Myriads Of Me: Tellur's Journal

Wanderlust%20ProjectQuantcast

Wanderlust Project to moje muzyczne alter ego – projekt, nad którym pracuję od końca 2008 roku. Zapraszam Was do przesłuchania mojej twórczości!

28.5.09

Koncept... (Część IV)


Często jest tak, że snuje się jakieś dalsze marzenia, zanim zrealizuje się na dobre te pierwotne. Nie ma w tym raczej nic złego, o ile w ogóle realizuje się niektóre spośród wielu swoich marzeń i projektów. Nie inaczej jest z moją muzyką: ledwo co zacząłem pracować nad płytą "Hinterland", a już projektowałem w myślach okładki kolejnych płyt i rozmyślałem o ich zawartości. Obecnie porzuciłem już ów pomysł, ale początkowo wymyśliłem sobie, że "Hinterland" będzie stanowił początek nieformalnej trylogii płytowej. Pierwsza płyta będzie w całości zawierać muzykę rozpisaną na instrumenty symfoniczne, druga wprowadzi elementy elektroniki, a trzecia będzie w całości elektroniczna. Dzięki temu będę mógł powoli eksperymentować z elektroniką, zanim wezmę się za nią na dobre, a jednocześnie nauczę się podstaw klasycznego komponowania. Ponieważ jednak już w połowie płyty "Hinterland" zacząłem wprowadzać elementy elektroniki, to szybko zarzuciłem ten pomysł, tym bardziej, że uświadomiłem sobie, że w moim przypadku w ogóle nie może być mowy o podziale instrumentów na "symfoniczne" i "elektroniczne".

Dobra większość moich kompozycji z "Hinterland" została rozpisana na "prawdziwe" instrumenty – smyczkowe, dęte blaszane, dęte drewniane, perkusyjne... Nie ma w nich żadnych elementów "sztucznej" elektroniki. Ale tego rodzaju podziały do niczego nie prowadzą, bo przecież cała moja muzyka powstaje wyłącznie na komputerze! Wszelkie moje instrumenty symfoniczne są zatem równie "sztuczne", co muzyka elektroniczna. A może to elektronika jest równie "prawdziwa", co moja wirtualna orkiestra symfoniczna...? Po pewnym czasie przestałem myśleć kategoriami "sztucznych" i "prawdziwych" instrumentów, skoro wszystkie istnieją wyłącznie w moim wirtualnym programie na laptopie i są równie "sztuczne", a z drugiej strony mój laptop można uznać za równie "prawdziwy", fizyczny instrument, co fortepian i skrzypce. W tej sytuacji mój zamiar, aby stopniowo łączyć elementy "elektroniczne" z "symfonicznymi", stracił rację bytu. Zamiast tego skupiłem się raczej na tym, by moja muzyka po prostu brzmiała dobrze i ciekawie niezależnie od zastosowanych środków.

HinterlandAby muzyka tworzona na komputerze brzmiała "naturalnie" (ale cóż to w dzisiejszych czasach oznacza...?), należy się sporo napracować. Przede wszystkim warto sobie uświadomić, co tak naprawdę odróżnia instrument fizyczny od jego wirtualnego odpowiednika. Brzmienie...? Niekoniecznie – obecne oprogramowanie potrafi bardzo dokładnie modelować fizyczne właściwości instrumentów w wirtualnej postaci. W końcu brzmienie instrumentu to nic innego, jak fala akustyczna, a każdą falę akustyczną można sprowadzić do odpowiednich modulacji i częstotliwości i sporządzić jej dokładny model. Tym, co różni wirtualny instrument od prawdziwego, jest przestrzeń. Fizyczne instrumenty rozbrzmiewają w prawdziwej przestrzeni. Aby zatem ich wirtualne odpowiedniki brzmiały przekonująco, należy stworzyć odrobinę przestrzeni wirtualnej... albo od razu całą wirtualną katedrę. Za pomocą narzędzia o nazwie reverb tworzę wirtualny "pokój" (sześcian o ustalonych wymiarach), w którym rozbrzmiewają moje wirtualne instrumenty. Następnie komputer modeluje właściwości akustyczne wirtualnego pomieszczenia i dodaje do utworu echo instrumentów. Dźwięk roznosi się po wirtualnej przestrzeni na wiele sposobów, w zależności od jej wymiarów. Uwierzcie, że dopiero po dobrym określeniu wirtualnej akustyki pomieszczenia utwór nabiera odpowiedniej barwy. Bardzo ważne jest również wzajemne rozstawienie wirtualnych instrumentów względem siebie.


Dzisiaj chciałbym Was zachęcić do zapoznania się z utworem "The Mameluk" na moim profilu muzycznym. Początkowo "The Mameluk" powstał jako orientalne ostinato na "prawdziwe" instrumenty – tablę, sarod, harfę, kontrabas i skrzypce – ale następnie stopniowo wzbogacałem je o elektroniczne tło. Gdy piszę o "elektronicznym" brzmieniu tła, to nie myślcie proszę o nie wiadomo jak futurystycznej, "kosmicznej" lub "maszynowej" muzyce na syntezator. Elektronika bowiem potrafi również brzmieć bardzo subtelnie. Wzbogaciłem akustykę utworu "The Mameluk" o stosunkowo cichą, elektronicznie zaprogramowaną perkusję w tle oraz o szelest insektów.

"The Mameluk" to bardzo prosta melodia, która brnie uparcie do przodu. Zależało mi nie na skomplikowanej aranżacji, lecz na stworzeniu nastroju niepewności i napięcia. To zaś najlepiej osiąga się najprostszymi sposobami. W pewnym momencie transkrybowałem wariację melodii w inną tonację, przez co stała się bardziej słodka i miła, ale jedynie na chwilę i utwór ponownie wprowadza napięcie. Mam nadzieję, że ta krótka, orientalna melodia Wam się spodoba tak bardzo, jak miło mi się nad nią pracowało.


Ciąg dalszy nastąpi...

26.5.09

Koncept... (Część III)


Zanim powrócę do omawiania własnych utworów, to chciałbym poczynić małą dygresję. Odkąd tylko zacząłem korzystać z oprogramowania do tworzenia muzyki, to chciałem Wam zademonstrować, jak wygląda wspomagane komputerowo komponowanie. To zadziwiające i jednocześnie zachwycające, że obecnie mogę posiadać na laptopie oprogramowanie zdolne do wygenerowania takich brzmień, o jakich nie śniło się twórcom muzyki przed niespełna stuleciem. Traf jednak chciał, że mój DAW (Digital Audio Workstation) o nazwie Renoise to program, z którego najczęściej korzystają twórcy eksperymentalnej i klubowej muzyki elektronicznej i większość filmików o Renoise na YouTube zawierała kompozycje z gatunków speedcore, IDM lub breakbeat. Ja natomiast należę do tej niewielkiej mniejszości, która używa Renoise do tworzenia muzyki ilustracyjnej. Dopiero ostatnio znalazłem dwa filmiki, które idealnie demonstrują, jak wygląda utwór od strony warsztatu.

Pierwsze wideo demonstruje program Edirol HQ-OR Orchestral Software Synthesizer, czyli wirtualną orkiestrę symfoniczną, którą posługuję się wewnątrz Renoise w praktycznie każdym moim utworze (w programie Renoise korzysta się z wielu innych programów-instrumentów o nazwie VST). Staram się oczywiście urozmaicać moje kompozycje i korzystać z przeróżnych aranżacji, aby wykorzystać wszelkie możliwości Edirol Orchestral.



Drugie wideo demonstruje kompozycję wykonywaną wewnątrz programu Renoise za pomocą kilku wirtualnych instrumentów VST: wspomnianego już Edirol Orchestral, ale również Magnus Choir (osobiście nie przepadam, wolę chór Florestan) oraz Prosnous Orchestral Collection. Jakość pliku wideo nie jest najlepsza i film nieco się zacina, ale mimo wszystko film dobrze pokazuje, jak wygląda praca z muzyką na komputerze.



Chociaż prawie już kończę pracę nad swoją pierwszą płytą, to do dzisiaj nie mogę się nadziwić, jak ogromne możliwości w zakresie tworzenia muzyki oferuje komputerowe oprogramowanie. Ponieważ nigdy szczególnie nie imponowała mi wirtuozeria gry na pojedynczym instrumencie i zawsze bardziej ciągnęło mnie w stronę komponowania na wiele instrumentów jednocześnie, to wspomagane komputerowo komponowanie oferuje mi wszystko, czego mi potrzeba. Jeżeli ktoś z Was chciałby zacząć tworzyć jakąkolwiek muzykę, to warto próbować. Chociaż przedstawione przeze mnie oprogramowanie początkowo nieco odstrasza możliwością opcji, to po pewnym czasie można się z nimi oswoić i zacząć je doceniać.


Ciąg dalszy nastąpi...

22.5.09

Koncept... (Część II)


Podejrzewam, że słysząc o muzyce minimalistycznej, wiele osób całkiem niesłusznie będzie ją kojarzyć ze spokojną muzyką ambient lub jeszcze gorzej – z muzyką, w której mało co się dzieje; lowercase music lub field recordings. Jest to o tyle niesłuszne skojarzenie, że w muzyce minimalistycznej może dziać się całkiem sporo, skoro istnieją nawet minimalistyczne utwory na całą orkiestrę symfoniczną. Przyznaję jednak, że termin minimalist music jest zwodniczy i warto określać muzykę minimalistyczną jakoś inaczej.

Kompozytor Philip Glass, któremu przypina się łatkę minimalisty, twierdzi, że w jego muzyce nie ma już obecnie niczego minimalistycznego i znacznie bardziej ceni sobie termin music with repetitive structures. Muzyka minimalistyczna nie polega bowiem na tym, że instrumentarium czy kompozycja utworu są w jakiś sposób ograniczone. Wręcz przeciwnie – aranżacja niektórych minimalistycznych symfonii może być całkiem bogata. Minimalistyczne natomiast są same zmiany, które zachodzą w melodii po każdym jej powtórzeniu. Muzyka minimalistyczna bazuje na powtarzających się niemal w nieskończoność arpeggiach i ostinatach, które nie podlegają jednak, jak w muzyce klasycznej, częstym i daleko idącym wariacjom z każdą iteracją, lecz są wzbogacane o nowe elementy bardzo oszczędnie – minimalistycznie. Tego rodzaju podejście sugeruje, że muzyka minimalistyczna jest mało ciekawa, nudna, ale gdy się porządnie wsłuchać w powtarzającą się wieokrotnie melodię, to wówczas każda zmiana zaskakuje niczym uderzenie młota.

HinterlandSwoją drogą niezłą gafę popenił w 1994 roku brytyjski rząd. Chcąc ukrócić popularne na początku lat '90 rave parties, Wielka Brytania wprowadziła 1994 Criminal Justice Bill. Ów dokument penalizował publiczne wykonania muzyki "z powtarzającymi się elementami". Wielka Brytania miała oczywiście na myśli popularną wówczas muzykę techno i trance, ale krytycy nowego prawa szybko zaczęli szydzić, że zakaz siłą rzeczy dotyczy również publicznych wykonań fug Bacha, passacagli oraz wszelkich możliwych form muzyki klasycznej. Każda bowiem kompozycja zawiera powtarzające się elementy z tej racji, że muzyka sama w sobie stanowi zorganizowaną formę dźwięku. Poza eksperymentalną muzyką aleatoryczną, jakimś osobliwym free jazz oraz daleko idącą muzyką z gatunku IDM, praktycznie każda muzyka zawiera powtarzające się elementy, minimalizm zaś realizuje filozofię, że jeżeli chodzi o zmiany owych elementów, to należy zachować powściągliwość, less is more. Jeżeli przyjąć tą definicję, to wówczas powtarzalna, wręcz hipnotyczna muzyka minimalistyczna staje się pełnoprawnym przedstawicielem muzycznej tradycji, a w XX wieku walczy o prymat z bardziej bogatymi formami muzyki klasycznej.

Komponując utwór "The Cornucopia" chciałem, aby stanowił hołd właśnie wobec tradycji minimalistycznej w muzyce Zachodu. Jednocześnie zadbałem o to, by jego aranżacja była dosyć bogata i stąd tytuł, który pozornie nie pasuje do utworu, który określa się minimalistycznym. Biorąc jednak pod uwagę powyższe kilka akapitów, mam nadzieję, że mój zamysł z melodią i tytułem okazał się nieco bardziej zrozumiały.


Ciąg dalszy nastąpi...

20.5.09

Koncept... (Część I)


Zastanawiając się nad nazwą pierwszego albumu MP3 z projektu "Wanderlust", nie bez przyczyny ostatecznie posłużyłem się angielskim terminem "Hinterland". Ów koncept nie posiada bowiem bezpośredniego, polskiego odpowiednika. Polskie słowniki definiują "Hinterland" jako zaplecze cywilizacyjne, wnętrze lądu, a przecież słowo hinterland zawiera w sobie znacznie więcej barw i znaczeń.

HinterlandPłyta "Hinterland" stanowi concept album, czyli płytę, którą spaja jedno zagadnienie, jedna myśl przewodnia. Chciałem napisać muzykę, która daje świadectwo o wielorakości i wartości cywilizacji Zachodu. Obecnie, gdy wśród ludzi Zachodu modne jest poczucie winy z powodu przeszłości naszej cywilizacji, ja chciałem zaświadczyć o jej trwającej wielkości i mojej dumie, że mogę nazwać się człowiekiem Zachodu. Historycznie zaś cywilizacja Zachodu rozwinęła się wokół Morza Śródziemnego i to przezeń dochodziło do rozprzestrzeniania się myśli, kultur i idei. Obecnie, gdy prace nad samą muzyką dobiegają już powoli końca, zacząłem jednocześnie pracować nad opisem muzyki na wewnętrzną okładkę "Hinterlandu". Na razie zakończyłem następujący fragment:

The Western Civilization is a child of the hinterlands.

A conglomerate of diverse people, traditions and cultures, its historical heart does not reside in a particular center. Instead, people of the West encircled the Mediterranean Sea and developed in the vicinity of its waters. The sea is not only a route of passage for goods and people, but also a means of proliferating ideas, ideologies and traditions. That which makes the civilization great and proud is spread accross the Mediterranean to its diverse hinterlands as fast as electrical impulses.

Muzyka na płycie "Hinterland" nie posiada zatem jednego, konkretnego środka; elementu, który by ją jednoczył. W zamian przedstawia różnorodność kulturową i muzyczną różnych ludów Zachodu. Jednocześnie jednak, gdy się w nią wsłuchać, to siłą rzeczy można ją sprowadzić do jednego, wspólnego mianownika. Utwory "The Hinterland" oraz "The Encampment" opowiadają o typowo zachodnim duchu walki, zaś w "The Mameluk" i "The Orchard" wkradły się barwy orientalne, nie mniej ważne nad Morzem Śródziemnym. "The Twilight" nie zostało jeszcze ukończone i chwilowo istnieje jedynie w aranżacji na pianino, ale w ostatecznej, symfonicznej wersji moja melodia będzie się przeplatać z tradycyjną "Dies Irae" z XIII wieku. "The Cornucopia" stanowi kompromis pomiędzy przepychem a minimalizmem, tradycjami walczącymi o prymat w muzyce Zachodu w XX wieku. Obecnie natomiast pracuję nad trzema krótkimi utworami "Sanctum I", "Sanctum II" i "Sanctum III", które będą spokojnymi, muzycznymi przystankami na drodze przez kolejne, epickie utwory. Wszystkie te utwory omówię szczegółowo w kolejnych notkach, a tymczasem zapraszam na mój profil na ReverbNaton, gdzie już teraz możecie zapoznać się z większością materiału na płytę "Hinterland".


Ciąg dalszy nastąpi...

16.5.09

Wizytówka...


Jeżeli posiadacie odpowiednio skonfigurowaną przeglądarkę, to zapewne już zauważyliście i przede wszystkim usłyszeliście, że od pewnego czasu po lewej stronie mojego bloga znajduje się odtwarzacz MP3 z muzyką mojego autorstwa. Mam nadzieję, że spodobała Wam się towarzysząca moim notkom muzyka z mojego pierwszego projektu "Wanderlust", a konkretnie – przyszłego, debiutanckiego albumu MP3 o nazwie "Hinterland". Jeżeli zaś wchodzicie na mojego bloga wyłącznie dla coraz to bardziej sporadycznych notek, to przepraszam za zbędne dźwięki. Ostatnio skupiłem się na komponowaniu kosztem pisania na blogu, więc mogę się przynajmniej podzielić swoją pracą.

HinterlandChociaż doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że w dziedzinie komponowania muzyki pozostaję hobbystą i amatorem, to postanowiłem jednak podzielić się swoją muzyką na Sieci. Dochodzę bowiem do wniosku, że nie dość, że moja muzyka jest, mam nadzieję, całkiem znośna, to może, przy odrobinie szczęścia, sprawi komuś wymierną przyjemność. Owszem, jest prosta pod względem brzmienia i kompozycji, ale dokładam wszelkich starań, by tej prostocie zawrzeć coś swojego i autentycznego.

Za pośrednictwem polecanego w poprzedniej notce podcastu SCORECast Online dowiedziałem się o istnieniu specjalnego serwisu społecznościonego o nazwie ReverbNation. Ów serwis działa na podobnej zasadzie, co Facebook czy MySpace, ale został przygotowany przede wszystkim z myślą o niezależnych artystach oraz miłośnikach niezależnej muzyki. Oto mój profil na ReverbNation. Dzięki ReverbNation mogę dzielić się moją muzyką oraz słuchać muzyki zaprzyjaźnionych kompozytorów. W końcu stworzyłem swoją własną, muzyczną wizytówkę. Swoją twórczość publikują tu zarówno amatorzy, jak i profesjonaliści i okazało się, że dzięki mojej obecności na ReverbNation moją muzykę przesłuchało kilku naprawdę ciekawych kompozytorów, których nawiska znam z gier, seriali i filmów. Zacząłem również korespondować z kilkoma osobami, wymieniając opinie odnośnie wzajemnych brzmień i ulubionego oprogramowania.

Wanderlust%20ProjectQuantcast

Przede wszystkim zaś cieszę się, że obecnie mogę każdego z Was zaprosić na moją stronę, którą nadal zamierzam poszerzać o nowe utwory, nad którymi pracuję obecnie i z pewnością będę pracował w przyszłości. To zaś oznacza, że prawdopodobnie nie będę już zamieszczał swoich utworów do pobrania na samym Myriads Of Me, a w zamian będę Was odsyłał na mój profil ReberbNation, jeżeli tylko coś na nim zmienię. W następnych kilku notkach postaram się omówić utwory, które widnieją na ReverbNation, a o których zupełnie nie wspomniałem na Myriads Of Me. Dzięki temu blog i profil muzyczny będą się wspaniale uzupełniać, chociaż przyznaję, że większość swojego czasu nadal zamierzam poświęcać muzyce.

14.5.09

SCORECast...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

Jeżeli zaglądacie czasami na mojego bloga, to prawdopodobnie zorientowaliście się, że interesuję się nie tylko muzyką filmową, ale również samym procesem komponowania oraz kompozytorami, którzy piszą muzykę do moich ulubionych filmów, seriali oraz gier. Chociaż osobiście komponuję jedynie amatorsko i nie mam żadnych większych aspiracji w tej dziedzinie ani złudzeń co do własnych możliwości, to jednak z przyjemnością przypatruję się również komponowaniu jako profesji. Ciekawie jest obserwować na Sieci, jakie życie prowadzą kompozytorzy i jakie mają podejście do swojego kunsztu. Chciałbym Wam zatem polecić wspaniałego bloga o komponowaniu: SCORECast Online.


SCORECast Online


Serwis SCORECast powstał jako rozwinięcie internetowego podcastu (audycji MP3) jednego kompozytora – Deane'a Ogdena. Znany chociażby z muzyki do seriali "The Wire" oraz "The Outer Limits" kompozytor w 2007 roku zaczął nagrywać krótkie audycje o życiu i zawodzie kompozytorów w Stanach Zjednoczonych, a konkretnie – w Los Angeles. W USA bowiem, aby zaistnieć w zawodzie, praktycznie nie ma innej możliwości, niż przenieść się do Los Angeles. Audycja Deane'a Ogdena została zauważona przez fanów muzyki filmowej oraz młodych kompozytorów i została doceniona do tego stopnia, że polecano ją na amerykańskich uniwersytetach jako suplement do nauki zawodu. Początkowo Deane przeraził się niespodziewanym zainteresowaniem, ale postanowił postawić na wysoką jakość audycji, która z czasem przekształciła się w ogromnego bloga, na którym udziela się wielu znanych i początkujących kompozytorów. Piszą nie tyle o samym komponowaniu, co o różnych zawiłościach swojego zawodu – organizacji pracy, otrzymywaniu zleceń, pracy z reżyserami i realizatorami dźwięku, współpracy z orkiestrą, kupowaniu sprzętu etc. Warto wczytać się w ich dyskusje, by przybliżyć sobie zawód kompozytora i nieco bardziej docenić muzykę filmową. Jednocześnie oprócz bloga nadal powstają kolejne audycje, które można pobrać w MP3. Polecam!

12.5.09

Wyzwanie... (Część IV)

O ile zarówno Jerry Goldsmith, jak i James Horner przygotowali po dwie ścieżki dźwiękowe do filmów z serii "Star Trek", James Horner miał ten komfort, że komponował muzykę do dwóch kolejnych filmów – pierwszej i drugiej części nieformalnej trylogii składającej się z filmów od drugiego do czwartego – i mógł tym samym zatroszczyć się o ich muzyczną ciągłość. Traf chciał, że druga kinowa odsłona serii, film "Star Trek II: The Wrath Of Khan", została uznana za najlepszą w historii "Star Treka". Wielu fanów twierdzi, że spora w tym zasługa kompozytora, ale równie liczna grupa miłośników muzyki filmowej odpowie, że "The Wrath Of Khan" osiągnął sukces wbrew rozczarowującej muzyce Hornera.

Ja należę do tej drugiej grupy. Nie podoba mi się ani film "The Wrath Of Khan", ani towarzysząca mu ścieżka dźwiękowa Hornera. Nie podoba mi się – to zresztą za mało powiedziane. Przyznaję otwarcie, że nie ma drugiego kompozytora, który by mnie denerwował do tego stopnia, co James Horner.


Horner. Jego nazwisko jak żadne inne wywołuje wśród miłośników muzyki filmowej niewiarygodnie skrajne reakcje, chociaż prawdę powiedziawszy, nawet jego zagorzali zwolennicy mają wobec niektórych jego ścieżek dźwiękowych cokolwiek ambiwalentny stosunek. Przede wszystkim Horner niebywale się powtarza. Cytuje swoje wcześniejsze ścieżki dźwiękowe całymi minutami i niektóre jego melodie można usłyszeć w kilku kolejnych filmach, co fatalnie świadczy o jego nastawieniu i oryginalności. Jednocześnie nie jest to jeszcze postawa karalna, bowiem nawet John Williams, mimo wspaniałego kunsztu, cytuje samego siebie ad nauseam. Horner jednak "zapożycza" od innych, najczęściej dawno zmarłych kompozytorów, których utwory nie są już strzeżone prawem autorskim. Innymi słowy – Horner kradnie. Jego bezwstydność nie zna żadnych granic. Nie dość, że leniwie przetwarza własną muzykę, to jeszcze kradnie od innych nuta w nutę. Najlepsze "utwory Hornera" nie są bynajmniej autorstwa Hornera, lecz Prokofiewa lub Coplanda. Sam Horner oczywiście nie widzi potrzeby, by podawać źródła swoich "zapożyczeń". Najbardziej smuci fakt, że "jego" muzyka z "Bravehearta" i "Titanica" znajduje uznanie wśród normalnych, nie interesujących się muzyką kinomanów.

Jak zatem ocenić wkład Hornera w historię "Star Treka"? Osobiście machnąłbym na niego ręką, pies go trącał, ale dla dobra muzycznej historii "Star Treka" warto jednak przyjrzeć się, na ile ścieżka dźwiękowa Hornera sprawdza się w kontekście nie tyle kontrowersyjnej postaci kompozytora, co samych filmów – "Star Trek II: The Wrath Of Khan" oraz "Star Trek III: The Search For Spock".


Ścieżki dźwiękowe Hornera – w oderwaniu od jego karygodnych nawyków – sprawdzają się w filmach całkiem przyzwoicie. Podejrzewam, że widzowie, którzy nie interesują się muzyką filmową, uważają jego wkład w świat "Star Treka" za znaczący. Horner otrzymał "Star Treka" w spadku po Jerrym Goldsmithu i należy mu się uznanie za to, że kilkakrotnie zacytował swojego poprzednika w swojej ścieżce dźwiękowej. Nie wykorzystał oczywiście słynnego "Ilia's Theme", gdyż ten leitmotif opisuje postać, która nie występuje w kolejnych filmach. Postanowił również przygotować własny, acz bazujący na poprzedniku leitmotif dla Klingonów. W "The Wrath Of Khan" można również kilkakrotnie usłyszeć ukłon w stronę głównego motywu Goldsmitha z "The Motion Picture", znanego również z serialu "Star Trek: The Next Generation".


Ciąg dalszy nastąpi...

8.5.09

Wyzwanie... (Część III)

Najnowsza, kinowa odsłona serii "Star Trek" – nowy film J.J. Abramsa – będzie niechybnie porównywana do klasycznego serialu z tej prostej przyczyny, że chronologicznie fabuła nowego filmu rozgrywa się w czasie najstarszej serii. Jednocześnie "Star Trek XI" jako film fabularny będzie również porównywany z pierwszymi sześcioma filmami – od "Star Trek: The Motion Picture" po "Star Trek VI: The Undiscovered Country" – które przytaczają dalsze przygody załogi "Enterprise". Na podobnej zasadzie można również porównywać i oceniać muzykę Giacchino – jako estetyczne przedłużenie zarówno klasycznego serialu, jak i pierwszych sześciu filmów kinowych.

Filmów o klasycznej załodze statku "Enterprise" było wprawdzie sześć, ale swoją muzyczną oprawę zawdzięczają czterem kompozytorom:

  • Jerry Goldsmith odpowiada za muzykę do filmów "Star Trek: The Motion Picture" oraz "Star Trek V: The Final Frontier".

  • James Horner skomponował muzykę do filmów "Star Trek II: The Wrath Of Khan" oraz "Star Trek III: The Search For Spock".

  • Muzykę do filmu "Star Trek VI: The Voyage Home" przygotował Leonard Rosenman.

  • Za orkiestrację "Star Trek VI" The Undiscovered Country" odpowiada Cliff Eidelman.

Jak widać, dwaj ostani kompozytorzy – Leonard Rosenman oraz Cliff Eidelman – pracowali każdy nad jednym filmem i przyczynili się do określenia estetyki filmowego wszechświata "Star Treka" jedynie w niewielkim stopniu. Za estetykę filmowego "Star Treka" odpowiadają zatem – nie tylko ilościowo, ale również jakościowo – Jerry Goldsmith oraz James Horner. Który z nich wybrnął z tej próby lepiej? Który z nich sprawniej złożył hołd głębi i mitologii "Star Treka"? To już jedynie kwestia gustu.


Posiadam, oczywiście, własną, subiektywną opinię na temat obu kompozytorów, a konkretnie – muzyki obu kompozytorów do filmów z serii "Star Trek".

Jerry Goldsmith otrzymał muzyczny świat "Star Treka" w spadku po Alexandrze Courage, który pracował nad wcześniejszym serialem. Goldsmith wykorzystał wprawdzie pierwszych kilka sekund słynnego "Star Trek fanfare" Alexandra Courage w swoim głównym motywie filmu "Star Trek: The Motion Picture", ale już po kilku sekundach odważnie oddalił się od estetyki serialu i zaproponował własną, wzniosłą melodię tytułową filmu, która w przyszłych latach została również zaadoptowana na potrzeby serialu "Star Trek: The Next Generation" przez Denisa McCarthy'ego i to z tym serialem kojarzona jest najbardziej. Podejrzewam zresztą, że właśnie ta melodia Goldsmitha jest najszerzej znaną melodią w historii całego "Star Treka".



Muzyka Goldsmitha zrywa z estetyką kameralnej aranżacji incydentalnej lat sześćdziesiątych i w zamian wprowadza "Star Trek" w świat pełnej, ambitnej orkiestracji symfonicznej przywodzącej na myśl barokowe akrobacje melodyczne pokroju Johna Williamsa. Film "Star Trek: The Motion Picture" rozpoczyna się nie stosowaną już obecnie w kinematografii uwerturą – kilkoma minutami samej muzyki na ekranie na tle kosmosu i gwiazd, przed pojawieniem się ekranu tytułowego. Na potrzeby długiego preludium Goldsmith wprowadził piękny leitmotif "Ilia's Theme" – będący pierwszą w historii "Star Treka" melodią przypisaną konkretnej postaci. Przypominam, że seriale "Star Trek: The Original Series" oraz "Star Trek: The Animated Series" nie stosowały leitmotifs dla postaci, lecz ich ścieżki dźwiękowe opisywały jedynie scenerię lub nastrój konkretnej sceny. "Ilia's Theme" to piękna, spokojna melodia na sekcję smyczkową oraz fortepian. Nie wpada momentalnie w ucho i prawdopodobnie nie zapada na długo w pamięci, gdyż nie usiłuje bynajmniej wywołać na słuchaczu wrażenia swoją prostotą, ale jednocześnie wyśmienicie sprawdza się w kontekście samego filmu.



Trzecim wartym odnotowania tematem muzycznym jest "Klingon Battle" – prosta, bezpośrednia melodia przywodząca na myśl wulgarne, ekspansywne nastawienie Klingonów. Wprawdzie w pierwszym filmie ów motyw nie został dopracowany w pełni, ale Goldsmith wykorzystał go ponownie w znacznie pełniejszej aranżacji w filmie "Star Trek V: The Final Frontier". Doczytałem się, że owa melodia została przekształcona w leitmotif Worfa w serii "The Next Generation", ale jeszcze nie miałem okazji wsłuchać się weń osobiście.



Nie ukrywam, że ścieżkę dźwiękową Jerry'ego Goldsmitha do "Star Trek: The Motion Picture" uważam za najlepszą muzykę do "Star Treka" w ogóle, ale omówię oczywiście pozostałych kompozytorów i ich własny wkład w rozwijanie muzycznej estetyki serii.


Ciąg dalszy nastąpi...

4.5.09

Wyzwanie... (Część II)

Zanim powstały kolejne po klasycznej serii z lat '60 odsłony "Star Treka", fani serialu i miłośnicy muzyki nie mieli żadnego problemu ze wskazaniem, jaka właściwie muzyka konstytuuje świat "Star Treka". Wówczas bez chwili zwłoki wskazywało się na tytułowy, big-bandowy motyw Alexandra Courage oraz na muzykę incydentalną z serialu – i po kłopocie. Problemy z ogarnięciem muzycznego świata "Star Treka" zaczęły się w momencie, gdy kameralny serial przeistoczył się w rozległą franszyzę składającą się z jedenastu filmów, sześciu różnych seriali oraz wielu gier komputerowych. Każda odsłona "Star Treka" posiada oczywiście towarzyszącą jej muzykę. Czy można zatem sprowadzić muzykę "Star Treka" do jednego, wspólnego mianownika? Raczej nie.

Powyższy problem nie występuje w przypadku pozostałych, podobnych franszyz w rodzaju "Star Wars" czy "Stargate". W przypadku "Star Wars" sprawa jest wręcz banalna – chociaż muzykę do gier komputerowych z uniwersum "Star Wars" przygotowało wielu kompozytorów, a muzykę do obecnego serialu "Star Wars: The Clone Wars" komponuje młody Kevin Kiner, który ongiś pracował również nad muzyką do serialu "Stargate SG-1", to jednak muzycznie "Gwiezdne wojny" jednoznacznie kojarzą się z twórczością Johna Williamsa. Muzyka do gier i seriali ze świata "Star Wars" za każdym razem jest jedynie wynikiem mniej lub bardziej udanego naśladownictwa odwołującego się do znanych wszystkim leitmotifs Williamsa. W przypadku franszyzy "Stargate" jest już trochę trudniej. Chociaż za muzykę do filmu "Stargate" odpowiada David Arnold, to jednak Joel Goldsmith stworzył muzykę do piętnastu sezonów seriali oraz dwóch filmów direct-to-DVD. Który z nich odpowiada za estetykę franszyzy? Czyba jednak mimo wszystko David Arnold, którego Joel Goldsmith, mimo prób wprowadzenia pewnej ilości własnych motywów, w dużej mierze nadal wiernie naśladuje.


No a co z samym "Star Trekiem"...?

"Star Trek" to twardy orzech do zgryzienia. Za czasów klasycznej serii "Star Trek: The Original Series" nad muzyką pracowało kilku kompozytorów, jednak estetykę serialu bezsprzecznie narzucił Alexander Courage, który opracował tytułową melodię oraz przygotował muzykę incydentalną do kilku pierwszych odcinków pierwszego sezonu. Dodatkowi kompozytorzy wprowadzili wprawdzie w późniejszych odcinkach własne motywy muzyczne, jednak nie oddalili się w żadnym stopniu od stylu zaproponowanego przez Courage.

Animowany serial "Star Trek: The Animated Series" z lat '70 wzbogacił "Star Treka" muzycznie jedynie w niewielkim stopniu. O ile muzyka z klasycznego serialu przywodziła na myśl westerny, to animowane odcinki "Star Treka" odwoływały się muzycznie do jeszcze bardziej jazzującej estetyki filmów gangsterskich i przygodowych. Ilościowo nowej muzyki było bardzo niewiele, bowiem każdy odcinek animowanej serii korzystał z dokładnie tej samej ścieżki dźwiękowej. Wśród niespełna trzydziestu minut nowej muzyki incydentalnej można wyróżnić jeden motyw akcji, jeden motyw tajemniczy oraz jeden motyw romantyczny. Tym razem żaden członek załogi "Enterprise" również nie otrzymał własnego leitmotif. To zaś oznacza, że uniwersum "Star Treka" zostało przewartościowane muzycznie po raz pierwszy dopiero z pojawieniem się pierwszego filmu kinowego – "Star Trek: The Motion Picture".

Przypominam, że powyższe rozważania cały czas powstają w kontekście nowej muzyki Michaela Giacchino. Chwiliwo wniosek jest następujący – ponieważ Giacchino pracuje dla franszyzy "Star Trek", która jest w mniejszym stopniu monolityczna muzycznie, niż np. "Star Wars" czy "Stargate", to choćby jego muzyka okazała się zupełnie inna, niż zazwyczaj, to Giacchino mógł cieszyć się znacznie większym polem manewru, niż kompozytorzy tworzący dla pozostałych, znacznie bardziej restrykcyjnych muzycznie franszyz. To zaś oznacza, że właściwie nie można jednoznacznie stwierdzić, czy jego muzyka – a w zasadzie dowolna muzyka – pasuje lub nie pasuje do uniwersum "Star Treka". Będziemy więc go zatem oceniać pod zupełnie innymi względami.


Ciąg dalszy nastąpi...

2.5.09

Wyzwanie... (Część I)

Przesłuchałem już wprawdzie niezliczoną ilość soundtracków, ale zazwyczaj w zupełnym oderwaniu od filmów, z których pochodzą. Często nie mam zatem pojęcia, jakie sprawiają wrażenie podczas seansu. Wyznaję zasadę, że dobra muzyka filmowa powinna sprawiać wspaniałe wrażenie również, a może przede wszystkim, w oderwaniu od obrazu, jako swoista kompozycyjna całość. Parę lat temu oduczyłem się oglądania telewizji, ale gdy czasami przechodzę obok telewizora i moi rodzice akurat coś oglądają, to często na podstawie zasłyszanej muzyki potrafię powiedzieć, kto skomponował soundtrack i skojarzyć jego tytuł z filmem. Wystarczy mi kilka chwil by ustalić, że słucham akurat muzyki Klausa Badelta, a film na ekranie o łodzi podwodnej to zapewne "K-19". Trochę mnie ta umiejętność zaczyna niepokoić, gdy potrafię na podstawie muzyki wskazać nazwę romansidła, które akurat ogląda moja mama, ale cóż, po prostu taką mam pamięć do soundtracków.

Star Trek XIZa sprawą wspomnianiego nawyku miałem już również okazję zapoznać się z muzyką ze wszystkich dziesięciu filmów z serii "Star Trek", chociaż do chwili obecnej nie widziałem ani jednej części na ekranie. Na podobnej zasadzie znam na przykład muzykę z "Jamesa Bonda", chociaż wątpię, żebym obejrzał choćby połowę jego przygód. Co do seriali, to wprawdzie obejrzałem już całe "Star Trek: The Original Series", by przygotować się do seansu filmu "Star Trek XI", ale z kolejnych odsłon serialowego "Star Treka" również znam jedynie muzykę, która została wydana na płytach CD. Uważam jednak, że moja znajomość muzyki w oderwaniu od seriali i filmów jest wystarczająca, by móc rzetelnie ocenić muzykę Michaela Giacchino do "Star Trek XI", którą również poznałem w oderwaniu od filmu. Chociaż jeszcze nie wiem, jak ów sonundtrack sprawdza się w kinie, to chciałbym go ocenić wyłącznie pod względem muzyki. Zanim przejdę do wniosków, to chciałbym Was zabrać na krótką podróż przez wcześniejszą muzykę uniwersum "Star Treka".


Świat "Star Treka" zaistniał muzycznie wraz z powstaniem pierwszej serii "Star Trek: The Orignal Series" w latach sześćdziesiątych i prawdopodobnie wbrew temu, w co chcieliby wierzyć jego najbardziej zagorzali fani, muzycznie w zasadzie nie odbiegał poziomem od produkcji swojej epoki. Muzyka w klasycznym "Treku" to tradycyjna incidental music z lat '60 – big-bandowe aranżacje jazzujących standardów oraz kameralne aranżacje na instrumenty dęte blaszane oraz drewniane. Czasami zaskakują nagłe uderzenia timpani. Nie uświadczy się w tej muzyce świadomego rozwoju tematycznego ani współcześnie modnej, emocjonalnej progresji akordów na sekcję smyczkową. W tle nie zapętlają się ostinata i nie słychać charakterystycznego dla współczesnej muzyki filmowej rogu francuskiego. Aby choc trochę umiejscowić tą muzykę w kontekście, to wyobraźcie sobie nie "Star Wars" i późniejsze filmy science-fiction, a raczej klasyczne westerny i filmy przygodowe.

Fani klasycznego "Treka" raczej nie będą w stanie zanucić żadnej konkretnej melodii z samego serialu, ale nic w tym dziwnego. Warto pamiętać, że "Star Trek" powstał, zanim John Williams wprowadził do muzyki filmowej wagnerowskie leitmotifs. Główni bohaterowie – Kirk, Spock i Bones – nie posiadają zatem swoich własnych, wyraźnych motywów muzycznych. Muzyka w "Star Treku", w przeciwieństwie do "Star Wars", nie opisuje postaci, lecz scenerię i wydarzenia. Można w klasycznej serii wyróżnić ze dwa wyraźne motywy walki (np. w odcinku "Amok Time"), ze dwa motywy tajemnicze i trzymające w napięciu i kilka motywów romantycznych. Z powodu daleko idących ograniczeń budżetowych nowa muzyka powstawała do co któregoś odcinka, a pozostałe używały w przeróżnych konfiguracjach muzyki już istniejącej. Nad muzyką do serialu pracowało kilku stałych kompozytorów ze studia Desilu i Paramount.

Pozostaje również, rzecz jasna, motyw tytułowy całego serialu. Akurat ten motyw jest w stanie zanucić każdy fan serialu, a także, podejrzewam, każdy fan muzyki filmowej. Jest to jazzująca, big-bandowa aranżacja chwytnej melodii skomponowanej przez Alexandra Courage. Ów zmarły w ubiegłym roku kompozytor napisał muzykę do wielu filmów i seriali, ale prawdopodobnie zostanie zapamiętany właśnie jako twórca głównego motywu do klasycznego "Star Treka". Muzyka zaczyna się od monologu Williama Shatnera, a później big-bandowemu standardowi akompaniuje sopran. Warto również wspomnieć, że na potrzeby zremasterowanej wersji klasycznej serii z 2007 roku muzyka została ponownie nagrana w studio.

Ponieważ nowy film "Star Trek XI" opowiada o przygodach bohaterów klasycznego serialu, to chciałoby się w muzyce Michaela Giacchino usłyszeć nawiązania do muzyki z lat '60, nową aranżację głównego tematu Alexandra Courage lub choćby subtelne cytaty, które będą mogli wychwycić najbardziej zagorzali fani muzyki. Czy jest tak w istocie? Tego dowiecie się z następnych notek.


Ciąg dalszy nastąpi...