Myriads Of Me: Tellur's Journal

Wanderlust%20ProjectQuantcast

Wanderlust Project to moje muzyczne alter ego – projekt, nad którym pracuję od końca 2008 roku. Zapraszam Was do przesłuchania mojej twórczości!

8.7.09

Wyzwanie... (Część VI)

"Star Trek IV: The Voyage Home" z 1986 roku to czarna owca wśród filmów z uniwersum "Star Treka". Stanowi poniekąd ostatnią część nieformalnej trylogii składającej się z filmów od drugiego do czwartego, ale jednocześnie odstaje od wszystkich pozostałych filmów swoją fabułą i atmosferą. Ten "Star Trek" nie dzieje się bynajmniej w przyszłości, lecz w teraźniejszości – teraźniejszości, rzecz jasna, z punktu widzenia 1986 roku, czyli dla nas już w odległej przeszłości, o której wiele osób chętnie by zapewne zapomniało. Jest bowiem w latach '80 wiele rzeczy, które odrzucają i zniechęcają. Fryzury, ubrania i muzyka z tamtych lat sprawiają, że współcześni chętnie wykreśliliby całą tę dekadę z historii, a już ja z pewnością żywię wobec niej daleko idącą awersję.

"The Voyage Home" opowiada o potyczce Ziemian z obcą rasą kosmicznych wielorybów, które niszczą Ziemię, gdy nie otrzymują odpowiedzi na swój sygnał. Jedynym ratunkiem dla ludzkości jest podróż w czasie dzielnej załogi "Enterprise", która musi powstrzymać wyginięcie ziemskich wielorybów w latach '80, by te były w stanie odpowiedzieć w przyszłości na sygnał swoich kosmicznych braci. Brzmi durnie? Jest niestety jeszcze gorzej...

Star TrekFabuła filmu opiera się na raczej mało wytrawnych gagach wynikających z różnic kulturowych pomiędzy Amerykanami z lat '80 a załogą "Enterprise" z XXIII wieku. Bazuje na dysonansie poznawczym pomiędzy utopijną cywilizacją z przyszłości a stanem faktycznym z teraźniejszości. Można ten film oglądać jak komedię i wówczas nawet się sprawdza. Posiada również wcale dobre dialogi. Nie jest jednak dobrze pod tym względem, który dla mnie jest najważniejszy – jego ścieżka dźwiękowa polega powiem na każdej płaszczyźnie.

"The Voyage Home" to pierwszy film, do którego nie napisał muzyki Jerry Goldsmith ani James Horner. O ile o tym drugim kompozytorze mam już gorsze zdanie, to jednak nie ulega wątpliwości, że obaj są przyzwoici warsztatowo. Natomiast kompozytor do tej części, Leonard Rosenman, zupełnie nie wstrzelił się w atmosferę serii.

Przez większość filmu ścieżka dźwiękowa przywodzi na myśl... muzykę cyrkową. Poważnie. Rozpisane na orkiestrę kompozycje przypominają beztroską muzykę z cyrku lub karnawałowe piosenki przygotowane z myślą o orkiestrze marszowej. Rozumiem, że akurat ten "Star Trek" usiłuje być bardziej komedią, niż filmem science fiction, ale jednak są jakieś granice...

A już zupełną klęskę Leonard Rosenman ponosi wówczas, gdy usiłuje wpleść w ścieżkę dźwiękową muzykę z epoki, czyli najgorszego sortu smooth jazz, fusion jazz i easy listening z lat osiemdziesiątych. Jego muzyka brzmi momentami niczym ze słabego filmu erotycznego.

Natomiast wcale dobrze broni się sama muzyka tytułowa – jest odpowiednio epicka i radosna, ale na szczęście nie równie cyrkowa, co pozostała ścieżka dźwiękowa.

Ponieważ warto jednak zakończyć notkę optymistyczną myślą, to można przynajmniej odetchnąć z ulgą, że pod względem muzyki w "Star Treku" już nigdy nie będzie gorzej...


Ciąg dalszy nastąpi...

6.7.09

Wyzwanie... (Część V)

Zupełnie odmienne ścieżki dźwiękowe do pierwszych dwóch filmów z serii "Star Trek" nie różnią się od siebie pod niemal każdym względem wyłącznie w wyniku zaangażowania dwóch różnych kompozytorów, gdyż w wypadku serii o tak długiej tradycji na kształt muzyki w znacznie większym stopniu wpływa estetyka dźwiękowa samej serii niż styl konkretnego kompozytora, który musi się do owej tradycji w mniejszym lub większym stopniu ustosunkować. Wydaje mi się, że te ogromne różnice wynikają raczej z zupełnie odmiennego charakteru samych filmów. "The Motion Picture" z 1979 roku to klasyczne i mądre, ale rzeczywiście momentami nieco nużące science fiction, które poniosło spektakularną klęskę zarówno wśród zagorzałych fanów, jak i zwykłych kinomanów. "The Wrath Of Khan" z 1982 roku to z kolei fabuła, która została doszczętnie przemielona i zniszczona przez bezduszną machinę Hollywood. Zamiast ciekawej i mądrej opowieści science fiction Hollywood zaserwowało nam zawadiacką walkę morską pomiędzy dwoma kapitanami statków, które tylko przypadkiem są statkami kosmicznymi walczącymi nie na morzu, a wśród gwiazd. Ów morski i zawadiacki charakter filmu siłą rzeczy odzwierciedla również skomponowana doń muzyka.

James Horner nie napisał zatem muzyki do filmu science fiction, lecz do prostolinijnej opowieści o walkach na pełnym morzu. Tak samo ową muzykę odbiera słuchacz, zarówno oglądając film, jak również przesłuchując sam soundtrack, a bez obrazu niestosowny charakter muzyki staje się jeszcze bardziej oczywisty.

Warsztatowo, rzecz jasna, nie można tej muzyce nic zarzucić. Jest to kawał dobrej, chociaż miejscami mocno powtarzalnej roboty. "Main Titles" Hornera to nowa kompozycja, która rozpoczyna się fanfarami z pierwszego serialu z lat '60 na tle trzymającej w napięciu elektroniki, ale już po chwili debiutują charakterystyczne dla Hornera, nerwowe i rachityczne ostinata na sekcję smyczkową i dętą. Ze spiralnych, powtarzalnych motywów wyłania się powoli główny temat, z którego Horner korzysta aż do znudzenia przez następne półtorej godziny filmu. Całe szczęście, w przeciwieństwie do głównego motywu filmu "Star Trek XI", leitmotif Hornera doczekał się przynajmniej dopełniającej go melodii B.

Star TrekDrugą znamienną kompozycją do "The Wrath Of Khan" jest bardzo subtelne wykonanie "Spock's Theme" – motywu, który zostanie rozwinięty dopiero w przyszłości na potrzebę kolejnego filmu – "Star Trek III: The Search For Spock". Obecnie został jedynie lekko zasugerowany metalicznymi barwami syntezatora i fletem.

Z kolei "Khan's Theme" to bardzo nerwowa, bezpośrednia i barbarzyńska kompozycja, która doskonale oddaje ducha i prostotę głównego adwersarza Kirka. Rozpoczyna się nerwowym, narastającym rytmem na sekcję perkusyjną, który zostaje następnie zagłuszony przez chromatyczną sekcję dętą. Muzyka towarzysząca Khanowi oddaje jego charakter w samym filmie, natomiast nie zachwyca kompozycyjnie na samym soundtracku. Wydaje mi się natomiast, że filmowi adwersarze w "Star Treku" są po prostu bardzo jednowymiarowi i niestety kompozytor nie ma wielkiego pola do popisu, gdyż to samo można powiedzieć o muzycznej prezentacji równie tekturowego Nero z filmu "Star Trek XI". Temat Khana posłużył Hornerowi za kontrapunkt tematu samego Enteprise – oba leitmotifs wielokrotnie przeplatają się, gdy kamera przeskakuje od załogi jednego statku kosmicznego do drugiego.

Pozostała część ścieżki dźwiękowej do "The Wrath Of Khan" to w zasadzie wariacje na powyższe tematy oraz bardzo rzemieślnicza muzyka uzupełniająca. Niestety to samo stwierdzenie dotyczy kolejnego filmu Hornera – "Star Trek III: The Search For Spock"


Druga część nieformalnej trylogii, "The Search For Spock", doczekała się jedynie rozwinięcia "Spock's Theme", a w pozostałej części kopiuje w zasadzie muzykę z "The Wrath Of Khan", ale już bez głównego motywu żeglarskiego. Podstawowa melodia "Spock's Theme", która tym razem wychodzi na pierwszy plan, pozostała w zasadzie niezmieniona, ale została rozpisana na całą orkiestrę z dodaniem uzupełniającej ornamentacji. Horner wielokrotnie zacytował również nuta w nutę temat "B" głównego motywu z poprzedniego filmu, jak również kilkakrotnie wplótł w ścieżkę dźwiękową charakterystyczne fanfary z serialu.

Muzyka do "The Search For Spock" jest znacznie bardziej subtelna niż poprzednia ścieżka dźwiękowa do "The Wrath Of Khan", ale tym samym nie zapada na długo w pamięci. Przyczynia się do tego również tendencja Hornera do cytowania samego siebie i przywoływania już istniejącego materiału co pięć minut filmu. Nie ma co liczyć na rozwój motywów, ich wariacje oraz ciekawe dopełnienia. Inna sprawa, że motywy opracowane na potrzeby "Star Treka" pojawiają się również w kolejnych filmach z muzyką Hornera, przez co skutecznie przestają pretendować do oryginalności. Niemniej rozumiem, że jeżeli ktoś lubi bezmyślną akcję i adrenalinę, serwowane przez Hollywood w obowiązkowo ugładzonej wersji, to prawdopodobnie polubi również oba filmy i ścieżki dźwiękowe Hornera. Tym bardziej, że jego muzyka, o ile nie przywodzi na myśl science fiction, to jednak warsztatowo jest bardzo przyzwoita, a muzyka do kolejnych filmów i seriali z serii "Star Trek" będzie się z czasem robić coraz to gorsza.


Ciąg dalszy nastąpi...

4.7.09

Koncept... (Część V)


Podwaliny pod mój najbardziej epicki utwór – "The Encampment" – powstały niespodziewanie w mojej głowie, gdy woziłem w ogrodzie taczki z ziemią. Wiem, mało to epickie. Nie mam jednak wpływu na to, w jakich okolicznościach rodzą się moje kompozycje, więc nie będę wybrzydzał. W końcu lepiej w ogrodzie przy taczkach, niż pod prysznicem. A już najgorsze są te pomysły tuż przed zaśnięciem – budzę się rano i nic nie pamętam, a mógłbym przysiąc, że ubiegłego dnia skomponowałem zalążki arcydzieła. Zatem i tym razem, gdy już namachałem się łopatą i uznałem, że moja sterta ziemi jest na ten dzień wystarczająco pokaźna, to na wszelki wypadek czym prędzej zasiadłem do mojego programu muzycznego i zapisałem weń wstępną melodię utworu.

HinterlandGdy już zapisałem z pamięci całą melodię, która zrodziła się tam spontanicznie, to postanowiłem zastanowić się nad nią, by już bardziej świadomie nadać jej celowość i kształt. Uznałem, że chcę napisać utwór o obozie wojskowym, w którym panuje niepokój przed bitwą. Musiałem zatem zadbać o to, aby utwór jednocześnie powodował napięcie, przejawiał militarny charakter oraz brzmiał odpowiednio epicko, jak na przygotowania przed bitwą przystaje. Od razu zatroszczyłem się o militarne brzmienie – regularny, nieustępliwy werbel w tle załatwił sprawę. Wszak kino i telewizja wpoiły wszystkim niczym psu Pawłowa, że werbel oznacza wojsko. Napięcie natomiast osiągnąłem za pomocą urywających się pośpiesznie rogów francuskich oraz szybkich ostinatów na skrzypce. O epickość zaś nie musiałem się szczególnie troszczyć – mam to szczęście, że przychodzi mi z łatwością, a w zasadzie nie sposób się od niej oddalić.

W tym momencie zapraszam do wysłuchania mojego utworu w odtwarzaczu po lewej stronie bloga.


Utwór "The Encampment" uważam za moją najlepszą kompozycję pod względem formalnej budowy wertykalnej i horyzontalnej. Rozwijam w nim kilka niezależnych pomysłów, które przeplatam ze sobą niczym muzyczne klocki.

Utwór zaczyna się od dialogu rogu francuskiego ze skrzypcami, a gdy dialog wybrzmiewa, to około czterdziestej sekundy utworu pojawia się temat A–1. Wybrzmiewa dwukrotnie i o czasie 1:20 wprowadzam w tle temat A–2, natomiast na front wysuwa się temat B. W drugiej minucie wprowadzam krótki most, a od 2:20 ponownie brzmi temat B, lecz tym razem niżej, a w tle kontrapunktuje mu temat A–1.

Z utworu jestem szczególnie dumny od trzeciej minuty, gdy porzucam oba tematy A oraz B i "The Encampment" zaczyna rozwijać się w nieprzewidzianym początkowo kierunku. W czwartej minucie wchodzi znacznie wyżej o dobre pół oktawy. Róg francuski wykonuje temat C oraz D, natomiast w tle bawię się harmoniami sekcji smyczkowej, może nawet nieco trochę przesadzając. Pod sam koniec utworu, po krótkim moście, ponownie rozbrzmiewa temat A o czasie 5:25.


Podejrzewam, że powyższe wyjaśnienia nikogo szczególnie nie interesują, ale mam przynajmniej nadzieję, że i bez wyjaśnień "The Encampment" chociaż trochę Wam się spodoba.


Ciąg dalszy nastąpi...

2.7.09

Podsumowanie...


Tak sobie patrzę na moje oceny w indeksie pod sam koniec semestru – 5, 5, 5, 5, 5, 4+ – i stwierdzam – wcale dobrze mi poszło... Wprawdzie pozwoliłem sobie na dwie trójki w ubiegłym semestrze, ale dzięki obecnym ocenom mam nawet realną szansę na stypendium naukowe. Będzie mnie stać na książki, ksero, kawę, kobiety i komiksy. Zaliczanie kolelnych zajęć przychodzi mi z łatwością, a jednocześnie nauczyłem się cieszyć uczęszczaniem na Anglistykę. Najwyższa pora – w końcu zacznę już niebawem przedostatni rok studiów. Podobają mi się zajęcia, które owocują przemyślanymi esejami, z którymi możecie zapoznać się na moim blogu. Cieszą mnie omawiane na zajęciach powieści oraz rozmaite nurty krytyki literackiej. A jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że przecież nie to jest w studiowaniu najważniejsze.

Trzeci rok Anglistyki różnił się od poprzednich nie kursami i ilością nauki, a moim podejściem do ludzi. Wcześniej utrzymywałem bliższy kontakt z dosyć ograniczoną liczbą znajomych, a w tym roku postarałem się otworzyć na szersze towarzystwo i poznać nieco większą ilość osób. Okazuje się, że na Anglistyce studiuje wiele ciekawych i wartościowych osób, jeżeli tylko otworzyć się trochę na bliższy kontakt. Miałem okazję poznać wielu studentów ze starszych lat, ponieważ zapisuję się na ambitne kursy, na których jest mało osób z mojego roku, ale dołożyłem również wszelkich starań, aby utrzymywać kontakt i z moim rokiem. Wiele osób z mojego roku poznałem już wcześniej, ale teraz mogłem nadać tym znajomościom nieco głębi i znaczenia, z czego się bardzo cieszę.

Mała ilość zajęć na uczelni pozwoliła mi w tym roku zająć się moją nową pasją – komponowaniem muzyki – ale jednocześnie mam świadomość, że większość tego czasu zmarnowałem. Cieszę się jednak, że miałem okazję spróbować swoich sił w profesjonalnym tłumaczeniu powieści i mogłem poświęcić więcej czasu na spotkania towarzyskie. W wolnych chwilach sporo również pracowałem na działce. Jak co roku obiecuję sobie, że bardziej się przyłożę i lepiej zagospodaruję swój wolny czas, ale czy tak będzie w istocie, to się dopiero okaże. Przede mną długie i mało spektakularne wakacje – takie lubię najbardziej.