Muzyka jest językiem. Instrumenty ze sobą rozmawiają. Nie chaotycznie, stochastycznie, lecz na z góry określony tradycją sposób. Każdy instrument pełni w utworze należną mu rolę.
Tak pisałem w poprzedniej notce i w dużej mierze stwierdziłem rzecz oczywistą – muzyka pełni rolę języka, gdyż służy jako wehikuł do obrazowania myśli, symboli i emocji. Posiada warstwę semantyczną, swoją własną składnię i bez wątpienia stanowi komunikat. Jednakże w XXI wieku stwierdzenie, że muzyka jest językiem, bywa niestety niebezpieczne, ponieważ prowadzi niektórych muzykologów do bardzo daleko idących – i rzecz jasna błędnych – wniosków.
Wspłółczesna krytyka sztuki – czy to literackiej, czy filmowej, czy muzycznej – nie polega, niestety, na rzetelnej krytyce – czyli obiektywnej analizie – dzieła, lecz na coraz to dalej idącym nadpisywaniu sensów nad dzieło – czyli imputowaniu dziele sensów, których ono samo z siebie nie posiada. O ile bowiem łatwiej jest "doczepić" dziełu pewien sens, niż doszukać się w nim czegoś naprawdę oryginalnego. I tak oto współczesna, ideologiczna, powiedzmy sobie wprost: lewacka krytyka uznała, że język ze swojej natury zawsze jest ideologiczny. Nie może, po prostu, pełnić funkcji informacyjnej, lecz za komunikatem zawsze kryje się polityka, opresja i dyskryminacja. Dzięki takiemu bardzo wygodnemu stwierdzeniu – bo przecież nadpisywanie sensu nic nie kosztuje, bowiem istnienia nadpisanych sensów nie trzeba udowadniać, skoro samemu się je nadpisuje – współczesne kierunki humanistyczne zapełniły się ćwierćinteligentną szarlatanerią, która opanowała jedynie charakterystyczny dla danej dziedziny nauki żargon i bezmyślnie produkuję weń krytyczną makulaturę na każdy temat.
Gorączka upolitycznionej krytyki nie ominęła niestety i muzykologii. Skoro bowiem język zawsze jest ideologiczny, a muzyka jest językiem – to muzyka zawsze z natury rzeczy jest ideologiczna. Nie ma zatem miejsca na kompozycje neutralne, które są produktem rzemiosła i estetyki – nie, za każdą kolejną nutą kryje się zniewalająca ideologia. Nowa muzykologia – bo tak nazwał się ów nurt krytyki, by odciąć się od "starej", "represyjnej" muzykologii, postuluje, że należy ponownie rozważyć kanon światowej literatury muzycznej pod kątem ideologii, która się za nim kryje. Owej lewackiej krucjacie przewodzi niejaka Susan McClary, która w swojej książce "Feminine Endings" analizuje muzykę wielkich twórców, odkrywając weń "ukryte" znaczenia. Można się nieźle pośmiać, czytając o tym, że sonata jako forma muzyczna ze swojej natury jest seksistowska, mizoginistyczna i – o zgrozo! – imperialistyczna, a utwory Beethovena – fallistyczne i hegemonistyczne. McClary bezzasadnie piętnuje w ten sposób wielkich twórców, często powołując się na wyssane z palca teorie "muzykologiczne" lub własne, subiektywne odczucia. I tak oto można przeczytać, jak porównuje Beethovena do gwałciciela:
The point of recapitulation in the first movement of the Ninth is one of the most horrifying moments in music, as the carefully prepared cadence is frustrated, damming up energy which finally explodes in the throttling murderous rage of a rapist incapable of attaining release.
Nie jestem Beethovenem i nie mogę nawet nazwać się początkującym kompozytorem, ale jednak trochę usiłuję tworzyć. Mogę Was zapewnić, że nigdy nie komponowałem muzyki z intencją, aby była seksistowska, patrialchalna lub fallistyczna. Wątpię również, abym komponował w ten sposób podświadomie. Owszem, uważam muzykę za język, ale nie za narzędzie do uprawiania ideologii. Krytyka lewacka nieustannie doszukuje się w języku ideologii, gdyż sama w sobie prowadzi ideologiczną, językową krucjatę. Ja jednak komponuję z intencją uzyskania pewnej emocjonalnej, estetycznej całości, która jednocześnie posiada pewną określoną strukturę. Owszem, można powiedzieć, że moja chęć nadania muzyce struktury jest "patriarchalna", a moja chęć uzyskania skończonej, muzycznej całości – "totalizująca" lub wręcz "totalitarna"... Ale po cholerę...? Z tego rodzaju muzykologii nic nie wynika, gdyż uprawia ona jedynie własną, dewiacyjną ideologię.
Zastanawiam się, co powiedziałaby pani McClary, wysłuchawszy moje pierwsze, proste próby kompozytorskie. Jeżeli komponuję "patriarchalnie", "fallicznie" i "hegemonistycznie" i pani McClary poczułaby się przez moje utwory represjonowana, to może i słusznie, bo takie osoby jak McClary wręcz wypada represjonować, zaś ich szarlatanerię tłumić w zarodku.
Muzyka jest językiem. Pięknym językiem. Posiada swoją strukturę i potrafi przekazać o wiele więcej, niż słowa. Szkoda jedynie, że osoby, których neutralność pozostawia wiele do życzenia, doszukują się w muzyce czegoś, czego tam nie ma, zamiast podziwiać to, co jest.