolejnymi, chciałbym wpierw wykorzystać potencjał instrumentów już zgromadzonych. Drugi screenshot to przykład wirtualnego instrumentu VST podpiętego pod mój program do tworzenia muzyki.


RenoiseRenoise


Instrument VST działa na zasadzie syntezy dźwięku, tzn. gdy naciskam klawisz, to ów instrument generuje na żywo falę akustyczną określaną za pomocą rozmaitych funkcji i parametrów. Trochę innym rodzajem instrumentów są SoundFonts. Są to instrumenty, które odgrywają "z playbacku" uprzednio nagrane dźwięki. Oferują znacznie lepszą jakość, niż większość instrumentów VST, lecz nie są równie wszechstronne. Dla przykładu, posiadam nagrany jako SoundFont chór męski, gdyż prawdziwe nagranie chóru brzmi znacznie lepiej, niż jego sztuczny, generowany na żywo odpowiednik, lecz wiolonczelę generuję już za pomocą instrumentu VST i mogę modyfikować jej brzmienie, ile tylko zapragnę. Tworzenie muzyki za pomocą komputera jest zresztą bardzo niebezpieczne, gdyż można zagubić się w ogromie możliwości i zamiast tworzyć dobrą muzykę, skupić się na jej niezliczonych parametrach i niegraniczonych możliwościach. Bardzo łatwo przesadzić z ilością przeplatających się instrumentów i efektów, gdyż komputerowe środowisko w żaden sposób nie ogranicza twórców. Muzyka jest jednak ciekawa wówczas, gdy kieruje się zasadami. O owej prostej prawdzie zapominają niektórzy twórcy elektroniki z podgatunków IDM, glitch oraz granular ambient. Twórcy, którzy komponują za pomocą komputera, muszą o tych zasadach nieustannie pamiętać. Dla przykładu, fuga jako forma muzyczna posiada dosyć ściśle określone ramy kompozycji, ale jednocześnie ilość wariacji w obrębie owych ograniczeń jest nieograniczona. Na tej samej zasadzie improwizują muzycy jazzowi, którzy mimo wszystko kierują się z góry ustalonymi zasadami. Tworzenie muzyki za pomocą instrumentów VST pozornie zdejmuje z twórcy jakiekolwiek ograniczenia – przynajmniej w warstwie brzmieniowej – lecz to właśnie w prostocie i umiarkowaniu tkwi piękno muzyki. Staram się uważać, by nie zagubić się w ogromie możliwości i zamiast tego usiłuję powoli poznawać poszczególne instrumenty.

Obecnie posiadam na dysku wirtualne odpowiedniki syntezatorów, na których w latach '70 grali moi mistrzowie. Posiadam wirtualną orkiestrę oraz gromadzę powoli instrumenty etniczne – po raz pierwszy w życiu moge zagrać na indyjskich tabli i sitarze. Ograniczają mnie jedynie własne zdolności, a nie zewnętrzne czynniki finansowe. Wiem zatem, że jeżeli tylko się przyłożę do mojego nowego hobby, to z czasem będę komponował coraz lepiej. Ta świadomość sprawia, że jestem ostatnio bardzo szcześliwy.

23.11.08

Synteza... (Część IV)


Powoli dochodzimy do czasów współczesnych i autor artykułu wyciąga ze swoich rozważań wnioski. Czyni to jednak z własnej perspektywy osoby, która może sobie pozwolić zarówno na fizyczny sprzęt, jak również na dobre, drogie oprogramowanie. Ja jednak dopiero zaczynam zabawę z muzyką i jestem w stanie pracować jedynie na darmowym oprogramowaniu. Jestem zdania, że na darmowym oprogramowaniu również można tworzyć dobrą muzykę, a przede wszystkim można się wspaniale bawić dźwiękami w domowych warunkach, a to jest przecież w tym wszystkim najważniejsze.


Rob Hill
Tools Of The Trade: Part IV


Hardware forever

It's curious to find that many leading artists of both the "golden" and "dance" eras are starting to return back to hardware again, as perhaps they've often felt a connection was missing from creating music when using just a mouse or MIDI controller, which I personally feel is more often more a post-production environment and mindset, but that's not to say one way is better than the other: you just use what works for you. I think a reaction to the software environment has led to the development of small, dedicated companies, who are gaining similar status for their innovation as legends of the past and for keeping things "real", like Elektron, Future Retro and Jomox, who are known for making designs based around the cult, vintage "dance/techno" technology, but orientated more for the contemporary styles of today. Then you have the many small, analogue synthesizer companies like Doepfer, Synthesesers.com or Macbeth, who keep the tradition of the open-ended analogue concepts of the 70's alive and available to those who appreciate the organic virtues of analogue circuitry and the creative feedback of something you can touch and interact with. I think the main remaining area for electronic music to conquer is the bridge between the real and the virtual world, which at present hasn't yet been realised to its full potential, as most electronic music is still very much studio-based and is the main reason why more conventional, "live" music still has more of an appreciated social culture.

Superstar DJ's have stolen the limelight from dance/techno producers for far too long and I've seen too many electronic artists that do so called "live" shows that mainly involve hiding behind tons of equipment and playing on the technical naivety of their audience, rather than actually playing or controlling much on stage, which is often the sad reality of attempting to reproduce studio-produced music to a live audience. These days we can manipulate any sound in more ways than any one person could ever master, so it's how we choose to interface and control sound that should be perhaps the main direction for technology for the foreseeable future, as too much technology can be distracting and more often than not very counter-creative. In this respect it's the value of how we interact with sound or how the interface makes you think creatively is the most important thing for experimentation or exploration and for finding one's own unique style in the methods of electronic musical expression. This is not something we're going to achieve from the current, throw-away VST culture of software alone and I feel the general slowdown of new progressive forms of electronic music recently is a result of this trend.

I hope the future will bring us new and unique ways of controlling sound without technology getting in the way, but rather, using technology to help us engage with our imagination, letting us intuitively interact with the music we want to create or perform, which is where the partnership of pioneering hardware design and artistic creativity will take us forward.


22.11.08

Synteza... (Część III)


Ustosunkowanie się wobec obecnej fali laptopowej muzyki elektronicznej przychodzi mi z trudnością, bowiem sam tworzę muzykę na laptopie. Z jednej strony tworzenie muzyki na laptopie to jedyny sposób, na który mogę sobie pozwolić, zaś Sieć oferuje mi niezliczoną ilość przyzwoitych, wirtualnych syntezatorów, ale z drugiej wolałbym oczywiście posiadać nieco prawdziwego sprzętu, gdyż praca z klawiaturami i pokrętłami z pewnością jest znacznie bardziej intuicyjna, niż wklepywanie pojedynczych nut na klawiaturze.


Rob Hill
Tools Of The Trade: Part III


Laptop Zen

Most digital hardware is basically just a computer in a dedicated enclosure, so it was only natural when home computers became more and more powerful that the need for racks and racks of external hardware really wasn't necessary anymore if you could just have all the same software elements in one cost-effective, digital environment. Professional results that were previously only attainable in the most expensive studios were now well in the reach of even the most modest enthusiast. Software gave a vast, open flexibility to sound design that was often financially impractical to develop as hardware went some way to bridge the gap between the experimental musician/producer and creative sound engineer. Complex digital modular synthesisers such as Reaktor and Max/Msp came about, giving even the most humble enthusiast the capability to produce their own custom instrument design without the need of setting up a small synth company or needing to be an electronics expert. It wasn't just complex digital synthesis, but also powerful digital audio manipulation which had leapt ahead and the integration of both made elaborate, new production techniques an art form in itself.

On the other side of the same coin, there were simpler programs like Reason, Fruity Loops and Live designed for a more simplified, intuitive use for those who didn't require or desire the steep learning curve of programming Max/Msp algorithms or more complex, professional host environments such as Logic or Pro Tools and went some way to introducing new electronic music enthusiasts into a more comprehensive, wallet-friendly start in production. It was also very curious that this new software world gave rise to the dedicated emulation of certain classic analogue synths, which gave a more authentic sound and look than the Virtual Analogue synths of the late 90's/early 2000's. This new wave of "softsynths" often relied on the desirability of the hardware they emulated, which could arguably be seen mainly as a clever marketing strategy if not a good effort to bridge the gap between digital coldness and organic, analogue warmth. So now anyone can have a comprehensive, professional, digital studio for little more than the cost of a decent PC or Mac, which would have been unthinkable 10 years before and in effect, there was another significant leap forward in electronic music technology. But how did the mouse and the screen influence the music? The more experimental artists of the dance renaissance, like Autechre, Aphex, Twin, Atom Heart and Squarepusher, embraced this powerful method of manipulating digital audio with extreme and very abstract music that often went beyond regular musical conventions of harmony or time signatures and seemed to echo the early experimental, electronic, avant-garde innovators of the past like Stockhausen and Schaffer.

These new digital techniques also spawned many niche subgenres like glitch, IDM and microsound that embellished the sophisticated, cold, analytical approach of dedicated computer production, but it’s only a matter of time before any style or genre becomes a stigma within itself, limited by the definitions of its sound or the expectations its audience. Although these new, abstract, digital sounds still have a contemporary edge to today's modern electronic music, it often lacks a humanity or emotion given quite possibly by the limitations of how the artist interacts with the sound to create the music (sounds familiar?). I've also found it very surprising that this software revolution hasn't really had a profound influence on electronic music in general in the same way the analogue revival did back in the early 90's. but these are different times, when musical influence isn't as focused as it once was due to the wide accessibility of the Internet, which has sadly also had an effect on software development especially with the ease of piracy. It could be that the younger electronic producers of today were influenced more by DJ decks rather than instruments, which has led to a mix n' match mentality with pre-packaged loops and riffs, which is often considered "producing music" by many, as long as it sounds like something recognisable.

It could also be argued that the innovators of the "Zen" digital environment like Autechre, Squarepusher and Atom Heart honed their skills on hardware first and used that experience within the complexity of software, which is perhaps an important virtue many young, aspiring electronic musicians starting in software alone are missing out on...? This isn't to say the all-in-one laptop environment hasn't benefited the world of electronic music (far from it), as this digital evolution has brought us a small wave of new pioneers such as Alvo Noto, Pole and Frank Bretscheider, to name but a few, and although innovation still hasn't ceased in this area, still being a relatively new field of electronic music, the progression is at a much slower pace that it was a decade before, which could arguably be a result of the methods involved in producing this music or the current slow development in new software design.


Ciąg dalszy nastąpi...

21.11.08

Synteza... (Część II)


Artykuł, który dla Was zamieszczam sugeruje, że rewolucja w technologii MIDI w latach '80 zaowocowała sterylną, nudną muzyką. Przekonuję się, że jest tak w istocie. Gdy pomyślę, które płyty Tangerine Dream czy Klausa Schulze lubię najbardziej, to okazuje się, że wszystkie pochodzą z lat 70 lub z ostatniej dekady, z pominięciem lat '80 i '90. Całe szczęście, że epokę MIDI mamy już za sobą. Ale czy epoka muzyki laptopowej na pewno jest lepsza...?


Rob Hill
Tools Of The Trade: Part II


New kids, old technology

So what happened to all the old, obsolete hardware left behind in the wake of "state of the art" gadgets of the week? Well, these instruments became relics in the bargain bins of music shops and fell into the young hands of new, underground electronic "bedroom" artists, who could really only afford such instruments. However, these young artists with fresh, young ideas weren’t interested in riding the "state of the art" technology wave of the future as they had their own underground, social sub culture to ride and this chemically induced wave had gained a lot of momentum in a very short space of time and still had a long way to go. Hard 4/4 rhythms, extreme filter sweeps, deep analogue basses and distorted noises were the order of the day, which was a complete contrast to the clean, sterile, "hi-fi" ideal that current technology was trying to sell us as the future. It's curious that such old technology could be used in such a radical, new way. For example, a quirky, little, silver, auto-accompaniment bass guitar sequencer became an icon of the analogue revival with a now-legendary sound it was never really designed for.

It could also be said that the intuitive hands-on control of this now fashionable "retro" technology had a lot to do with the open, intuitive interfaces of knobs and sliders helping to find a more personal method of electronic expression. There’s also the fact that the grungy organic virtues of the analogue synth sound had somehow been long forgotten by this point, so it's not surprising that their sound seemed far more radical and fresh than the bland hi-fidelity obsession of digital perfection that consumers had been fed with for far too long. The explosion of creativity in this period often echoed the innovation of the 70's, but this time far more artists could afford to get involved in this renaissance and dance culture started to sweep the world as everyone wanted to party (and chill) in a new chemical unity akin to the Summer of Love almost 30 years before.

It's not surprising that many small Western companies like Clavia and Quasimidi started to appear under the feet of the Far East, making dedicated technology for this new, expanding market, with designs shadowing the intuitive usability of the popular past technology, but with greater digital stability. The bigger Far Eastern companies soon followed suit, often echoing in the iconography that their past hardware had unintentionally achieved. Sadly, this often resulted in a half-way repackaging of existing, ROM-based technology in a DJ friendly, youth-appealing interface like the Roland MC grooveboxes. However, the new Virtual Analogue market was one they'd have to share this time round as digital hardware wasn't so expensive to produce in the West anymore. This explosion of innovation in electronic music had spread in all directions and sadly left the "golden boys" of the 70's in the dust, as the field of electronic music was now so much wider than ever before and their previous reliance on stale modern technology had often also left their creativity a little dry. However, it wasn't long before they dusted off the forgotten vintage legends they forged their art on, but now the masses had finally caught up with them and electronic music was now just as mainstream as any other genre.


Ciąg dalszy nastąpi...

20.11.08

Synteza... (Część I)


Tym razem chciałbym Wam zaprezentować artykuł z portalu o muzyce elektronicznej EMPortal, który rozważa w skali ostatnich kilku dekad zależności pomiędzy muzyką elektroniczną a sprzętem, na którym powstaje. Trudno powiedzieć, czy to forma dyktuje treść, czy treść formę. Czy tego typu wartościowanie w ogóle jest potrzebne, a może mamy raczej do czynienia ze sprężeniem zwrotnym? Zapraszam do lektury.


Rob Hill
Tools Of The Trade: Part I


There’s no denying that electronic music by its very nature tends to be at the forefront of musical development. Yet how much of this is influenced by the limitations of the equipment used and the way musicians interact with it?


In the beginning the future was golden

Back in the early/mid 70's, the "golden" oldies such as Jarre, Schulze, TD, Kraftwerk, Vangelis were lucky enough to be there at the forefront of the first commercially produced synthesisers that were aimed at the more experimental musician rather than an electronics engineer in a lab coat. Looking back, these artists forged their art with equipment that can often seem very limited by today's standards, but arguably their most acclaimed work (e.g. "Oxygene", "Timewind", "Autobahn", "Phaedra" ect.) came about in this period, which was a revolution in its time, especially amongst all the trendy glam rock and punk of that era. As the technology progressed throughout the late 70’s/early 80's, with the fast evolution of microprocessor control, so did their music with more sophisticated arrangements and sounds. With our golden boys still happily riding this quickly evolving wave of exciting new musical possibilities, there's also the fact that they also happen to be a privileged handful in the world who could afford such equipment. Their pioneering visions often led to them being consulted on the designs of such technology to their advantage, constantly giving their music a fresh edge with each new development, like the evolution of early digital sampling and pre-MIDI digital sequencing.

A few more years down the line and electronic sounds were getting more accepted in the mainstream, rather than the experimental avant-garde or novelty commercial ad jingles that electronic music was previously more associated with. The synthesiser was also creeping its way into the popular music as a fresh take on the keyboard instrument and by this point the imminent mass marketing invasion from the Far East, with new, cost-effective, digitally stable synthesisers along with the MIDI revolution, was just around the corner. By the early 80's everyone wanted in on the act in a battle between manufacturers from both East and West over who could give more for less, which slowly grew into common uniform standard in equipment design ready for a growing market of synth-hungry consumers.

Sadly, many of the legendary Western manufactures of the 70's like Moog, SCI and Oberheim, were casualties of this battle, especially when analogue was eventually phased out by the precise reliability of digital, low-cost synths which the Far East couldn't be beaten at. This standardisation of the common MIDI-orientated keyboard synthesizer, which wasn't so prevalent in the open-ended designs of the modular analogues of the 70's, also started to have an effect on the creativity of the music as cost-effective user interfaces and sterilized stability had totally replaced the open, intuitive connection that embellished the pioneering designs of the 70's and developed into an almost counter-creative "preset" culture. This commercial influence on developing hardware didn't get any better with the ROM-based synthesisers of the late 80's, offering 100's of pre-packaged, realistic or unrealistic sounds, all ready at the touch of the button and even though these instruments were never short of a plethora of hi-tech parameters under the bonnet to fine tune your sound (often I think to distract from the actual limitations of sound manipulation within these machines), the atypical letterbox LCD, keypad and jog wheel ensured that all but the most patient electronic musician was well distanced from any intuitive "hands on" connection for creating and exploring new sounds of their own. It's also ironic, but not surprising that looking back, the music from our golden boys also suffered a little in this period, as their art was certainly not at its peak anymore as their reliance on the technology wave that had kept their music sounding fresh and helped fuel most their carriers for the last decade had started to roll back into a wash of standardised, mass manufactured synth clones which just gave more of the same in the same old way. It's evident at this time that synth manufacturers were influencing the sound of electronic music more than the creativity of the artists that founded it and coincidently it was innovatively a very dull period for electronic music.


Ciąg dalszy nastąpi...

12.11.08

Interpretacja...

W drodze powrotnej z Krakowa udało mi się przesłuchać wszystkie trzy godziny przetłumaczonego przeze mnie ostatnio audiobooka, prawdopodobnie ku niezadowoleniu pozostałych pasażerów, którzy usiłowali czym prędzej zasnąć. Wcale im się zresztą nie dziwię – w powieści Agathy Christie pt. "Tajemnica siedmiu zegarów" pełno jest bowiem rozmaitych postaci, kuluarowej polityki i egzaltowanych rozmów, zaś podróż samochodowa nie sprzyja wytężaniu szarych komórek.

Muszę jednak przyznać, że Jerzy Zelnik, który interpretował mój przekład adaptacji książki, wykonał kawał dobrej roboty. Udało mu się tchnąć życie w tekst, który powstawał oczywiście z myślą o tym, że będzie czytany, ale nie byłem tak do końca pewien, czy udało mi się w trakcie tłumaczenia pozbyć "papierowej" mentalności. Jego interpretacja nie była wprawdzie idealna, ale byłem z niej wystarczająco zadowolony, by móc odetchnąć z ulgą. Podejrzewam zresztą, że oceniam jego pracę znacznie bardziej krytycznie, niż pozostali słuchacze z racji tego, że znam swój przekład na pamięć.

Dostrzegam zatem, że interpretując tekst Jerzy Zelnik czyta go po raz pierwszy. Szczerze mówiąc zupełnie mnie to nie dziwi, znam bowiem rynek lektorski i wiem, że to powszechna praktyka. Lektorzy czytający filmy również improwizują, zaś wieloletnie doświadczenie na rynku pozwala na mistrzowskie przeczytanie tekstu, którego wcześniej nie miało się przed oczyma. Jerzy Zelnik potknął się na kilku zdaniach, ale nie są to błędy, które wychwyci zwykły słuchacz. Okropnie natomiast kaleczy nazwiska angielskie i francuskie, i to pomimo tego, że zapisałem je na samym końcu fonetycznie. Podejrzewam, że lektor nie otrzymał tej części mojego przekładu. Wydaje mi się jednak, że lektor – a przecież również aktor filmowy i teatralny! – powinien zastanowić się chwilę, zanim wypowie obco brzmiące nazwisko, a tym bardziej, że panu Zelnikowi udało się wymówić nazwisko Devereux na trzy różne sposoby. Są to jednak drobne pomyłki, które nie przyćmiewają jakości wykonania całości. Przyznaję, że wsłuchiwanie się w intepretację własnego przekładu jest po prostu dosyć osobliwe.

Chociaż interpretacja pana Zelnika bardzo mi się podoba, to jednak mam nadzieję, że kolejny audiobook mojego przekładu będzie czytany przez innego lektora, ot, tak – dla odmiany. Pracuję właśnie nad kolejnym przekładem kryminału Agathy Christie. Ten ostatni wyjątkowo mi przypadł do gustu i mam nadzieję, że jak już się ukaże na rynku, to Wam również się spodoba.

10.11.08

Kraków...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

Ledwie założyli mi aparat na zęby, a już dwie godziny później jechałem z rodziną do Krakowa z wizytą do znajomych, których poznaliśmy w Detroit. Początkowo trochę się krzywiłem na myśl o wyjeździe, ponieważ siedzę w rozgrzebanym do połowy przekładzie kolejnej powieści, ale ostatecznie uznałem, że taki wyjazd dobrze mi zrobi.

W Krakowie rzeczywiście udało mi się odpocząć. Zajechaliśmy na miejsce w piątek po południu i nastawiłem się na spokojny wieczór, ale jeszcze tego samego dnia wybraliśmy się z kolegą do kina na nowego Jamesa Bonda – "Quantum Of Solace" – o wyjątkowo nieprzetłumaczalnym tytule. Film mnie niestety niczym nie zachwycił. Rozpoczął się pretensjonalnym pościgiem, który został zmontowany za pomocą tak dynamicznych cięć, że można było odeń dostać epilepsji. Następnie Bond przemieszczał się z jednego miejsca na drugie, zostawiając po sobie zwłoki kolejnych przeciwników, a po pewnym czasie i odpowiedniej ilości wybuchów film się po prostu skończył, pozostawiając niestety ogromny niedosyt. Usiłowałem świadomie wsłuchać się w muzykę, bo przecież soundtrack skomponował dotychczas doskonały David Arnold, ale okazało się, że tym razem kompozytor poszedł na łatwiznę i skomponował masówkę, o którą prędzej podejrzewałbym Klausa Badelta lub Briana Taylora. Spodobała mi się natomiast "dziewczyna Bonda", bo wiadomo przecież, że najpiękniejsze na świecie są słowianki brunetki, choć okazało się, że w tej odsłonie serii dziewczyna Bonda nie była właściwie jego dziewczyną i na ekranie raczej "wyglądała" niż grała.

Następnego dnia przed południem wybraliśmy się na miasto, gdzie właściwie nic konkretnego się nie działo, a po obiedzie wybraliśmy się na pola za domem kolegi, by wystrzelić w powietrze kilka jego rakiet-zabawek. Należy jednak przyznać, że te rakiety nie były tak do końca zabawkami. Dolatywały na prawdę wysoko, a ponieważ nad naszymi głowami znajdowała się trasa lądowania samolotów z krakowskiego lotniska, wystrzelenie każdej rakiety wiązało się z ryzykiem, że zostaniemy posądzeni o terroryzm. Dlatego też lont każdej rakiety podpalała młodsza, nieletnia siostra kolegi :-). Trochę się zawiedliśmy, bo nie udało się nam zestrzelić żadnej Lufthansy i po kilku próbach wróciliśmy do domu kolegi.

Pod sam wieczór udało mi się przetłumaczyć zaledwie dwie strony powieści, ale przecież nie łudziłem się, że zdołam wygospodarować sobie czas na więcej. Młodsza siostra mojego kolegi chodzi do podstawówki i bierze udział w olimpiadzie z języka polskiego. Gdy zauważyła, że tłumaczę książkę, to od tamtej pory chodziła wpatrzona we mnie jak w obrazek. Szkoda, że tego typu "przebojowa" praca nie imponuje nieco starszym dziewczynom :-). Niedzielnym porankiem pożegnaliśmy się ze znajomymi i wróciliśmy do Warszawy, ja zaś zacząłem nadrabiać zaległości w tłumaczeniu. Okazało się, że wyjazd pozwolił mi odpocząć i nabrać sił do walki z kolejnymi stronami książki.

8.11.08

Aparat...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

No i stało się – od dzisiaj noszę aparat ortodontyczny na górnej szczęce. Z zamiarem założenia aparatu nosiłem się już od dłuższego czasu, a dokładnie odkąd w połowie drugiej klasy liceum wyrosły mi jednocześnie wszystkie cztery ósemki (choć nie jestem tak do końca pewien, czy przez ten jeden rok nauki zmądrzałem na tyle, by zasłużyć sobie na cztery zęby mądrości). Ów niespodziewany "prezent" sprawił, że pozostałe zęby musiały zrobić nowym kolegom nieco miejsca i obecnie straszę niestety dosyć krzywym uśmiechem. Zdecydowałem się na założenie aparatu dopiero ostatnio, ponieważ wcześniej wydawało mi się, że mogę zacząć trochę seplenić, a nie chciałem rozpoczynać w ten sposób studiów na Anglistyce. Przez wakacje chodziłem sumiennie do dentystki i uzupełniłem wszystkie ubytki, a wczoraj byłem na pierwszej, przygotowawczej wizycie u ortodontki, tzw. "separacji". Od rana natomiast mam już wspaniały, metalowy uśmiech.

Tak oto oficjalnie zostałem cyborgiem. Tuż po zamontowaniu aparatu miałem ochotę wstać z krzesła u ortodontki i powiedzieć: "I am the Terminator!". Mam jednak nadzieję, że nie będę piszczał w bramkach do wykrywania metalowych przedmiotów. Początkowo zęby zupełnie mnie nie bolały, ale już po kilku godzinach musiałem połknąć proszek przeciwbólowy. Niestety cały czas odczuwam obecność intruza w ustach, ale podejrzewam, że to kwestia przyzwyczajenia. Chwilowo mam aparat jedynie na górnej szczęce. Po ośmiu miesiącach (i wyrwaniu jakiegoś nieszczęsnego zęba) będę miał kolejny aparat na dolnej. Uzbroiłem się już w zestaw trzech szczoteczek do zębów i pastę o smaku pomarańczy. Ku mojemu zdziwieniu pod prysznicem okazało się, że w aparacie ortodontycznym nie jestem w stanie gwizdać, tak więc moja kariera Naczelnego Prysznicowego Gwizdacza IV RP runęła niestety w gruzach. Będę chyba musiał zacząć śpiewać. Mam nadzieję, że jak mnie spotkacie na mieście i się do was uśmiechnę (co jest wątpiwie, bo zazwyczaj jestem okrutnie poważny), to nie obrócicie się na pięcie i nie uciekniecie ode mnie z krzykiem :-).

6.11.08

Debiut...

Z przyjemnością informuję, że ukazał się już audiobook Agathy Christie pt. "Tajemnica siedmiu zegarów" z moim tłumaczeniem. Jest to pierwsza książka, do której robiłem przekład, stanowi więc mój właściwy debiut na rynku wydawniczym (wcześniej tłumaczyłem część albumu turystycznego oraz filmy fabularne i dokumentalne). "Tajemnica siedmiu zegarów" została wydana na trzech płytach CD w interpretacji znanego aktora i lektora Jerzego Zelnika. Moje nazwisko nie znalazło się niestety na okładce, bowiem zgodnie z praktyką wydawnictwa Mozaika w rubryce "tłumacz" znalazła się nazwa firmy, dla której tłumaczę. Mimo to miło jest usłyszeć, jak ktoś czyta mój własny przekład książki.



W starej angielskiej rezydencji dochodzi do tajemniczego zgonu. Morderstwo czy przypadkowa śmierć? W pokoju, w którym znaleziono ciało, na kominku ktoś ustawił siedem zegarów. Jaką informację chciał przekazać? Śliczna detektyw amator próbuje rozwikłać zagadkę. Trop wiedzie do tajemniczego klubu nocnego w Londynie.

Na bohaterów tej niezwykle atrakcyjnej powieści Agathy Christie czeka wiele niespodzianek, nim poznają prawdę. Interpretacja Jerzego Zelnika jest dodatkowym powodem, by sięgnąć po tę książkę do słuchania i włożyć płytę do odtwarzacza.