Wizje... (Część I)
Spekulatywne science-fiction sprawdza się wówczas, gdy wywraca do góry nogami wszechświat bohaterów i doprowadza ich do ostateczności; zmusza do podejmowania skrajnych decyzji i bezlitośnie narusza ich status quo. Każde spekulatywne SF zaczyna się od pytania – Co by było, gdyby...? – lecz to najlepsze, oprócz snucia opartych o ekstrapolację, naukowych przypuszczeń, przede wszystkim doprowadza bohaterów do granicy ich człowieczeństwa i stawia to najtrudniejsze z pytań – pytanie o naturę człowieka i człowieczeństwa.
Ilekroć przypatruję się, jak moi rodzice oglądają w telewizji jakiś popularny, polski serial lub polską telenowelę, to mam nadzieję, że nagle bohaterom przytrafi się coś niespodziewanego, co zmusi ich do wyjścia poza codzienny schemat postępowania. Aby Rysio z "Klanu" po raz pierwszy w swoim serialowym życiu przestał reagować jak pies Pawłowa i zaczął myśleć. Ot – trzęsienie ziemi, holokaust nuklearny, śmiertelna pandemia lub atak Godzilli. Jednak nigdy nie uświadczyłem w "Klanie" ataku Godzilli (jeżeli się mylę, to mnie poprawcie), a to dlatego, że większość polskich seriali ma do spełnienia misję wychowawczą wobec plebsu – tzn. uczy maluczkich schematów codziennego postępowania i tresuje kolejne pokolenia przewidywalnych obywateli. Stąd najbardziej skrajną fabułą w "Klanie" będzie zapewne zdrada małżonka lub nieślubne dziecko, a sam serial będzie przekazywał widzom zaaprobowany przez kulturę schemat właściwego postępowania w takich "skrajnych", a przecież nadal naturalnych i przewidywalnych sytuacjach. Bohaterowie będą cierpieć na choroby, o których państwo akurat edukuje w ramach jakiejś ministerialnej akcji zdrowotnej, serialowy ojciec będzie pouczać maluczkich o niebezpieczeństwach związanych z surfowaniem po Sieci, a serialowy pijak w końcu przypłaci za swój alkoholizm, bo tak przecież wypada.
Dlatego zatem bez wahania nazywam science fiction najciekawszym i najważniejszym gatunkiem literackim i filmowym. Nie mam oczywiście na myśli wielkich, hollywoodzkich superprodukcji, a raczej science fiction kameralne, stonowane, skupione na bohaterach i ich różnorodnych reakcjach wobec dynamicznie zmieniającego się świata przedstawionego.
Czym różni się dobry serial science fiction od swojego obyczajowego odpowiednika? Wystarczy obejrzeć dowolny serial o amerykańskiej prowincji oraz rewelacyjny serial "Jericho" z 2006 roku. Różnica jest taka, że bohaterom dowolnego innego serialu będą się z dnia na dzień przydarzać ich przewidywalne perypetie, natomiast bohaterowie "Jericho" już w pierwszym odcinku dostrzegają na horyzoncie charakterystyczną chmurę grzybu atomowego i są zmuszeni zrewidować swoje poglądy na życie na prowincji w obliczu nuklearnego holokaustu. W drugim odcinku walczą z nuklearnym deszczem, a z nastaniem nuklearnej zimy cierpią głód. W każdym innym serialu bohaterowie mogą co najwyżej odwiedzić znajomych z sasiednego miasta, natomiast mieszkańcy Jericho z walczą sąsiednim miastem o przetrwanie w postapokaliptycznej rzeczywistości.
KADR Z PIERWSZEGO ODCINKA SERIALU "JERICHO"
Czym różni się dobry serial science fiction od swojego obyczajowego odpowiednika? "Battlestar Galactica" z 2003 roku opowiada o ucieczce gwiezdnego konwoju statków kosmicznych przed złowrogą armią robotów, ale stanowi również alegorię na współczesne Stany Zjednoczone z ich ambiwalentną wojną w Iraku, powolną, acz konsekwentną faszyzacją społeczeństwa, rasizmem, terroryzmem i mesjanizmem. Z odcinka na odcinek prowadzi dyskurs na temat powinności cywili i wojska. Każe zastanowić się nad tym, co czyni człowieka człowiekiem, a maszynę – maszyną.
Czym różni się dobry serial science fiction od swojego obyczajowego odpowiednika? Głębią. Dyskursem. Poruszaną tematyką – filozoficzną, teologiczną, polityczną, kulturową. I z każdym kolejnym serialem telewizyjne science fiction zyskuje kolejny argument na swoją korzyść. Wczoraj obejrzałem premierowy odcinek serialu "FlashForward". Zróbcie sobie przysługę i zamiast kolejnej telenoweli zacznijcie oglądać ten serial. Zaczął się bardzo zachęcająco i podejrzewam, że jak tylko utrzyma poziom, to będzie o nim głośno. Napiszę o nim więcej w następnej notce, a tymczasem zachęcam Was do obejrzenia pierwszego odcinka pt. "No More Good Days".
Ciąg dalszy nastąpi...





1 comments:
Nie znam się na s-f za bardzo, poza okazjonalnymi zachwytami nad dziełami w rodzaju Blade Runner, czy ostatnio District 9.
Ale za to bliższy mi i ciekawy wątek polskich seriali poruszyłeś- zaskakuje mnie "kulturowa" różnorodność telewizyjnych produkcji. Zauważ, że w Stanach (na przykład) karierę robią seriale o czymś lub kimś niezwykłym: Lost, Dexter, House, Californication, Rodzina Soprano etc. Bohaterowie mają wiele cech zwykłych ludzi, a jednak sami są niezwykli i przeżywają pełne niespodzianek przygody. O poziomie intelektualnym tych produkcji nie chcę dyskutować, bo to inna kwestia.
Nasze polskie seriale natomiast to zwykle właśnie ugrzeczniona do bólu wersja rzeczywistości- Klan, M jak Miłość, Magda M, Na dobre i na złe (choć to raczej serial science-fiction). Babcie zawsze siedzą w kuchni, żony zawsze są idealnymi matkami, o seksie się raczej nie mówi, a ludzie radzą sobie ze wszystkimi problemami przy wsparciu rodziny, księdza, lekarza i przyjaciół. No i wszyscy bohaterowie są tacy sami, jedni są tylko bardziej smutni lub weseli. Przeklinanie- tylko w serialach "policyjnych" lub w scenie niesfornego nastolatka przechodzącego okres buntu i troskliwego rodzica tłumaczącego młodzikowi złe skutki społeczne używania brzydkich wyrazów.
Post a Comment