Myriads Of Me: Tellur's Journal

Wanderlust%20ProjectQuantcast

Wanderlust Project to moje muzyczne alter ego – projekt, nad którym pracuję od końca 2008 roku. Zapraszam Was do przesłuchania mojej twórczości!

30.1.09

Cyberpunk...


The sky above the port was the color of television,
tuned to a dead channel.


― William Gibson's "Neuromancer"


To powyższe, pierwsze zdanie powieści "Neuromancer" Gibsona na zawsze zmieniło oblicze science-fiction – zakwestionowało jej swoistą, scjentyczną naiwność na rzecz neoromantycznej, cyberpunkowej estetyki. Z powyższymi słowami zapoznałem się jeszcze w gimnazjum za sprawą znakomitego, polskiego przekładu Piotra Cholewy. Wówczas przeczytałem jedynie "Neuromancera", by do cyberpunku – a właściwie już post-cyberpunku – powrócić dopiero ostatnio. Obecnie zaczytuję się Eganem, Strossem i Stephensonem – pisarzami współczesnymi – ale brakuje mi wiedzy na temat ich literackich poprzedników. Dlatego właśnie bardzo się ucieszyłem, gdy udało mi się zapisać na pierwszy na warszawskiej Anglistyce kurs o science-fictionCyberpunk and Beyond – swoistą syntezę przyjemnego z pożytecznym.

Jednak jedynie ten kurs sprawia mi jakąkolwiek przyjemność. Pozostałe wybrałem z konieczności. Będę również uczęszczał na obowiązkowe zajęcia o jakże zachęcającej nazwie American Institutions. Są to, obawiam się, zajęcia mające na celu przekazać nam podstawową wiedzę o geografii, gospodarce, społeczeństwie i polityce Stanów Zjednoczonych, którą prawdopodobnie na tym etapie edukacji i tak każdy już posiada, a jeżeli nawet nie, to równie dobrze można ją wyczytać z Wikipedii. Zapisałem się również na kurs o bardzo mało mówiącej nazwie Continuity and Change in the American Nation. Tym razem również spodziewam się przekrojowej wycieczki po ogólnej wiedzy historycznej i socjologicznej. Poza kursami muszę również uczęszczać na dwa sequele wcześniejszych zajęć – Academic Writing VI: The Revenge Of Academic Writing oraz Translation II: Reloaded.

Jest 30 stycznia, a to oznacza, że dzisiaj kończę 23 lata. Jednak nie jest to żaden powód do świętowania. Ledwo co wróciłem rano z egzaminu z psychologii, a od razu zabrałem się za pisanie eseju o Philipie K. Dicku. Nie zrozumcie mnie źle – lubię Dicka – jednak spędzanie z nim urodzin uważam za cokolwiek osobliwe. Gdy już odesłałem esej, to spędziłem dwie godziny w wannie, pijąc jednocześnie kawę i słuchając muzyki i tak oto dzień dobiegł końca. Mam nadzieję, że w tym semestrze, już tradycyjnie, studia przede wszystkim nie będą mi przeszkadzać w pracy oraz pasjach. Chciałbym skoncentrować się na przekładaniu powieści oraz komponowaniu muzyki, a także powalczyć ze swoim aspołecznym niekiedy nastawieniem, bo jednak coraz to bardziej robi się ze mnie odludek. A przecież ktoś mądry powiedział: no man is an island – i tego zamierzam się trzymać.

28.1.09

The Cataract... (Reprise)


Z przyjemnością zamieszczam dla Was pełen utwór "The Cataract", którego części wcześniej oferowałem na blogu aż dwukrotnie. Dzięki temu mogliście śledzić powstawanie i rozwój mojego pomysłu, który obecnie dojrzał już do pełnej publikacji.

Gdy tylko zaopatrzyłem się w wirtualną orkiestrę symfoniczną, to zacząłem pracować nad prostymi progresjami podłużnych barw kontrabasu i budującymi napięcie i nastrój dialogami rogów francuskich. Te proste pomysły przekształciły się z czasem w utwór "The Cataract", który nie tylko zaczął żyć własnym życiem, ale rozrósł się do rozmiaru dwóch, wyrazistych tematów "A" i "B", z których żaden właściwie nie był wcześniej w planach. Chciałem po prostu nauczyć się tworzenia nastroju za pomocą rzemieślniczego żąglowania barwami i akordami, a wyszedł mi pełnoprawny, mam nadzieję, utwór.


POBIERZ UTWÓR "THE CATARACT" Z PROJEKTU "WANDERLUST"


Jeżeli macie ochotę, to poniżej chętnie go pokrótce omówię:

00:00 – 00:15:
Komponowanie "The Cataract" zacząłem od środka utworu, a początek zostawiłem sobie prawie że na sam koniec. Zastanawiałem się, czy aby nie zacząć od razu od współgrania kilku elementów, ale ostatecznie rozpocząłem utwór samą harfą, ponieważ później nieco ginie zagłuszona pozostałymi instrumentami i chciałem ją przynajmniej na chwilę wyeksponować. Nadal, rzecz jasna, słychać ją później i stanowi niezbędną część utworu, ale jedynie na samym początku wychodzi na pierwszy plan i można ją odbierać tak świadomie. Podoba mi się to, jak fajnie, nisko schodzi. W tle pogrywają sobie subtelnie instrumenty perkusyjne. Już chyba po tych pierwszych czternastu sekundach słychać, że moim celem było osiągnięcie "egipskiego" klimatu.

00:15 – 00:45:
W tym momencie harfa powoli zanika pod bębnami timpani, które będą konsekwentnie, jednostajnie brzmieć aż do końca utworu – wszak bitwa o kataraktę za chwilę się rozpocznie. W tle zaczyna akompaniować kontrabas, a po pewnym czasie jego melodię powtarzają wysoko skrzypce tremolo oraz flet vibrato. Narasta napięcie przygotowujące do wprowadzenia tematu "A".

00:45 – 01:15:
Było moją ambicją, aby temat "A" utworu "The Cataract" napisać na białe i czarne klawisze. Melodie wykonywane wyłącznie na białych klawiszach brzmią wprawdzie heroicznie i dostojnie, ale tym razem zależało mi na intrygującej, orientalnej melodii. Zaczyna się od E, a jak cała wybrzmiewa, to powtarza się interpolowana nieco wyżej od G. Dzięki temu stała się chyba ciekawsza.

01:15 – 01:30:
W tym momencie powtarzam po prostu most na kontrabas, flet i skrzypce dla wytworzenia dystansu, zanim wprowadzę w utworze kolejną część.

01:30 – 01:45:
Następnie utwór zmienia nieco swoje oblicze. Wprowadziłem tutaj dialog fletu z rogiem angielskim, a w tle wiernie akompaniuje kontrabas. Chciałem przećwiczyć technikę call and response, która polega na tym, że jeden instrument "oznajmia", a drugi "odpowiada", dzięki czemu oba wchodzą ze sobą w dialog i czasami zgadzają się, a czasami się kłócą. Muzyka to przecież też sposób wyrażania się, a więc i sporów i kłótni. Potężny róg angielski posiada, rzecz jasna, znacznie więcej temperamentu, natomiast flet woli wypowiadać się dłuższymi frazami.

01:45 – 02:25:
Dialogu część druga, przy czym obecnie integralną część utworu stanowi subtelna harfa w tle. Nie angażuje się wprawdzie bezpośrednio w rozmowę fletu z rogiem, ale mimo to ma coś ważnego i wyraźnego do powiedzenia.

02:25 – 03:08:
Za sprawą rogu angielskiego i fletu narasta napięcie, które po pewnym czasie przeobraża się w pełnoprawny temat "B" utworu. Powstał on w pierwszej kolejności, przed tematem "A", ale to temat "A" strukturalnie pełni znacznie ważniejszą rolę...

03:08 – 04:05:
...i dlatego właśnie temat "A" wybrzmiewa ponownie w repryzie, przy czym tym razem nie idzie w połowie niżej, lecz jego początek powtarza się w wyższej oktawie. Pod sam koniec melodii całość zaczyna okalać flet i utwór dobiega końca.

Mam nadzieję, że choć trochę Wam się podobało...

26.1.09

The Orchard... (Reprise)


Niespełna dwa tygodnie temu zamieściłem dla Was fragment mojego utworu "The Orchard", a obecnie mogę już podzielić się z Wami całością. Wówczas nie do końca wiedziałem, jak właściwie wybrnąć z fragmentu na fortepian i na którym konkretnie instrumencie wykonać temat utworu, ale w następnym tygodniu, pomiędzy dwoma egzaminami, postanowiłem czym prędzej pożegnać się z fortepianem i powrócić do moich dwóch, prowadzących ze sobą dialog altówek. Pewnego dnia wróciłem akurat z imprezy i porządnie się wyspałem, a ponieważ obudziłem się o dziwnej porze i nie miałem zamiaru szybko ponownie położyć się spać, to czym prędzej zasiadłem do utworu. Dwie godziny później przesłuchiwałem już całość, która mnie trochę zaskoczyła, gdyż zawędrowała w zupełnie innym kierunku, niż początkowo zamierzałem.


POBIERZ UTWÓR "THE ORCHARD" Z PROJEKTU "WANDERLUST"


WanderlustTo w ogóle jest ciekawe, do jakiego stopnia to muzyka sama jest sobie panem i władcą. Ja jako "kompozytor" nie mam jeszcze nad nią panowania i bardzo często potrafi mnie zaprowadzić w jakieś osobliwe nigdziebądź, a ja, chcąc nie chcąc, muszę za nią usłużnie podążać.

Utwór "The Orchard" miał z założenia stanowić dialog wyższej altówki "A" z niższą altówką "B" wewnątrz pewnej określonej kontrabasem struktury, przy czym altówka "B" miała jedynie podkreślać melodię altówki "A" i ją ewentualnie miejscami jakoś (nieudolnie) kontrapunktować. Pod sam koniec utworu ta służalcza altówka "B" niespodziewanie jednak zaczęła przedzierać się na pierwszy plan, aż zdominowała utwór do tego stopnia, że swoją znacznie ciekawszą niż altówki "A" melodią doprowadziła do niespodziewanego, ale moim zdaniem bardzo ładnego zakończenia, z którego jestem wyjątkowo zadowolony.

Sam środkowy fragment na fortepian miał w założeniu rozwinąć się w jakąś nieco bardziej swobodną improwizację, ale zagubiłem się w dosyć topornej strukturze rodem z Philipa Glassa i ryzykowałem zapętleniem się w nieskończność, a przynajmniej na dobrych kilka minut. Wprawdzie uwielbiam minimalizm w muzyce, ale chyba jednak trzeba być Philipem Glassem, by brzmiał wystarczająco efektownie i spektakularnie. A ponieważ, mimo moich usilnych starań, Philipem Glassem nie jestem, to czym prędzej zakończyłem moje fortepianowe, spiralne meandrowanie i powróciłem do moich altówek.

Zakończenie z chórem utwór zawdzięcza mojemu dosyć egzotycznemu zamiłowaniu muzyką elektroniczną. Na samym początku lat '60 powstała toporna maszyna o nazwie Mellotron, której zadaniem było odgrywanie nagrań z taśm magnetycznych. Można powiedzieć, że to taki pierwowzór współczesnego samplera. Mellotron potrafił grać w nieskończoność dosłownie kilkanaście sekund zapętlonego nagrania. Jednym ze sztandarowych sampli Mellotronu było nagranie chóru, które zostało wyeksploatowane do cna w muzyce elektronicznej lat '60 i '70 i kończyło zazwyczaj długie utwory sekwencyjne Tangerine Dream czy Klausa Schulze, a obecnie występuje u Redshift czy Radio Massacre International. W "The Orchard" nie wykorzystałem wprawdzie nagrania chóru z Mellotronu, ale użyłem równie majestatycznego, acz jednostajnego, męskiego chóru.

"The Orchard" strukturalnie nie jest przemyślanym utworem, lecz stanowi raczej "wprawkę" w pisaniu na kilka instrumentów smyczkowych. Planuję również wprawić się kiedyś w pisaniu kompozycji na kwintet instrumentów dętych. Chwilowo jednak zamierzam odpocząć od kameralnych struktur i chciałbym znów napisać coś nachalnie majestatycznego :-).

22.1.09

Łoziński... (Część IV)


The Demerits of Domestication: Proper Names in Jerzy Łoziński's Translation of J.R.R. Tolkien's The Lord of the Rings


PART IV:
ŁOZIŃSKI ― FOREIGNIZING THE FAMILIAR


The very fact that Łoziński's translation appeared on the Polish market was not an artistic choice, but rather, an economic one. Without going into details, it should nevertheless be stated that the translator himself admitted that Zysk i S-ka only decided to commission a new translation because of the inability to reach an agreement over Skibniewska's revised translation, which was to be published by Muza in hardcover and Zysk i S-ka in softcover in 1996 (13). Łoziński's new translation for Zysk i S-ka was rushed for time as to allow for competition with Muza, which resulted in many obvious, essential mistakes in the subject matter of the novel, but these remain outside the focus of this essay.

Łoziński's translation was not primarily criticised for its obvious mistakes, which could be corrected with ease in later editions, but rather for the deliberate choice of domestication as a translation strategy. Paradoxically, the result of Łoziński's domestication of LOTR only attempted to "foreignize" the novel, as readers of its previous translation felt they had been presented with an entirely different body of text. Yet some scholars believed that the translator's conscious choice of domestication is not an objective flaw which may or should be academically refuted, if not for the aforementioned arguments from the first part of this essay.

Nevertheless, if the aim of domestication is to provide familiar, target-culture-oriented renditions of proper names, then Łoziński only managed to provide somewhat peculiar solutions, which were no longer Anglo-Saxon in nature, nor were they always obviously Polish (or even Slavic, for that matter). Going against Tolkien's clear instructions, Łoziński domesticated the majority of place names in LOTR. The first class of those place names could be argued to be domestications proper:

  • Bag End ― Bagoszno
  • Buckland ― Jelenisko
  • Hobbiton ― Hobbitów

Other choices, however, seem forced, where a simpler Polish form could be used instead:

  • Doors of Durin ― Wierzeje Durina
  • Front Gate ― Frontowa Brama

In other cases, the source name should have been left undomesticated, because the place names derive from either Quenya or Sindarin:

  • Rivendell ― Tajar
  • Lothlórien ― Lotaloria

In the case of the river Brandywine, its name was meant to be a popular derivation of its Elvish name Baranduin. Because its popular name jokingly refers to alcohol, Łoziński decided to translate Brandywine as Gorzawina (14) ― losing the derivation from the Elvish Baranduin in the process, against Tolkien's intentions of LOTR being a narrative with an overt, linguistic level.

Some other unfortunate translation choices are even unintentionally misleading. Łoziński translated Mathom-House (a museum in Hobbiton), as Maszomleum (Dom Mathom in Skibniewska's translation). It is to be assumed he intended the /-eum/ to refer to the Polish muzeum, but because of the word's syllable length it evokes the word mauzoleum instead. Another major mistranslation is Łoziński's rendition of Mount Doom. Skibniewska translated this place name as Góra Przeznaczenia, rightfully referring to the fact that on this very mountain the destiny of the novel's protagonist had been fulfilled. Łoziński mistranslated the place name as Przeklęta Góra ― though such a feature of the mountain is not mentioned in the novel (15).

Perhaps Łoziński's most controversial choice was to disregard the traditional krasnoludy/krasnoludowie used by Skibniewska (and popularized in Polish translations of numerous novels from the derivative fantasy genre) in favour of the form krzaty/krzatowie. Such a choice had peculiar outcomes, such as the translation of dwarven boots into krzatowe kalosze (buty na modłę krasnoludzką in Skibniewska's translation). It goes without saying that Tolkien's dwarves were an ancient, refined and respected race, which krzatowe kalosze just does not evoke.

Łoziński also domesticated most of LOTR's personal names. While it could be argued that such choices as Meriadoc BrandybuckRadostek Gorzaleń and Samwise GamgeeSamlis Gaduła are a matter of personal preference, others are obvious mistranslations. Perhaps the most controversial choice was Łoziński's translation of Strider (Aragorn's alias) into Łazik (Obieżyświat in Skibniewska's translation). Obieżyświat, while not a perfect choice (perhaps Wędrowiec or Włóczęga would suit the character better), at least obviously refers to a human being, while the Polish word łazik previously referred to three inanimate objects ― an automated lunar exploration module, a jeep and the Fiat 508 Łazik automobile ― all of which are vehicles.


CONCLUSION


While it could be argued that domestication is a strategy which goes against the intents and preferences of Tolkien himself, and is therefore an objectively flawed approach to translating LOTR, Łoziński has nonetheless deliberately chosen to domesticate LOTR and his translation should be judged not only on the basis of his initial choice of a translation strategy, but also on the basis of how well he executed his intentions within that strategy. Not only was his choice of domesticating LOTR an arguable one, his execution of domestication also leaves a great deal to be desired. It is perhaps fortunate that the publisher of his translation reintroduced most proper names as previously translated by Maria Skibniewska in the revised edition of Łoziński's translation.


(13) Tadeusz A. Olszański. "The Polish Story of The Lord of the Rings: Three Translations, Many Editions." Aiglos. Tolkienistic Almanac. Special Issue (Summer 2005). Katowice: Śląski Klub Fantastyki, 2005.
(14) Arkadiusz Kubała. Przewodnik po nazwach miejscowych Śródziemia. Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.: Warszawa, 2003.
(15) Arkadiusz Kubała. Przewodnik...


PRIMARY SOURCES


  • Tolkien, J.R.R. The Lord of the Rings. 1994 Revised Edition. Houghton Mifflin Company: 1994.
  • Tolkien, J.R.R. Władca Pierścieni, przeł. Jerzy Łoziński. Zysk i S-ka: Poznań, 1996.
  • Tolkien, J.R.R. Władca Pierścieni, przeł. Maria Skibniewska. Muza: Warszawa, 1996. Wiersze w przekładzie Włodzimierza Lewika, Tadeusza A. Olszańskiego i Andrzeja Nowickiego. Dodatek D i E w przekładzie Ryszarda Derdzińskiego.


SECONDARY SOURCES


  • Gumkowski, Marek. "Trudny wybór: elfy, elfowie, a może Elfy? Problemy pisowni nazw ras myślących w przekładach J.R.R. Tolkiena." Aiglos. Almanach Tolkienowski nr 3 (Zima 2004/2005). Katowice: Śląski Klub Fantastyki, 2005.
  • Kubała, Arkadiusz. Przewodnik po nazwach miejscowych Śródziemia. Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.: Warszawa, 2003.
  • Olszański, Tadeusz A. "Beowulf czyli wilk na pszczoły." Aiglos. Almanach Tolkienowski nr 1 (Zima 2003/2004). Katowice: Śląski Klub Fantastyki, 2004.
  • Olszański, Tadeusz A. "The Polish Story of The Lord of the Rings: Three Translations, Many Editions." Aiglos. Tolkienistic Almanac. Special Issue (Summer 2005). Katowice: Śląski Klub Fantastyki, 2005.
  • Szyjewski, Andrzej. "Mitologia dla Anglii jako (re)konstrukcja filologiczna." Z Valinoru do Mordoru. Świat mitu a religia w dziele Tolkiena. Wydawnictwo M: Kraków, 2004.
  • Ziółkowski, Adam. "J.R.R. Tolkien albo baśń zrehabilitowana": Aiglos. Almanach Tolkienowski nr 1 (Zima 2003/2004). Katowice: Śląski Klub Fantastyki, 2004.


20.1.09

Łoziński... (Część III)


The Demerits of Domestication: Proper Names in Jerzy Łoziński's Translation of J.R.R. Tolkien's The Lord of the Rings


PART III:
SKIBNIEWSKA ― A FRAME OF REFERENCE


To showcase Łoziński's major derivations from the established traditions of Maria Skibniewska, a brief overview of Skibniewska's approach seems appropriate. The first Czytelnik edition of her translation was published in Poland in the years 1961-1963, with several reprints in later decades. A revised hardcover edition was published by Muza in the year 1996, along with Łoziński's softcover translation by Zysk i S-ka (11).

Skibniewska closely followed the translation framework as established by Tolkien and committed only minor mistranslations, although the popularity of her translation has been attributed by some scholars to both later revisions and nostalgia. Among her derivative choices was the domestication of feminine names, thus Galadriel became Galadriela and Arwen became Arwena. The same process has been applied to several geographical names: the river Brandywine became Brandywina, the mountain OrodruinOrodruina. This, perhaps, might seem a minor alteration, but even such changes went against Tolkien's notions of phonæsthetic proper names, as the addition of feminine morphemes changed the stressed syllable of each word, resulting in different utterances, unlike those intended by the author.

Skibniewska introduced the neutral plural forms of elfy and krasnoludy for elves and dwarves respectively, but some scholars argued that such forms objectified both races, whereas elves and dwarves should have masculine plural forms. In the revised edition of her translation, the forms elfowie and krasnoludowie were used (12). Skibniewska also introduced several phonetic domestications, for example substituting /c/ with /k/ and /sh/ with /sz/ in proper names, although she did this without consistency, leaving out the English /ð/ instead of the Polish /t/. Perhaps her most controversial decision was to change the name of the first volume of LOTR from The Fellowship of the Ring to Wyprawa ― a change which she never justified.

Despite such alterations, most proper names in her translation remained in their source text renditions and have been carried over to the translation of Maria and Cezary Frąc.


(11) Tadeusz A. Olszański. "The Polish Story of The Lord of the Rings: Three Translations, Many Editions." Aiglos. Tolkienistic Almanac. Special Issue (Summer 2005). Katowice: Śląski Klub Fantastyki, 2005.
(12) Marek Gumkowski. "Trudny wybór: elfy, elfowie, a może Elfy? Problemy pisowni nazw ras myślących w przekładach J.R.R. Tolkiena." Aiglos. Almanach Tolkienowski nr 3 (Zima 2004/2005). Katowice: Śląski Klub Fantastyki, 2005.


Ciąg dalszy nastąpi...

18.1.09

Łoziński... (Część II)


The Demerits of Domestication: Proper Names in Jerzy Łoziński's Translation of J.R.R. Tolkien's The Lord of the Rings


PART II:
TOLKIEN'S PRIME DIRECTIVE


In most cases, when a translator is faced with the conscious conundrum of choosing a translation strategy, one must either assume, interpret or extrapolate the aims and stylistic decisions of the author on the basis of the source text itself, in which case the source text lends itself to many interpretations and the translator's choice to either foreignize or domesticate the target text could presumably be justified in either case. This is not, however, the case of Tolkien's LOTR. Contrary to Łoziński's claims, LOTR lends itself only to foreignization.

Tolkien is perhaps remembered above all as a writer, although he was first and foremost a professor of Anglo-Saxon and English Language and Literature in Oxford and himself a translator. Both professions had a substantial influence on Tolkien's legendarium.

Indeed, as is to be expected from a linguist, LOTR is above all a linguistic construct ― a narrative constructed for the sole purpose of serving as a vehicle for the linguistic development of Tolkien's two constructed languages ― Quenya and Sindarin. In the words of Adam Ziółkowski:

Tolkien's venture into the realm of fairy tales was somewhat unconventional indeed. Above all, his interest resided in languages. His creative genius demanded more than mastering a number of them and Tolkien went on to create a couple more languages himself. Yet the more refined [his languages] became, the more apparent was the need to entrench them in a history, for there is no language without its own culture. Having created Quenya and Sindarin, Tolkien had to establish their users. He came to the conclusion that those were the languages of the elves.

His stories themselves were nothing more than a means to create new names and develop the philological rules of his languages.

Tolkien was the creator of an astoundingly rich, profound and coherent mythology, which employed two fully developed languages, which partook in its existence, but also became its raison d'etre. (3)

Tolkien's linguistic approach to constructing his narratives is therefore the key to establishing translation strategies, which would primarily concern the translation of proper names in LOTR. Because his literature is constructed upon a linguistic framework, it would be perhaps unwise to shatter that linguistic framework by domesticating proper names, as Łoziński unfortunately did. Indeed, Marek Gumkowski believes that:

The awareness of Tolkien's literature being entrenched in his linguistic knowledge and passions is essential in analysing and interpreting his novel. (4)

Such an awareness, in consequence, is essential in deciding upon the method of translation. Because most place names in Tolkien's legendarium are either in Quenya or Sindarin, or their modern derivatives, a decision to domesticate them would consequently detach Tolkien's narrative from its underlying linguistic roots.

Yet another indication which should encourage translators to gravitate towards foreignization as the ideal method of translating LOTR is the belief shared by Tolkien that language has inherent phonæsthetic values ― i.e. certain words sound pleasant (euphonic) or unpleasant (cacophonic) by their very phonetic nature (5). Tolkien consciously employed this belief in writing LOTR, in which proper names were meant to both sound and look beautiful, frightful or otherwise, hence a domestication of proper names, altering those introduced by Tolkien himself, would rid the novel of its inherent, phonæsthetic features. There is an agreement between Tolkien scholars that this very feature of Tolkien's narrative should be left unaltered. Gumkowski concludes that:

The novel's recurring theme of a strong, intellectual-emotional reaction of protagonists to certain utterances, and even single words (proper names in particular) in a language foreign to them was perhaps intended to serve as a model for the reception of The Lord of the Rings, in which words in the elvish languages should affect the readers by their sound alone, without their having to be translated. (6)

Ziółkowski also confirms that proper names as devised by Tolkien are meaningful and play a prominent role in the narrative structure of the novel:

Tolkien's writing technique, which manifested itself in first creating names, and only then the characters whom those names described had a substantial effect on the profound precision of his mythical world. Tolkien's names were not only meaningful, but also in unison with the characters who bore them. (7)

This aspect of Tolkien's creation has been, unfortunately, completely disregarded in Łoziński's translation.

Apart from being a literary construct for linguistic purposes, by design Tolkien's LOTR also meant to serve as a mythology for England (8). While Andrzej Szyjewski claims that Tolkien's intent has been thwarted by the fact that his literature inevitably gained a universal recognition reaching far outside the Anglo-Saxon world, Tolkien's initial intentions should nevertheless be taken into account during translation.

Tolkien himself was a translator conscious of the various modes of translation. His own translations of literary works were meticulous to the extent of justifying the choice of each word. Tadeusz Olszański writes about Tolkien's recently discovered translation of Beowulf, claiming that:

Although [it is] presumably poetically inaccurate (the Professor must have been dissatisfied with his work, because not only did he not publish it, he never even mentioned its existence to anyone) it probably remains faithful to the original and includes extensive annotations about single phrases and words. (9)

This consciousness of translation problems led Tolkien to establish an authorial directive as to how LOTR in general and proper names therein in particular should be translated into other languages. Tolkien himself provided a list of those proper names which could (by no means should) be domesticated, insisting that all other proper names should be left in their original rendition. This "prime directive" ― and the only direct statement of the author to his translators ― for the most part has been executed properly in the first Polish translation by Skibniewska and in the latest translation by Maria and Cezary Frąc, which followed Skibniewska's established canon (10). Taking the aforementioned arguments into consideration, it is perhaps clear why Łoziński's bold deviation sparked such a controversy among readers and scholars.


(3) Excerpt translated for the needs of this essay from J.R.R. Tolkien or the Rehabilitation of the Fairy-tale:
Do świata baśni Tolkien wszedł drogą bardzo niekonwencjonalną. Jego pierwszą wielką fascynacją były języki. Ale twórczy geniusz nie pozwolił mu poprzestać na nauczeniu się kilkunastu spośród nich, lecz pchnął go ku tworzeniu nowych. [...] Im wszakże [jego języki] stawały się doskonalsze, tym wyraźniejszą stawała się potrzeba zakorzenienia ich w jakiejś historii: nie ma języka bez ludu, który się nim posługuje. Stworzywszy Quenyę i Sindarin Tolkien musiał ustalić, kto nimi mówi. Okazało się, że mówiły nimi elfy.
[...] Same utwory były niewiele więcej niż pretekstami do układania nowych imion i związanej z tym pracy filologicznej.
[...] Tolkien... [...] był twórcą niezwykle bogatej, głębokiej i koherentnej mitologii oraz dwóch w pełni rozwiniętych języków, przynależnych do niej, a jednocześnie stanowiących jej raison d'etre.
Adam Ziółkowski. "J.R.R. Tolkien albo baśń zrehabilitowana": Aiglos. Almanach Tolkienowski nr 1 (Zima 2003/2004). Katowice: Śląski Klub Fantastyki, 2004.

(4) Excerpt translated for the needs of this essay from A World Born out of Language: J.R.R. Tolkien's "The Lord of the Rings":
Świadomość owego zakorzenienia twórczości Tolkiena w jego językowej wiedzy i lingwistycznych pasjach jest czymś absolutnie zasadniczym dla analizy i interpretacji powieści. [...]
Marek Gumkowski. "Świat zrodzony z języka: "Władca Pierścieni" J.R.R. Tolkiena". Aiglos. Almanach Tolkienowski nr 2 (Wiosna/Lato 2004). Katowice: Śląski Klub Fantastyki, 2004.

(5) For example, in his essay English and Welsh (1955), Tolkien claims that the English compound cellar door is the most beautiful sounding cluster of words in the English language...
(6) Excerpt translated for the needs of this essay from J.R.R. Tolkien or the Rehabilitation of the Fairy-tale:
Powracający w powieści motyw silnej emocjonalno-intelektualnej reakcji bohaterów na wypowiedzi, a nawet pojedyncze słowa (zwłaszcza nazwy i imiona) w obcym dla nich języku [...] ma być najwyraźniej modelowy także dla zakładanego przez autora odbioru "Władcy Pierścieni", gdzie słowa w językach elfów powinny oddziaływać na czytelnika samym swoim brzmieniem, bez konieczności przekładu.
Marek Gumkowski. "Świat zrodzony z języka: "Władca Pierścieni" J.R.R. Tolkiena". Aiglos. Almanach Tolkienowski nr 2 (Wiosna/Lato 2004). Katowice: Śląski Klub Fantastyki, 2004.

(7) Excerpt translated for the needs of this essay from J.R.R. Tolkien or the Rehabilitation of the Fairy-tale:
Technika pisarska Tolkiena, polegająca na tworzeniu najpierw imion, a następnie na kreowaniu istot, które je nosiły ― a imiona Tolkiena są nie tylko znaczące, ale również zgodne z charakterami postaci, którymi je obdarzał (...) ― przyczyniła się wydatnie do niezwykłej precyzji jego mitycznego świata.
Adam Ziółkowski. "J.R.R. Tolkien albo baśń zrehabilitowana": Aiglos. Almanach Tolkienowski nr 1 (Zima 2003/2004). Katowice: Śląski Klub Fantastyki, 2004.

(8) Andrzej Szyjewski. "Mitologia dla Anglii jako (re)konstrukcja filologiczna." Z Valinoru do Mordoru. Świat mitu a religia w dziele Tolkiena. Wydawnictwo M: Kraków, 2004.
"A mythology for England as a philological (re)construction." From Valinor to Mordor. The mythical world and religion in the literature of Tolkien. M Publishing House: Kraków, 2004.

(9) Excerpt translated for the needs of this essay from Beowulf or bees' wolf:
[...] tłumaczenie Tolkiena, zapewne niedoskonałe poetycko (Profesor musiał być zeń niezadowolony, skoro nie to, że go nie opublikował, ale wręcz nikomu o nim nie wspomniał) jest najprawdopodobniej nader wierne i opatrzone obszernymi, szczegółowymi komentarzami do poszczególnych fraz i słów.
Tadeusz A. Olszański. "Beowulf czyli wilk na pszczoły." Aiglos. Almanach Tolkienowski nr 1 (Zima 2003/2004). Katowice: Śląski Klub Fantastyki, 2004.

(10) Tadeusz A. Olszański. "The Polish Story of The Lord of the Rings: Three Translations, Many Editions." Aiglos. Tolkienistic Almanac. Special Issue (Summer 2005). Katowice: Śląski Klub Fantastyki, 2005.


Ciąg dalszy nastąpi...

16.1.09

Łoziński... (Część I)


Powoli zbliża się ten coroczny moment, gdy z powodu sesji egzaminacyjnej moja sieciowa aktywność na Myriads Of Me znacznie się zmniejsza, ale jednocześnie zwiększa się comiesięczna liczba notek za sprawą prac pisemnych, które tutaj zamieszczam. Dzielę się nimi wówczas, gdy nie stanowią jedynie jakiegośtam losowego zaliczenia, lecz wynikają z moich przemyśleń na temat tych aspektów kultury i literatury, które interesują mnie osobiście. Bez wahania zatem zamieszczam pracę o jednym z polskich przekładów "Władcy Pierścieni" Tolkiena, gdyż jest to nie tylko zagadnienie, które zainteresowało mnie w kontekście kursu o teorii tłumaczenia, lecz coś, o czym od dłuższego czasu miałem zamiar wypowiedzieć się publicznie.

Podczas Polconu 2007 w Warszawie wybrałem się na prelekcję Ani Studniarek o teorii tłumaczenia, w trakcie której Ania nawiązywała do tłumaczeń Łozińskiego – "Diuny" i "Władcy Pierścieni". Wówczas nie wypowiedziałem się na ten temat, gdyż zabrakło mi ugruntowania w teorii, ale miałem okazję zamienić parę słów ze wspaniałym tłumaczem, Tadeuszem Olszańskim, który się do mnie przypadkiem przysiadł. To on jest autorem moich ulubionych przekładów wierszy Tolkiena, którymi zaczytytwałem się w dzieciństwie. Uwielbiam to, że te wynikające z moich prywatnych zainteresowań spotkania przyczyniają się do moich późniejszych wyborów na studiach i mogę wypowiedzieć się w akademicki sposób o tym, co mi od dawna chodzi po głowie.

Z racji tego, że mój esej jest dosyć długi i wymaga dodatkowego formatowania na potrzeby bloga, to zamieszczam go w czterech odsłonach.


The Demerits of Domestication: Proper Names in Jerzy Łoziński's Translation of J.R.R. Tolkien's The Lord of the Rings


PART I:
INTRODUCTION


Seldom does a work of literature become notorious for its translation alone, in spite of its narrative being far removed from functioning primarily as a vehicle for political or religious views. In the case of an ideologically neutral novel, as far as ideological neutrality is concerned, the notorious translation is either an undeniably amateurish one or an unusual, radical departure from a previously established, "canonical" translation. The latter is, for example, a fair description of the recent rendition of A.A. Milne's cult classic Winnie-the-Pooh ― Monika Adamczyk's contemporary edition from 1986, bearing the controversial title of Fredzia Phi-Phi, a departure from Irena Tuwim's established translation. Yet where readers and scholars of A.A. Milne could argue that Adamczyk's translation gives more justice to the source text, no such thing can be claimed about Jerzy Łoziński's translation of J.R.R. Tolkien's The Lord of the Rings (LOTR). His rendition of Tolkien's seminal novel (1), the first volume of which was published in Poland in 1996 by the publishing house Zysk i S-ka, sparked much controversy among Tolkien scholars, avid Tolkien readers ("the Tolkien fandom") and casual readers alike. While it was argued that Łoziński's overall style is a matter of personal preference, his choice of domesticating LOTR, the execution of which centered on place names and personal names, has been widely debated in academic circles of Tolkien scholars, who influenced the publication of a second edition of Łoziński's translation in 2001, in which most of his domesticated proper names were reverted to those used in Maria Skibniewska's previous translation, against the Translator's will, but with his consent, as states the publisher's note in the revised edition (2).

The aim of this work is to examine Jerzy Łoziński's choice of domesticating proper names in LOTR in the context of J.R.R. Tolkien's own translation directives and the literary functions of LOTR's proper names, Maria Skibniewska's previous, cult classic translation and the expectations of the publishers, the scholars and the market.


(1) The Lord of the Rings is not, as some would have it, a trilogy of novels, but rather, one novel in six parts published in three volumes ― which is, perhaps, the root of the misconception.
(2) Tadeusz A. Olszański. "The Polish Story of The Lord of the Rings: Three Translations, Many Editions." Aiglos. Tolkienistic Almanac. Special Issue (Summer 2005). Katowice: Śląski Klub Fantastyki, 2005.


Ciąg dalszy nastąpi...

14.1.09

The Orchard...


Gdy podzieliłem się swoimi dotychczasowymi utworami z pewnym muzykiem na Sieci, to powiedział, że bardzo dobrze wychodzą mi utwory epickie, ale skoro planuję całą płytę, to powinienem kontrastować te wzniosłe werble i perkusję z utworami bardziej subtelnymi i łagodnymi. Postanowiłem zatem rozwinąć jeden z moich bardziej subtelnych pomysłów z pianina, co zaowocowało utworem "The Orchard". Jest to prosta improwizacja, wręcz easy listening, niemniej chyba ładna. Nie zakończyłem jeszcze pracy nad całością, ale obecny fragment już ciekawie się powoli rozwija.


POBIERZ UTWÓR "THE ORCHARD" Z PROJEKTU "WANDERLUST"


Początkowo śmiałem się, że komponuję subtelny utwór o wisience na jedną altówkę. Po pewnym czasie z monologu zrobił się dwugłos, z dwugłosu – kwartet smyczkowy, z kwartetu – kwintet fortepianowy, a z kwintetu – utwór na orkiestrę kameralną. Z utworu o wisience powstał cały sad! Przekonałem się, że widocznie nie potrafię komponować subtelnie i jestem skazany na nachalną epickość.

Chociaż moje instrumentarium zwiększyło się znacznie, to ten utwór nadal pozostaje rozwinięciem pewnego bardzo prostego pomysłu. Chciałem napisać prostą passacaglię na kwartet smyczkowy, by móc improwizować wewnątrz narzuconej sobie struktury. Utwór zaczyna się od prostego basso ostinato i powoli wchodzą kontrabasy spiccato i pizzicato. Nad podkłem basowym prowadzą dialog dwie altówki. W pewnym momencie wprowadziłem fortepian. We fragmencie, który dla Was zamieszczam, nie ma jeszcze nawet głównego motywu utworu. Nadal się zastanawiam, czy wykonam go na fortepianie, czy na altówkach. Przerwałem na razie pracę nad "The Orchard" z powodu sesji egzaminacyjnej, ale zamierzam doń niebawem powrócić.

10.1.09

The Cataract...


Tym razem mam dla Was jedynie fragment dłuższego utworu, ale jego ukończona część stanowi całość rozwijającego się, głównego motywu. "The Cataract" to nieco dłuższa wersja kompozycji, którą zamieściłem ostatnio pod nazwą "Orchestral Demonstration". Wówczas eksperymentowałem po prostu z dialogiem basowego fletu tremolo i rogu francuskiego – instrumentów, które przeplatały się ze sobą lub prowadziły jawną konfrontację (przynajmniej w założeniu, bo jak mi wyszło, to kwestia osobistej oceny). W tle natomiast pogrywała sobie subtelna harfa. Obecnie utwór wykształcił już swój specyficzny koloryt i zyskał adekwatną do moich wyobrażeń nazwę. Obrazuje bitwę przy egipskiej katarakcie. Będę jeszcze musiał napisać do niego wstęp i zakończenie, ale chwilowo rozpocząłem pracę nad kwartetem smyczkowym i czekam na inspirację. Uznałem, że to może być ciekawe, jeżeli będę zamieszczał swoją muzykę na różnych etapach jej rozwoju. Oczywiście nie zamierzam przesadzać i nie będę zamieszczał nowej wersji co kilka taktów.


POBIERZ UTWÓR "THE CATARACT" Z PROJEKTU "WANDERLUST"


Jest to pierwszy utwór, nad którym pracuję wyłącznie na komputerze w moim środowisku muzycznym Renoise. Wcześniej usiłowałem zapisywać i rozwijać swoje proste melodie, które skomponowałem na pianino. Sam zapis pomysłów z pianina okazał się trudniejszy, niż myślałem – nagle okazało się, że w utworze "The Hinterland" trzykrotnie zmienia się tempo, co nie stanowiło żadnej trudności, gdy wykonywałem go na pianinie. Natomiast gdy już zapisałem w Renoise podstawową strukturę melodii, to sama orkiestracja i dodawanie nowych wątków przychodziły mi bez trudu. Jednak "The Cataract" powstawał wyłącznie na komputerze i nie musiałem sugerować się moją grą na pianinie. Mogłem skoncentrować się na rozwoju nastroju i eksperymentować z melodią.

Po wielokrotnym wysłuchaniu "The Cataract" zacząłem odnosić wrażenie, że brzmi bardzo znajomo... Uznałem, że to nic dziwnego, skoro sam go skomponowałem i pracowałem nad nim przez kilka godzin, ale to pozorne podobieństwo nie dawało mi spokoju. W końcu wpadłem na to, że trzy pierwsze nuty głównego motywu pokrywają się z trzema pierwszymi nutami z The Fellowship Theme Howarda Shore'a z "Władcy Pierścieni". Całość jednak nie ma z utworem Shore'a nic wspólnego. Odetchnąłem z ulgą, bo przecież Shore nie ma wyłącznych praw do sekwencji D-C-D :-).

6.1.09

Sylwester...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

Tegoroczny sylwester uważam za bardzo udany, ale ponieważ z kolei zdjęcia zupełnie się w tym roku nie udały, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zamieścić obrazek zastępczy...

Ugly Dolls


Żartuję, rzecz jasna. Niektóre zdjęcia udało się na szczęście uratować i niniejszym zamieszczam je na blogu. Nie są to niestety zdjęcia najlepsze, ani nawet reprezentatywne, ale jedyne, które udało się choć trochę odratować w programie graficznym.

SylwesterSylwester

ZNAJOMI USIŁUJĄCY ZASŁONIĆ BAREK Z ALKOHOLAMI... NAJSZYBCIEJ POSZEDŁ LIKIER KOKOSOWY.

NISKOBUDŻETOWA WERSJA PROGRAMU "GWIAZDY TAŃCZĄ NA LODZIE"... A W TLE POWIEWA SAMOTNA ŻARÓWKA.

SylwesterSylwester

NIEKTÓRZY TAŃCZĄ...

...A INNI JAK ZWYKLE DYSKUTUJĄ. "STOWARZYSZENIE UMARŁYCH ESTETÓW".

SylwesterSylwester

AMPER "AMPER" AMPER, ZNANY RÓWNIEŻ PO PROSTU JAKO "AMPER", TAŃCZACY KRAKOWIAKA LUB INNEGO BARAKA OBAMĘ Z IWĄ "IWĄ".

EHH, IWA I TE JEJ NIEPOPRAWNE GESTY...

4.1.09

The Hinterland...


Gdy moja przyjaciółka A. zapytała mnie ostatnio, dlaczego w dzieciństwie chciałem zostać dyrygentem, to odpowiedziałem jej bez chwili wahania, że bycie dyrygentem jest sexy. Ona zaś odparła ze zdziwieniem, że dyrygenci wcale nie są sexy, a wówczas uświadomiłem sobie, że sexy jest samo dyrygowanie – fakt, że pod batutą dyrygenta znajduje się cała orkiestra, której może przewodzić wedle własnego uznania. I nie jestem bynajmniej jakąś feministyczną pierdołą, by doszukiwać się w tym fakcie daleko idących interpretacji fallicznych, niemniej pozostaje faktem, że zarówno dyrygowanie, jak i komponowanie to typowo męskie profesje. Wśród kompozytorów filmowych znam jedynie jedną kobietę – nieodżałowaną Shirley Walker, której orkiestracje zainspirowały całe pokolenie młodych kompozytorów filmowych i przetarły drogę dla kobiet kompozytorów w Hollywood. Mimo wszystko jednak komponowanie muzyki jest domeną mężczyzn, zaś w ostatnich latach tworzenie muzyki filmowej coraz to bardziej staje się wręcz domeną samych Niemców. Z przyjemnością zatem jako typowa, szownistyczna świnia o Pruskich korzeniach sięgam po swoją wirtualną batutę i dyryguję swoją wirtualną orkestrą, dzięki czemu udało mi się ukończyć pracę nad moim pierwszym utworem z projektu "Wanderlust".


POBIERZ UTWÓR "THE HINTERLAND" Z PROJEKTU "WANDERLUST"


Pod koniec ubiegłego roku zamieszczałem już fragment utworu "The Hinterland", ale wówczas ukończyłem go niespełna dwie minuty. Obecnie zakończyłem już pracę nad całością, która liczy sobie równo osiem minut i stanowi moją pierwszą próbę rozpisania prostych skądinąd motywów na orkiestrę. Bardzo się ostatnio ucieszyłem, gdyż rozmawiałem z pewną osobą, która byłaby skłonna zamieścić moją ukończoną płytę w swoim wydawnictwie – internetowym netlabelu. Ponieważ zamierzam wydać swój projekt w postaci darmowych plików MP3, to mógłbym rzecz jasna zatroszczyć się o jego zamieszczenie na Sieci własnoręcznie, ale wydanie mojego materiału w popularnym netlabelu przysporzy mi od razu pewną grupę słuchaczy. Na razie jednak zamieszczam jeden utwór dla Was na blogu w nadziei, że Wam się choć trochę spodoba. Stanowi mój prezent noworoczny dla Was, ale w pewnym sensie to Wy zrobicie mi prezent, jeżeli przesłuchacie mój utwór i go skomentujecie, do czego Was serdecznie zachęcam.


The HinterlandFRAGMENT MOJEGO UTWORU "THE HINTERLAND" W ŚRODOWISKU MUZYCZNYM O NAZWIE "RENOISE".


2.1.09

Remanent...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

Niechybnie minął kolejny rok, a świat jak trwa, tak trwa. Państwo Izrael żwawo rżnie terrorystów z Hamasu, Rosja i Ukraina szachują się nawzajem, innymi słowy – wszystko jest w jak najlepszym porządku i można odetchnąć z ulgą.

Na płaszczyźnie prywatnej ubiegły rok przyniósł mi kilka niespodzianek i mało wyzwań, chociaż trudno powiedzieć, czy ich brak wyjdzie mi na dłuższą metę na dobre, czy na złe. Przede wszystkim moje studiowanie na Anglistyce stało się prostym i niechcianym przerywnikiem pomiędzy pracą a odpoczynkiem. Wcale bowiem nie żartuję, gdy chwalę się, że mam "pięciodniowy weekend". Mój weekend rzeczywiście tyle trwa, czasami z pożytkiem dla mnie, gdy mam akurat zlecenie tłumaczenia kolejnej powieści, chociaż tak duża ilość czasu wolnego częściej sprawia, że nie mam co ze sobą zrobić. Jednak dzięki takim właśnie okolicznościom udało mi się w ubiegłym roku rozwijać się jako tłumacz literatury, a pod sam koniec października znalazłem sobie nowe, wspaniałe hobby – komponowanie muzyki – które sprawiło, że ani się obejrzałem, a szybko minęły mi listopad i grudzień. Ten rok zaczynam już jako tłumacz i muzyk-hobbysta, a może kolejne miesiące przyniosą mi szczęście i kto wie, zadebiutuję również jakąś recenzją czy opowiadaniem...? Po raz pierwszy od bardzo dawna mam poczucie, że rozwijam się z tygodnia na tydzień, a to mnie pozytywnie nastraja do życia. Inna sprawa, że mało przez to sypiam, ale co zepsuje brak snu, to naprawi kawa.

Tegoroczny sylwester uważam za niezwykle udany. Wprawdzie o mało nie przyjechała do nas ekipa medyczna (przyjechała z kolei ochrona z Solid Security), ale oprócz tej jednej, trzymającej w napięciu wpadki było bardzo serdecznie. Jeżeli w ogóle miałbym się chwalić, co mi się w życiu udało, to musiałbym szczerze powiedzieć, że najbardziej udali mi się znajomi i przyjaciele. Wprawdzie nie łączą nas żadne idee ani wspólne zainteresowania, ale coś sprawia, że jednak od czasów liceum nadal trzymamy się razem. Podejrzewam, że to nasze zamiłowanie do europejskiej dekadencji. Lub czasopisma. I sushi. W każdym bądź razie nowy rok zaczynam z pozytywnym nastawieniem, które jedynie trochę psuje perspektywa poniedziałkowego powrotu na zajęcia akademickie.

Już w następnej notce zamieszcze Wam w noworocznym prezencie mój pierwszy utwór, który ma potencjalnie stanowić część mojej pierwszej, pełnej płyty z muzyką instrumentalną. Mam nadzieję, że w tym roku będę mógł bezczelnie chwalić się kolejnymi tłumaczeniami powieści, utworami, oraz – kto wie – może również sukcesami na polu prywatnym, jeżeli będę miał szczęście. Obiecuję również częściej pisać na blogu i mniej narzekać, że powinienem częściej to robić. Ponieważ jednak zdarza mi się czasami zamieścić notkę pod starą datą i nie widać jej na stronie głównej, to najlepszym sposobem na czytanie mojego bloga nadal pozostaje prenumerata RSS, którą można sobie kliknąć w menu na samej górze po lewej stronie. Moich stałych i skrytych czytelników proszę również od czasu do czasu o komentarze. Co by nie mówić, motywują mnie do dalszego pisania i sprawiają przyjemność.

Pozdrawiam i szczęśliwego nowego roku!