Wyzwanie... (Część VI)
"Star Trek IV: The Voyage Home" z 1986 roku to czarna owca wśród filmów z uniwersum "Star Treka". Stanowi poniekąd ostatnią część nieformalnej trylogii składającej się z filmów od drugiego do czwartego, ale jednocześnie odstaje od wszystkich pozostałych filmów swoją fabułą i atmosferą. Ten "Star Trek" nie dzieje się bynajmniej w przyszłości, lecz w teraźniejszości – teraźniejszości, rzecz jasna, z punktu widzenia 1986 roku, czyli dla nas już w odległej przeszłości, o której wiele osób chętnie by zapewne zapomniało. Jest bowiem w latach '80 wiele rzeczy, które odrzucają i zniechęcają. Fryzury, ubrania i muzyka z tamtych lat sprawiają, że współcześni chętnie wykreśliliby całą tę dekadę z historii, a już ja z pewnością żywię wobec niej daleko idącą awersję.
"The Voyage Home" opowiada o potyczce Ziemian z obcą rasą kosmicznych wielorybów, które niszczą Ziemię, gdy nie otrzymują odpowiedzi na swój sygnał. Jedynym ratunkiem dla ludzkości jest podróż w czasie dzielnej załogi "Enterprise", która musi powstrzymać wyginięcie ziemskich wielorybów w latach '80, by te były w stanie odpowiedzieć w przyszłości na sygnał swoich kosmicznych braci. Brzmi durnie? Jest niestety jeszcze gorzej...
Fabuła filmu opiera się na raczej mało wytrawnych gagach wynikających z różnic kulturowych pomiędzy Amerykanami z lat '80 a załogą "Enterprise" z XXIII wieku. Bazuje na dysonansie poznawczym pomiędzy utopijną cywilizacją z przyszłości a stanem faktycznym z teraźniejszości. Można ten film oglądać jak komedię i wówczas nawet się sprawdza. Posiada również wcale dobre dialogi. Nie jest jednak dobrze pod tym względem, który dla mnie jest najważniejszy – jego ścieżka dźwiękowa polega powiem na każdej płaszczyźnie.
"The Voyage Home" to pierwszy film, do którego nie napisał muzyki Jerry Goldsmith ani James Horner. O ile o tym drugim kompozytorze mam już gorsze zdanie, to jednak nie ulega wątpliwości, że obaj są przyzwoici warsztatowo. Natomiast kompozytor do tej części, Leonard Rosenman, zupełnie nie wstrzelił się w atmosferę serii.
Przez większość filmu ścieżka dźwiękowa przywodzi na myśl... muzykę cyrkową. Poważnie. Rozpisane na orkiestrę kompozycje przypominają beztroską muzykę z cyrku lub karnawałowe piosenki przygotowane z myślą o orkiestrze marszowej. Rozumiem, że akurat ten "Star Trek" usiłuje być bardziej komedią, niż filmem science fiction, ale jednak są jakieś granice...
A już zupełną klęskę Leonard Rosenman ponosi wówczas, gdy usiłuje wpleść w ścieżkę dźwiękową muzykę z epoki, czyli najgorszego sortu smooth jazz, fusion jazz i easy listening z lat osiemdziesiątych. Jego muzyka brzmi momentami niczym ze słabego filmu erotycznego.
Natomiast wcale dobrze broni się sama muzyka tytułowa – jest odpowiednio epicka i radosna, ale na szczęście nie równie cyrkowa, co pozostała ścieżka dźwiękowa.
Ponieważ warto jednak zakończyć notkę optymistyczną myślą, to można przynajmniej odetchnąć z ulgą, że pod względem muzyki w "Star Treku" już nigdy nie będzie gorzej...
Ciąg dalszy nastąpi...






