Myriads Of Me: Tellur's Journal

Wanderlust%20ProjectQuantcast

Wanderlust Project to moje muzyczne alter ego – projekt, nad którym pracuję od końca 2008 roku. Zapraszam Was do przesłuchania mojej twórczości!

4.2.09

Dialog... (Część II)


Muzyka jest językiem. Instrumenty ze sobą rozmawiają. Nie chaotycznie, stochastycznie, lecz na z góry określony tradycją sposób. Każdy instrument pełni w utworze należną mu rolę.

Tak pisałem w poprzedniej notce i w dużej mierze stwierdziłem rzecz oczywistą – muzyka pełni rolę języka, gdyż służy jako wehikuł do obrazowania myśli, symboli i emocji. Posiada warstwę semantyczną, swoją własną składnię i bez wątpienia stanowi komunikat. Jednakże w XXI wieku stwierdzenie, że muzyka jest językiem, bywa niestety niebezpieczne, ponieważ prowadzi niektórych muzykologów do bardzo daleko idących – i rzecz jasna błędnych – wniosków.

Wspłółczesna krytyka sztuki – czy to literackiej, czy filmowej, czy muzycznej – nie polega, niestety, na rzetelnej krytyce – czyli obiektywnej analizie – dzieła, lecz na coraz to dalej idącym nadpisywaniu sensów nad dzieło – czyli imputowaniu dziele sensów, których ono samo z siebie nie posiada. O ile bowiem łatwiej jest "doczepić" dziełu pewien sens, niż doszukać się w nim czegoś naprawdę oryginalnego. I tak oto współczesna, ideologiczna, powiedzmy sobie wprost: lewacka krytyka uznała, że język ze swojej natury zawsze jest ideologiczny. Nie może, po prostu, pełnić funkcji informacyjnej, lecz za komunikatem zawsze kryje się polityka, opresja i dyskryminacja. Dzięki takiemu bardzo wygodnemu stwierdzeniu – bo przecież nadpisywanie sensu nic nie kosztuje, bowiem istnienia nadpisanych sensów nie trzeba udowadniać, skoro samemu się je nadpisuje – współczesne kierunki humanistyczne zapełniły się ćwierćinteligentną szarlatanerią, która opanowała jedynie charakterystyczny dla danej dziedziny nauki żargon i bezmyślnie produkuję weń krytyczną makulaturę na każdy temat.

Gorączka upolitycznionej krytyki nie ominęła niestety i muzykologii. Skoro bowiem język zawsze jest ideologiczny, a muzyka jest językiem – to muzyka zawsze z natury rzeczy jest ideologiczna. Nie ma zatem miejsca na kompozycje neutralne, które są produktem rzemiosła i estetyki – nie, za każdą kolejną nutą kryje się zniewalająca ideologia. Nowa muzykologia – bo tak nazwał się ów nurt krytyki, by odciąć się od "starej", "represyjnej" muzykologii, postuluje, że należy ponownie rozważyć kanon światowej literatury muzycznej pod kątem ideologii, która się za nim kryje. Owej lewackiej krucjacie przewodzi niejaka Susan McClary, która w swojej książce "Feminine Endings" analizuje muzykę wielkich twórców, odkrywając weń "ukryte" znaczenia. Można się nieźle pośmiać, czytając o tym, że sonata jako forma muzyczna ze swojej natury jest seksistowska, mizoginistyczna i – o zgrozo! – imperialistyczna, a utwory Beethovena – fallistyczne i hegemonistyczne. McClary bezzasadnie piętnuje w ten sposób wielkich twórców, często powołując się na wyssane z palca teorie "muzykologiczne" lub własne, subiektywne odczucia. I tak oto można przeczytać, jak porównuje Beethovena do gwałciciela:

The point of recapitulation in the first movement of the Ninth is one of the most horrifying moments in music, as the carefully prepared cadence is frustrated, damming up energy which finally explodes in the throttling murderous rage of a rapist incapable of attaining release.

Nie jestem Beethovenem i nie mogę nawet nazwać się początkującym kompozytorem, ale jednak trochę usiłuję tworzyć. Mogę Was zapewnić, że nigdy nie komponowałem muzyki z intencją, aby była seksistowska, patrialchalna lub fallistyczna. Wątpię również, abym komponował w ten sposób podświadomie. Owszem, uważam muzykę za język, ale nie za narzędzie do uprawiania ideologii. Krytyka lewacka nieustannie doszukuje się w języku ideologii, gdyż sama w sobie prowadzi ideologiczną, językową krucjatę. Ja jednak komponuję z intencją uzyskania pewnej emocjonalnej, estetycznej całości, która jednocześnie posiada pewną określoną strukturę. Owszem, można powiedzieć, że moja chęć nadania muzyce struktury jest "patriarchalna", a moja chęć uzyskania skończonej, muzycznej całości – "totalizująca" lub wręcz "totalitarna"... Ale po cholerę...? Z tego rodzaju muzykologii nic nie wynika, gdyż uprawia ona jedynie własną, dewiacyjną ideologię.

Zastanawiam się, co powiedziałaby pani McClary, wysłuchawszy moje pierwsze, proste próby kompozytorskie. Jeżeli komponuję "patriarchalnie", "fallicznie" i "hegemonistycznie" i pani McClary poczułaby się przez moje utwory represjonowana, to może i słusznie, bo takie osoby jak McClary wręcz wypada represjonować, zaś ich szarlatanerię tłumić w zarodku.

Muzyka jest językiem. Pięknym językiem. Posiada swoją strukturę i potrafi przekazać o wiele więcej, niż słowa. Szkoda jedynie, że osoby, których neutralność pozostawia wiele do życzenia, doszukują się w muzyce czegoś, czego tam nie ma, zamiast podziwiać to, co jest.

2 comments:

mk said...

Poruszyłeś tu ciekawy temat. Myślę jednak, że problem doszukiwania się znaczeń, których w sztuce nie ma, nie jest jedynie problemem, jak to określiłeś, "lewackiej" krytyki, bo to samo uprawiają równie namiętnie tak zwani prawicowi (czy raczej kojarzeni z intelektualną prawicą) krytycy teatralni jak Wakar czy Kościelniak, którzy się doszukują "lewackiej trucizny" w każdym przedstawieniu albo teatru kojarzonego z lewicą, albo w takim, które w jakiś sposób odnosi się krytycznie do polityki czy sytuacji np. kobiet w Polsce. Moim zdaniem problemem tu najważniejszym nie jest opcja polityczna, tylko mnogość różnych dyskursów, która prowadzi do tego, że o sztuce pisze się dziś często zupełnie bezkarnie bzdury, narzucając niezupełnie sensowne klucze do interpretowania dzieł- czy to muzycznych, czy jakichkolwiek innych. Nie znam się zupełnie na muzykologii i obca mi jest pani, którą przytaczasz, nie wiem też, jaką ona pozycję w świecie muzykologów zajmuje- czy jest jakąś istotną postacią, czy też jedną z wielu? Zgadzam się z Tobą, że doszukiwanie się ukrytych znaczeń w muzyce może prowadzić do absolutnych głupot, ale podejrzewam, że w przypadku Wagnera, jak zauważył mój znajomy, a nie Beethovena, już byś inaczej spojrzał na kwestię znaczenia muzyki. Jasne, że wszystko zależy od interpretacji, która pozostaje wyborem osoby tejże interpretacji dokonującej, i może to być interpretacja mniej lub bardziej wiarygodna (bo nie da się tu zastosować kryteriów dobra/zła), ale nie przyporządkowywałabym tego typu zabiegów pod wyłącznie lewicowe sztandary.

Milka said...

"sonata jako forma muzyczna ze swojej natury jest seksistowska, mizoginistyczna i – o zgrozo! – imperialistyczna, a utwory Beethovena – fallistyczne i hegemonistyczne"

Nie obracam się za bardzo w świecie muzyki, ale jak się słyszy coś takiego, to nie można pozostać spokojnym. Mam taką teorię, że niektórzy ludzie tak się zafiksowali na swoich poglądach i ograniczyli swoje myślenie poprzestając na nich, że wszędzie się dopatrują ich elementów. To tak jak z Freudem, który wszędzie dopatrywał się efektów działania instynktów seksualnych. I z wieloma innymi, którzy twierdzą, że w świecie jest tylko to, co oni są w stanie w nim zauważyć. Ich problemem jest ich własna ograniczoność, a nie muzyka, ludzie, świat i cała reszta. Tylko że zawsze znajdą się tacy, którzy im uwierzą.