Myriads Of Me: Tellur's Journal

Wanderlust%20ProjectQuantcast

Wanderlust Project to moje muzyczne alter ego – projekt, nad którym pracuję od końca 2008 roku. Zapraszam Was do przesłuchania mojej twórczości!

28.9.09

Wizje... (Część IV)

Wielu osobom telewizyjne i filmowe science fiction kojarzy się – i to całkiem słusznie – z banalnymi i prostolinijnymi fabułami o jakichśtam statkach kosmicznych, komicznych Obcych z wypustkami na czole i bohaterach w obowiązkowo obcisłych kombinezonach. Nie zamierzam z powyższą opinią polemizować, wręcz przeciwnie – zamierzam się pod nią podpisać. Science fiction z filmów i telewizji jest bowiem o lata świetlne w tyle za literaturą, do której teoretycznie nawiązuje. Zamiast machnąć na całość gatunku ręką, warto jednak powyższą opinię odpowiednio skwalifikować. Tutaj z pomocą przychodzi zasada niejakiego Theodore'a Sturgeona, pisarza science fiction. Sturgeon's law głosi bowiem, że: ninety percent of science fiction is crap. Zanim jednak spiszemy gatunek na stratę, to warto wspomnieć, że zasada Sturgeona posiada również wersję bardziej ogólną: ninety percent of everything is crap. Zaangażowanie fana zaś polega na tym, aby umieć oddzielić ziarno od plew – i czerpać przyjemność, aczkolwiek różną, i z jednego, i z drugiego.

FlashForwardOglądam bowiem i to słabe SF, ku zdziwieniu większości znajomych. Jeżeli wśród ponad siedmiuset odcinków "Star Treka" mam szansę natrafić, za Sturgeonem, na 10% odcinków przyzwoitych, to wydawałoby się, że nie jest dobrze. Nic dziwnego w tym, że dobra fabuła potrafi przyciągnąć przed ekran, ale co z tymi znacznie gorszymi...? Science fiction posiada z jakiegoś powodu tę specjalną właściwość, że nawet, jeżeli film lub odcinek serialu same w sobie nie przyciągają przed ekran, to jakiś element konstrukcji ich świata, ukazane weń zagadnienia lub nawet zarysowane weń pytania bez konkretnych odpowiedzi sprawiają, że dane dzieło broni się, jeżeli nie samo w sobie, to przynajmniej prowokując w oglądającym pewną reakcję intelektualną lub emocjonalną już po wyłączeniu telewizora (tudzież, w XXI wieku, po odejściu od laptopa).

Nie inaczej jest z nowym serialem "FlashForward", o którym napisałem już na moim blogu zdecydownie zbyt wiele. Jeżeli do tej pory nie udało mi się skusić Was do obejrzenia pierwszego odcinka, to zapewne nic już Was nie skusi. Chciałbym jednak zakończyć ten cykl notek ostatnią, ale bardzo ważną myślą. "FlashForward" nie dość, że jest przyzwoite samo w sobie, to przede wszystkim jest celowo skonstruowane tak, aby prowokować fanów do dyskusji filozoficznych i w pewnym zakresie teologicznych. Fanom teorii spiskowych oferuje natomiast zakrojoną na szeroką skalę konspirację, która również dzieje się przede wszystkim w głowach widzów, poza samym serialem. "FlashForward" nie tylko bowiem pokazuje, lecz również sugeruje, dając pole do popisu wyobraźni. Jeżeli to Was nie przekonuje, to nic Was nie przekona :-). Tak, czy inaczej, zachęcam.

27.9.09

Wizje... (Część III)

Serial "FlashForward" odniósł sukces nie tylko za sprawą bardzo przyzwoitego, pilotowego odcinka. Od samego początku oferował bowiem znacznie więcej, niż tylko standardowe 42 minuty telewizyjnego programu. "FlashForward" stanowi multimedialną platformę, która nie ogranicza się do samego serialu. Twórcy serialu stworzyli kilka oficjalnych stron internetowych, które poszerzają mitologię serialu o nowe, związane z samym serialem treści. "FlashForward" nie jest pierwszym serialem, który umożliwia fanom zagłębienie się w swoją mitologię za pośrednictwem Sieci i zmyślnie przygotowanych stron internetowych, gdyż podobne rozwiązania oferowało bliźniacze "Lost" oraz konkurencyjne "Heroes", ale chyba po raz pierwszy suplementy sieciowe do tego stopnia przeplatają się z samym serialem.


FlashForwardW pierwszym odcinku "FlashForward" agent FBI Mark Benford powołał do życia specjalną internetową stronę społecznościową o nazwie The Mosaic Collective, za pośrednictwem której internauci, którzy przeżyli serialowe Global Blackout, mieli dzielić się swoimi flashforwards – wizjami przyszłości. Ponieważ w serialu każdy człowiek miał wizję tego samego dnia w przyszłości, to dzięki "The Mosaic Collective" FBI może pozyskać coraz to pełniejsze dane na temat mającej się być może wydarzyć niebawem przyszłości. Najciekawsze jest to, że "The Mosaic Collective" nie istnieje jedynie w serialu, lecz można ją odwiedzić TUTAJ.

Mosaic Collective"The Mosaic Collective" to fikcyjna baza danych, która zawiera wpisy ofiar Global Blackout z serialu "FlashForward". Większość wpisów jest dosyć trywialna, ale nie ma w tym nic zastanawiającego, bowiem większość osób ujrzało w swoich wizjach zwykły, trywialny dzień z przyszłości. Można jednak przeszukiwać bazę danych za pomocą słów kluczowych i niekiedy natrafić na bardzo ciekawe wpisy, które są albo zgodne z wydarzeniami z serialu, albo też wydają się im przeczyć. Po obejrzeniu każdego odcinka "FlashForward" warto połączyć się z "The Mosaic Collective" i wyszukać nurtujące nas zagadnienia. Istotne jest to, że postaci w serialu również przeszukują "The Mosaic Collective", więc nie jest to jedynie strona obliczona na prostą promocję serialu, lecz dobra, prawdziwie multimedialna zabawa.


Truth HackStrona internetowa "The Mosaic Collective" stanowi fikcyjną bazę danych powołaną przez FBI, nic więc dziwnego, że prezentuje optymistyczną, oficjalną wizję wydarzeń z serialu. Telewizja ABC przygotowała jednak stronę internetową i dla tych fanów, którzy uważają, że za Global Blackout kryje się sensacyjny spisek. Truth Hack to strona internetowa fikcyjnego, nagrodzonego Pulitzerem dziennikarza, który zaangażował się w wyjaśnienie tajemniczych wydarzeń z serialu na własną rękę, ryzykując przy tym własnym życiem. Oscar Obregon zamieszcza na swojej stronie rozmaite spiskowe teorie oraz wiadomości poszerzające mitologię serialu, jak również kontaktuje się z fanami serialu za pośrednictwem filmów YouTube. Posiada rzecz jasna swój własny profil na YouTube oraz swoje własne konto na Twitterze. Na chwilę obecną przestał zamieszczać nowe wiadomości, ale ma również pojawić się w samym serialu, co również potwierdza istotne związki pomiędzy samym serialem a powiązanymi z nim stronami internetowymi.


Red Panda Resources
Trzecią i ostatnią powiązaną z serialem stronę internetową stanowi oficjalne forum internetowe "FlashForward" o nazwie Red Panda Resources. Na chwilę obecną nazwa forum wydaje się losowa, bowiem żadna firma ani organizacja o tej nazwie nie pojawiła się jeszcze w serialu, ale to prawdopodobnie jedynie kwestia czasu. Na oficjalnym forum często udzielają się twórcy serialu, jak również występujący w nim aktorzy. Nazwa forum pojawiła się jedynie na losowej ciężarówce w pierwszym odcinku serialu jako fikcyjna reklama, lecz fani czym prędzej sprawdzili nazwę na Sieci i okazało się, że trafili na kolejną, promującą serial stronę. Związki pomiędzy serialem a Siecią są więc znaczące i znacznie poszerzają i pogłębiają mitologię serialu, jak również potencjalne przeżycia fanów. Mam nadzieję, że coraz więcej seriali będzie usiłowało iść tą drogą. Nie wiem, czy poszerzanie serialu o komponenty internetowe opłaca się twórcom z komercyjnego punktu widzenia, ale z pewnością zapewnia widzom dobrą zabawę.


Ciąg dalszy nastąpi...

26.9.09

Wizje... (Część II)

Serialowi "FlashForward" sukces był pisany od samego początku. Wystarczy przyjrzeć się nazwiskom jego twórców. Brannon Braga pracował przedtem nad zdecydowanie przedwcześnie anulowanym, znakomitym serialem "Threshold", David S. Goyer zaś jest (wraz z Christopherem Nolanem) współautorem scenariusza do nagrodzonego Oscarami "The Dark Night". Ponadto, serial został oparty na powieści o tym samym tytule autorstwa kanadyjskiego pisarza SF, Roberta J. Sawyera (chociaż znacząco się od niej różni, in plus) i stanowi własność telewizji ABC, odpowiedzialnej za wcześniejszy sukces serialu "Lost" ("Zagubieni").

Skupiłem się na twórcach, a nie na aktorach, ponieważ zazwyczaj nie zwykłem zwracać dużej uwagi na aktorów w serialach, a raczej na samą opowieść, postaci i realia świata przedstawionego. Jednak warto również im poświęcić trochę uwagi. Główną rolę męską, agenta FBI Marka Benforda, gra znany z filmu "Zakochany Szekspir" Joseph Fiennes. Jego partnera w FBI gra John Cho, młody aktor kojarzony jako Sulu z nowego "Star Treka". Główną rolę żeńską, żonę Marka Benforda, Olivię, gra znana z serialu "Lost" Sonya Walger.


FlashForwardFabuła "FlashForward" wciąga od pierwszych minut. Dwóch agentów FBI rusza w pościg za handlarzami bronią, aż nagle tracą przytomność. Nie oni jedyni. Gdy odzyskują świadomość, okazuje się, że przytomność stracili wszyscy dookoła, dając początek globalnemu chaosowi. Nieco później nagrania z kamer przemysłowych wykazują, że Global Blackout – bo tak nazwano tajemnicze, ogólnoświatowe wydarzenie – trwało dokładnie 137 sekund. Dlaczego tyle? Nie wiadomo. Dlaczego w ogóle? Nie wiadomo.

Wyobraźcie sobie, że wszyscy ludzie na świecie tracą przytomność na 137 sekund. Piesi padają twarzą na chodnik – całe szczęśce. Poza tym dochodzi do ogromnych karamboli samochodowych na wszystkich ulicach świata. Dochodzi do katastrof lotniczych, morskich i wszystkich pozostałych możliwych do wyobrażenia i tych zupełnie nieprzewidywalnych. Helikoptery zaliczają zderzenia czołowe z wieżowcami. Ludzie topią się w basenach, w jeziorach i nad morzem. Wybucha ogólnoświatowa panika. Atak chemiczny? Nuklearny? Promieniowanie słoneczne? Nie wiadomo.

Ale to jeszcze nic. Ponieważ ludzie nie tracą jedynie przytomności, lecz otrzymują również wizję siebie w przyszłości za około sześć miesięcy. Niemal każdy widzi 137 sekund przyszłości swoimi własnymi oczyma. Dla niektórych owa przyszłość jest korzystna, dla innych – tragiczna. Niektórzy nie widzą nic. Czy to oznacza, że za sześć miesięcy już nie żyją...? Może po prostu wówczas śpią? Nie wiadomo. Czy wizje oznaczają, że przyszłość jest już ustalona? Nie wiadomo. Późniejsze badania FBI pozwalają ustalić, że wszyscy ludzie na świecie mieli wizję tego samego dnia w przyszłości – 30 kwietnia, 2010 roku. Główny bohater, agent FBI Mark Benford miał szczęście – widział samego siebie w siedzibie FBI pracującego nad rozpracowaniem zagadki globalnego przesunięcia w czasie – tytułowego flashforward. Ponieważ mógł przyjrzeć się tablicy ze wskazówkami, zdjęciami i nazwiskami, to mógł w teraźniejszości rozpocząć śledztwo. Miał jednak szczęście w nieszczęściu, ponieważ w swojej wizji ujrzał również chcących zastrzelić go żołnierzy...

Z dnia na dzień świat zjednoczyło jedno wydarzenie. Mimo wielu różnic, każdy człowiek na świecie od razu, bez zastanowienia zrozumie zadane mu pytanie – What did you see? Niektórzy odpowiedzą bez wahania, gdyż ich wizje były korzystne i pchnęły ich ku pracy nad sobą, by przyczynić się do realizacji zastanej przyszłości. Inni natomiast zastanawiają się, czy przyszłość została już z góry ustalona, gdyż ich wizje są niezrozumiałe lub przerażające. Sam serial koncentruje się na grupie postaci na tyle szerokiej i zróżnicowanej, aby dać widzom wgląd w pełne spektrum postaw, obaw, działań i przemyśleń bohaterów. Pozwala zatem na zarysowanie reakcji całej ludzkości w obliczu globalnej, zmieniającej status quo katastrofy.


Ciąg dalszy nastąpi...

25.9.09

Wizje... (Część I)

Spekulatywne science-fiction sprawdza się wówczas, gdy wywraca do góry nogami wszechświat bohaterów i doprowadza ich do ostateczności; zmusza do podejmowania skrajnych decyzji i bezlitośnie narusza ich status quo. Każde spekulatywne SF zaczyna się od pytania – Co by było, gdyby...? – lecz to najlepsze, oprócz snucia opartych o ekstrapolację, naukowych przypuszczeń, przede wszystkim doprowadza bohaterów do granicy ich człowieczeństwa i stawia to najtrudniejsze z pytań – pytanie o naturę człowieka i człowieczeństwa.


Ilekroć przypatruję się, jak moi rodzice oglądają w telewizji jakiś popularny, polski serial lub polską telenowelę, to mam nadzieję, że nagle bohaterom przytrafi się coś niespodziewanego, co zmusi ich do wyjścia poza codzienny schemat postępowania. Aby Rysio z "Klanu" po raz pierwszy w swoim serialowym życiu przestał reagować jak pies Pawłowa i zaczął myśleć. Ot – trzęsienie ziemi, holokaust nuklearny, śmiertelna pandemia lub atak Godzilli. Jednak nigdy nie uświadczyłem w "Klanie" ataku Godzilli (jeżeli się mylę, to mnie poprawcie), a to dlatego, że większość polskich seriali ma do spełnienia misję wychowawczą wobec plebsu – tzn. uczy maluczkich schematów codziennego postępowania i tresuje kolejne pokolenia przewidywalnych obywateli. Stąd najbardziej skrajną fabułą w "Klanie" będzie zapewne zdrada małżonka lub nieślubne dziecko, a sam serial będzie przekazywał widzom zaaprobowany przez kulturę schemat właściwego postępowania w takich "skrajnych", a przecież nadal naturalnych i przewidywalnych sytuacjach. Bohaterowie będą cierpieć na choroby, o których państwo akurat edukuje w ramach jakiejś ministerialnej akcji zdrowotnej, serialowy ojciec będzie pouczać maluczkich o niebezpieczeństwach związanych z surfowaniem po Sieci, a serialowy pijak w końcu przypłaci za swój alkoholizm, bo tak przecież wypada.

Dlatego zatem bez wahania nazywam science fiction najciekawszym i najważniejszym gatunkiem literackim i filmowym. Nie mam oczywiście na myśli wielkich, hollywoodzkich superprodukcji, a raczej science fiction kameralne, stonowane, skupione na bohaterach i ich różnorodnych reakcjach wobec dynamicznie zmieniającego się świata przedstawionego.

Czym różni się dobry serial science fiction od swojego obyczajowego odpowiednika? Wystarczy obejrzeć dowolny serial o amerykańskiej prowincji oraz rewelacyjny serial "Jericho" z 2006 roku. Różnica jest taka, że bohaterom dowolnego innego serialu będą się z dnia na dzień przydarzać ich przewidywalne perypetie, natomiast bohaterowie "Jericho" już w pierwszym odcinku dostrzegają na horyzoncie charakterystyczną chmurę grzybu atomowego i są zmuszeni zrewidować swoje poglądy na życie na prowincji w obliczu nuklearnego holokaustu. W drugim odcinku walczą z nuklearnym deszczem, a z nastaniem nuklearnej zimy cierpią głód. W każdym innym serialu bohaterowie mogą co najwyżej odwiedzić znajomych z sasiednego miasta, natomiast mieszkańcy Jericho z walczą sąsiednim miastem o przetrwanie w postapokaliptycznej rzeczywistości.


JerichoKADR Z PIERWSZEGO ODCINKA SERIALU "JERICHO"


Czym różni się dobry serial science fiction od swojego obyczajowego odpowiednika? "Battlestar Galactica" z 2003 roku opowiada o ucieczce gwiezdnego konwoju statków kosmicznych przed złowrogą armią robotów, ale stanowi również alegorię na współczesne Stany Zjednoczone z ich ambiwalentną wojną w Iraku, powolną, acz konsekwentną faszyzacją społeczeństwa, rasizmem, terroryzmem i mesjanizmem. Z odcinka na odcinek prowadzi dyskurs na temat powinności cywili i wojska. Każe zastanowić się nad tym, co czyni człowieka człowiekiem, a maszynę – maszyną.

Czym różni się dobry serial science fiction od swojego obyczajowego odpowiednika? Głębią. Dyskursem. Poruszaną tematyką – filozoficzną, teologiczną, polityczną, kulturową. I z każdym kolejnym serialem telewizyjne science fiction zyskuje kolejny argument na swoją korzyść. Wczoraj obejrzałem premierowy odcinek serialu "FlashForward". Zróbcie sobie przysługę i zamiast kolejnej telenoweli zacznijcie oglądać ten serial. Zaczął się bardzo zachęcająco i podejrzewam, że jak tylko utrzyma poziom, to będzie o nim głośno. Napiszę o nim więcej w następnej notce, a tymczasem zachęcam Was do obejrzenia pierwszego odcinka pt. "No More Good Days".


Ciąg dalszy nastąpi...

22.9.09

Rejestracja...


Jak co roku o tej porze miałem już okazję wybrać zajęcia, na które będę uczęszczał w tym semestrze na Anglistyce. Niestęty, w wyniku własnego niedopatrzenia, zarejestrowałem się na jedne zajęcia, które odbywają się o dokładnie tej samej porze, co moje seminarium. Jeżeli nie uda mi się zamienić tych zajęć na jakieś inne na początku października, to pozostaną mi seminarium magisterskie, WF, lektorat i dwa inne kursy. Wszystkie niezbędne punkty mam już na szczęście zebrane, więc nie muszę się już o nic martwić, ale chciałem nauczyć się czegoś ciekawego.

Będę zatem musiał zrezygnować z kursu The Translation of Legal Documents, ale jestem za to stosunkowo zadowolony z moich dwóch pozostałych kursów. Wybrałem kurs Representations of the body and sex in American literature – z pewnością mocno nacechowany ideologicznie, ale przecież nie muszę zgadzać się z wiedzą, którą chłonę. Mam nadzieję, że będzie ciekawie i merytorycznie. Zapisałem się również na zajęcia Media and Democracy, dotyczące Stanów Zjednoczonych. Uczęszczałem już na jeden kurs u tej samej osoby prowadzącej, więc mam nadzieję, że tym razem również się nie zawiodę.

Jednocześnie bardzo niepokoję się o moje seminarium. Obecnie jest już po rejestracji, a ja nadal jestem jedyną osobą zarejestrowaną na to konkretne seminarium. Pani profesor jest bardzo wymagająca, i słusznie, ale to odstraszyło większość studentów. Jeżeli coś się nie zmieni do początku października i nie zbierze się przynajmniej pięć osób, to wówczas seminarium nie odbędzie się, a raczej nie istnieje szansa, że zostanę objęty jakimś indywidualnym tokiem nauczania. Będę musiał wybrać inne seminarium, a ponieważ jest już po rejestracji, to nie mam pojęcia, gdzie się dostanę i czy będę miał coś do powiedzenia odnośnie wyboru. Tak, czy inaczej, mam zamiar powalczyć o pozostanie na uczelni, a czy będę miał szansę, to się dopiero okaże. Chwilowo staram się nadal cieszyć ostatnimi dniami wakacji, chociaż nie przychodzi mi to z łatwością.

20.9.09

Valhalla...

Z przykrością informuję, że dnia 17.09.2009 zmarł Wojciech Świdziniewski – młody, polski pisarz, którego opowiadania miałem przyjemność czytać w czasopiśmie "Science Fiction".


WOJCIECH ŚWIDZINIEWSKI
1975 – 2009


Za portalem www.gildia.pl:

Wczoraj wieczorem odszedł do Wallhalli Wojciech Świdziniewski – pisarz, wieloletni członek klubu fantastyki "Ubik" w Białymstoku i wikińskich grup rekonstrukcji historycznej, nasz przyjaciel. Debiutował w roku 1999 na łamach "Nowej Fantastyki" opowiadaniem "Konsekrowany". Publikował głównie w piśmie "Science Fiction", gdzie oprócz nominowanego utworu do nagrody im. Janusza Zajdla w 2002 roku ukazały się jego inne opowiadania. Zmarł miesiąc przed premierą swojej pierwszej powieści.

Wojciech ŚwidziniewskiZa portalem www.esensja.pl:

Wczoraj wieczorem zmarł niespodziewanie białostocki pisarz Wojciech Świdziniewski.

Debiutował opowiadaniem "Konsekrowany" ("Nowa Fantastyka" 2/1999), później publikował w miesięczniku "Science Fiction". Za opowiadanie "Murarze" ("Science Fiction" 3/2001) zdobył nominację do Nagrody im. Janusza A. Zajdla, a w 2004 roku zdobył nominację do Nagrody Nautilus za opowiadanie "Kłopoty w Hamdirholm" ("Science Fiction" 7/2003).

Przez wiele lat był członkiem Białostockiego Klubu Fantastyki UBIK, należał też do zespołu redakcyjnego "Fahrenheita".

Do druku przygotowywany jest zbiór jego opowiadań "Kłopoty w Hamdirholm", kilka opowiadań ma także ukazać się w antologiach.

Wojciecha Świdziniewskiego poznałem od strony literackiej za sprawą rewelacyjnego opowiadania pt. "Murarze", a następnie z przyjemnością śledziłem powstały w oparciu o "Murarzy" cykl kilku opowiadań. Śmieszyły mnie również jego humorystyczne opowiadania z cyklu "Hamdirholm". Uważałem, że ma przed sobą długą i owocną karierę, zatem jego odejście przyjąłem ze zdumieniem. Pisarze mają jednak to do siebie, że pozostają wieczni dzięki swojej twórczości. Nie zapomnijcie zatem o mającej ukazać się niebawem książce Wojciecha.

18.9.09

Równowaga...

POKAŻ/UKRYJ SPIS TREŚCI | POKAŻ/UKRYJ TREŚĆ NOTKI

Usłyszałem już od kilku osób, że za mało piszę o codziennym życiu, a za dużo o muzyce, książkach i serialach, których wspomniane osoby i tak nie znają i w zasadzie nie zamierzają poznać. Podejrzewam, że to nawet słuszna krytyka, o ile przyjmie się, że na blogu należy pisać właśnie o życiu z dnia na dzień, zwyczajnych problemach i banalnych przemyśleniach. Oczywiście tak nie uważam, chociaż istnieją i blogi tego pokroju. Przyznaję, że czasami mam nawet ochotę napisać, co mi w duszy gra (a że często gra muzyka, to inna sprawa), ale ponieważ codzienne życie siłą rzeczy wiąże się z relacjami z rozmaitymi osobami, a prywatność tych osób chcę uszanować, to nie mogę rozpisywać się o ich perypetiach. Ponieważ w tej sytuacji musiałbym pisać notki bardzo ogólne i powierzchowne, to wolę już zanudzać Was przemyśleniami o muzyce i książkach w nadziei, że ktoś po coś może sięgnie.

Czasami jednak zdarzają się i takie dni, że można pogodzić jedno z drugim. Wczoraj był taki dzień. Pojechałem rano do Warszawy, aby załatwić parę spraw, a przede wszystkim z zamiarem wypytania się o Warszawską Jesień, wspaniały festiwal współczesnej muzyki symfonicznej i elektronicznej, który właśnie się rozpoczął. Okazało się, że festiwal jest na typową, studencką kieszeń i jak tylko czas pozwoli i znajdę odpowiednich śmiałków, aby wybrać się nań niewielką grupą, to chętnie wybiorę się na kilka koncertów. Reflektuje ktoś na Karlheinza Stockhausena...? Następnie pokręciłem się po Centrum, odwiedziłem kilka księgarni i spotkałem się z moją dobrą przyjaciółką M., która już niebawem ponownie wylatuje na studia do Anglii. Poszwędaliśmy się, jak zawsze, po Warszawie, aby trochę jeszcze zgłodnieć, a jak już uznaliśmy, że warto coś zjeść, to M. zaprowadziła mnie do przytulnej restauracji, gdzie zamówiliśmy pastę, ale rzecz jasna zapomniałem i nazw potraw, i restauracji. Dołączyła do nas na pewien czas A., siostra M., a później pożegnaliśmy się z nią i wybraliśmy się pod wieczór na Starówkę na kawę. Kawa M. była zielona, ale to już zupełnie inna historia.

Pożegnałem się z M. i miałem już udać się na autobus, gdy okazało się, że na Placu Zamkowym odbywa się koncert. O koncercie wiedziałem od dawna, a konkretnie – 2 września dowiedziałem się, że ubiegłego dnia rozdawano za darmo wejściówki na koncert Lisy Gerrard i Klausa Schulze. Nawet się specjalnie nie sfrustrowałem, że nie zdobyłem biletu, bowiem byłem na wspaniałym koncercie Klausa Schulze pod koniec ubiegłego roku, a obecnie Klaus występował z bardzo podobnym repertuarem. Koncert miał charakter imprezy zamkniętej, a wejściówki zostały rozdane już pierwszego dnia, tak więc bardzo się zdziwiłem, gdy okazało się, że przed Zamkiem zainstalowano wielki ekran, na którym wyświetlano publicznie odywający się na dziedzińcu Zamku koncert. Trafiłem akurat na sam jego koniec. Lisa i Klaus zeszli już ze sceny, ale po chwili Klaus wrócił na bis. Bardzo się ucieszyłem, że nie wrócił z Lisą, bowiem nie lubię Klausa Schulze w duecie. Gdy jest na scenie z Lisą, to właściwie jej tylko akompaniamentuje, natomiast nabiera energii dopiero wówczas, gdy jest mu dane występować solo. Wyszedł więc na scenę, zasiadł do swoich syntezatorów i zaczęła się prawdziwa magia.


Klaus Schulze


Uwielbiam utwory sekwencyjne z gatunku Berliner Schule. Na bis Klaus wykonał wariację na temat utworu Shoreless, który miałem już okazję poznać pod koniec ubiegłego roku. Rozpoczął utwór od bardzo nowocześnie bzmiącej sekwencji, której akompaniamentował rytmem kojarzącym się wręcz z techno. Aż zmartwiłem się, że utwór rozpoczyna się zbyt współcześnie, ale już po chwili, o ile nie zawodzi mnie moja wiedza o syntezatorach, Klaus zaczął grać na Mellotronie, jednym z moich ulubionych syntezatorów z przed trzydziestu lat. Na Mellotronie gra się powoli i subtelnie, ale słychać było, że Klausa trochę poniosło, bowiem zaczął wprowadzać do swojego wykonania nieco za dużo energii. Na szczęście już po chwili przerzucił się z Mellotronu na Mooga, mój ulubiony syntezator, i zaczął nań wykonywać energiczną, soczystą solówkę. To była czysta poezja. Klaus wznosił się solówką tak wysoko i na takie częstotliwości, że aż krzywiłem się z bólu i uznania. Widać talent mistrza nie opuścił. Przez te dobre piętnaście minut, gdy Klaus był sam na scenie, to stanowił istny wulkan energii. Po pewnym czasie na scenę powróciła Lisa, ale wówczas straciłem zainteresowanie koncertem, a i tak musiałem już biec na autobus.

Cieszą mnie takie pozornie codzienne, a przecież niecodzienne dni, gdy nie tylko mogę spotakać się z przyjaciółmi, a również zaskakuje mnie wspaniała muzyka.

10.9.09

Dylemat...


Właściwie mogę przyznać, że poprzednie lata na Anglistyce były bez wyjątku beztroskie i dopiero teraz, gdy przyszło mi wybrać zajęcia przed pierwszym semestrem czwartego roku, to stanąłem przed nie lada dylematem. Nad normalnymi kursami nigdy nie zastanawiałem się szczególnie długo. Ot, raz trafił się lepszy kurs, raz gorszy, ale zawsze bez problemu wszystko zaliczałem, no może pomijając zajęcia z metodyki, które z racji swojej zupełnie nie pasującej mi tematyki stanowiły nie lada wyzwanie, ale i je zaliczyłem na trójkę. Dopiero teraz, gdy stanąłem przed koniecznością wyboru seminarium magisterskiego, przyszło mi trochę pomyśleć.

Gdyby rzecz sprowadzała się do prostego odbębnienia pracy magisterskiej, to mógłbym wybrać seminarium na chybił trafił. Napisałbym szybko lepszą lub gorszą pracę magisterską i po sprawie. Ponieważ jednak od pewnego czasu zastanawiam się wstępnie nad pozostaniem na uniwersytecie naukowo, o ile tylko trafi mi się taka możliwość, to mój wybór właściwego seminarium siłą rzeczy stał się znacznie ważniejszy.

Anglistyka nie oferuje szerokiego wyboru seminariów. Wybierając na drugim roku ścieżkę amerykańską, ograniczyłem sobie pulę możliwych zajęć do amerykańskich kulturoznawczych oraz literaturoznawczych. Spośród seminariów kulturoznawczych wybrałem wstępnie trzy, które od biedy mnie interesują, wszystkie mniej lub bardziej socjologiczne. Mam natomiast bardzo mały wybór w zakresie seminariów literaturoznawczych. Gdy już odsiałem te nieco bardziej nawiedzone, o krytyce postkolonialnej, psychoanalizie oraz innych, równie ciekawych dewiacjach, to do wyboru pozostało mi właściwie tylko jedno seminarium o literaturze amerykańskiego modernizmu. Nie pasuje mi do końca pod względem zakresu poruszanej tematyki, ale cóż, planuję kontynuować naukę na studiach doktoranckich i swoją naukową przyszłość najchętniej wiążę właśnie z krytyką literacką. Mam również nadzieję, że będę mógł wynegocjować pisanie pracy magisterskiej o czymś zgoła innym, ale o tym napiszę być może później, jak już porozmawiam z moją promotorką (o ile w ogóle dostanę się na to seminarium).

Kto wie, może do zakończenia rejestracji jeszcze kilkakrotnie zmienię zdanie i wybiorę inne seminarium, ale przynajmniej moje studia po raz pierwszy zmuszają mnie do podejmowania ważnych, wiążących decyzji.

8.9.09

Grill... (Część II)

Gdy już wszyscy się porząnie najedli, impreza przeniosła się na piętro do mojego pokoju, a później najbardziej wytrwali oglądali jeszcze horror klasy B w salonie. Korzystam z okazji, aby zademonstrować swój pokój o bardzo spartańskim wystroju. Zbuntowałem się i jako jedyna osoba z rodziny nie wykończyłem pokoju na beżowo, lecz na żółto i brązowo.



6.9.09

Grill... (Część I)

Pod sam koniec wakacji udało nam się zorganizować w Ożarowie pierwszy, o ile mnie pamięć nie myli, Grill Wyrafinowanych Estetów, ściśle tajnego stowarzyszenia wzajemnej adoracji i antypatii, zależnie od nastroju. Mimo złej pogody impreza udała się dzięki walecznemu grillmajsterowi, który dzielnie przygotowywał kolejne partie mięsa.


GRILLMAJSTER "ZAGUBIONY" W TLE PILNIE PRZYGOTOWUJE MIĘSO...

...A HORDA MIĘSOŻERCÓW JUŻ CZYHA.

MARTYNA ŁAMIE DECORUM, PODAJĄC PĄCZKI NA SAŁACIE...

...A IWA I OLEK TEŻ Z PEWNOŚCIĄ ŁAMIĄ JAKIEŚ ZASADY.

GRILLMAJSTER UDAŁ SIĘ NA ZASŁUŻONY ODPOCZYNEK...

...A IWA DOPIERO SIĘ ROZKRĘCA!


Ciąg dalszy nastąpi...