Równowaga...
Usłyszałem już od kilku osób, że za mało piszę o codziennym życiu, a za dużo o muzyce, książkach i serialach, których wspomniane osoby i tak nie znają i w zasadzie nie zamierzają poznać. Podejrzewam, że to nawet słuszna krytyka, o ile przyjmie się, że na blogu należy pisać właśnie o życiu z dnia na dzień, zwyczajnych problemach i banalnych przemyśleniach. Oczywiście tak nie uważam, chociaż istnieją i blogi tego pokroju. Przyznaję, że czasami mam nawet ochotę napisać, co mi w duszy gra (a że często gra muzyka, to inna sprawa), ale ponieważ codzienne życie siłą rzeczy wiąże się z relacjami z rozmaitymi osobami, a prywatność tych osób chcę uszanować, to nie mogę rozpisywać się o ich perypetiach. Ponieważ w tej sytuacji musiałbym pisać notki bardzo ogólne i powierzchowne, to wolę już zanudzać Was przemyśleniami o muzyce i książkach w nadziei, że ktoś po coś może sięgnie.
Czasami jednak zdarzają się i takie dni, że można pogodzić jedno z drugim. Wczoraj był taki dzień. Pojechałem rano do Warszawy, aby załatwić parę spraw, a przede wszystkim z zamiarem wypytania się o Warszawską Jesień, wspaniały festiwal współczesnej muzyki symfonicznej i elektronicznej, który właśnie się rozpoczął. Okazało się, że festiwal jest na typową, studencką kieszeń i jak tylko czas pozwoli i znajdę odpowiednich śmiałków, aby wybrać się nań niewielką grupą, to chętnie wybiorę się na kilka koncertów. Reflektuje ktoś na Karlheinza Stockhausena...? Następnie pokręciłem się po Centrum, odwiedziłem kilka księgarni i spotkałem się z moją dobrą przyjaciółką M., która już niebawem ponownie wylatuje na studia do Anglii. Poszwędaliśmy się, jak zawsze, po Warszawie, aby trochę jeszcze zgłodnieć, a jak już uznaliśmy, że warto coś zjeść, to M. zaprowadziła mnie do przytulnej restauracji, gdzie zamówiliśmy pastę, ale rzecz jasna zapomniałem i nazw potraw, i restauracji. Dołączyła do nas na pewien czas A., siostra M., a później pożegnaliśmy się z nią i wybraliśmy się pod wieczór na Starówkę na kawę. Kawa M. była zielona, ale to już zupełnie inna historia.
Pożegnałem się z M. i miałem już udać się na autobus, gdy okazało się, że na Placu Zamkowym odbywa się koncert. O koncercie wiedziałem od dawna, a konkretnie – 2 września dowiedziałem się, że ubiegłego dnia rozdawano za darmo wejściówki na koncert Lisy Gerrard i Klausa Schulze. Nawet się specjalnie nie sfrustrowałem, że nie zdobyłem biletu, bowiem byłem na wspaniałym koncercie Klausa Schulze pod koniec ubiegłego roku, a obecnie Klaus występował z bardzo podobnym repertuarem. Koncert miał charakter imprezy zamkniętej, a wejściówki zostały rozdane już pierwszego dnia, tak więc bardzo się zdziwiłem, gdy okazało się, że przed Zamkiem zainstalowano wielki ekran, na którym wyświetlano publicznie odywający się na dziedzińcu Zamku koncert. Trafiłem akurat na sam jego koniec. Lisa i Klaus zeszli już ze sceny, ale po chwili Klaus wrócił na bis. Bardzo się ucieszyłem, że nie wrócił z Lisą, bowiem nie lubię Klausa Schulze w duecie. Gdy jest na scenie z Lisą, to właściwie jej tylko akompaniamentuje, natomiast nabiera energii dopiero wówczas, gdy jest mu dane występować solo. Wyszedł więc na scenę, zasiadł do swoich syntezatorów i zaczęła się prawdziwa magia.
Uwielbiam utwory sekwencyjne z gatunku Berliner Schule. Na bis Klaus wykonał wariację na temat utworu Shoreless, który miałem już okazję poznać pod koniec ubiegłego roku. Rozpoczął utwór od bardzo nowocześnie bzmiącej sekwencji, której akompaniamentował rytmem kojarzącym się wręcz z techno. Aż zmartwiłem się, że utwór rozpoczyna się zbyt współcześnie, ale już po chwili, o ile nie zawodzi mnie moja wiedza o syntezatorach, Klaus zaczął grać na Mellotronie, jednym z moich ulubionych syntezatorów z przed trzydziestu lat. Na Mellotronie gra się powoli i subtelnie, ale słychać było, że Klausa trochę poniosło, bowiem zaczął wprowadzać do swojego wykonania nieco za dużo energii. Na szczęście już po chwili przerzucił się z Mellotronu na Mooga, mój ulubiony syntezator, i zaczął nań wykonywać energiczną, soczystą solówkę. To była czysta poezja. Klaus wznosił się solówką tak wysoko i na takie częstotliwości, że aż krzywiłem się z bólu i uznania. Widać talent mistrza nie opuścił. Przez te dobre piętnaście minut, gdy Klaus był sam na scenie, to stanowił istny wulkan energii. Po pewnym czasie na scenę powróciła Lisa, ale wówczas straciłem zainteresowanie koncertem, a i tak musiałem już biec na autobus.
Cieszą mnie takie pozornie codzienne, a przecież niecodzienne dni, gdy nie tylko mogę spotakać się z przyjaciółmi, a również zaskakuje mnie wspaniała muzyka.






1 comments:
kim jest ten Karlheiz coś tam coś tam ? wiem, że jest google ale mi się nie chce? :) Coś tak jak Autehre?
Post a Comment