Wizje... (Część IV)
Wielu osobom telewizyjne i filmowe science fiction kojarzy się – i to całkiem słusznie – z banalnymi i prostolinijnymi fabułami o jakichśtam statkach kosmicznych, komicznych Obcych z wypustkami na czole i bohaterach w obowiązkowo obcisłych kombinezonach. Nie zamierzam z powyższą opinią polemizować, wręcz przeciwnie – zamierzam się pod nią podpisać. Science fiction z filmów i telewizji jest bowiem o lata świetlne w tyle za literaturą, do której teoretycznie nawiązuje. Zamiast machnąć na całość gatunku ręką, warto jednak powyższą opinię odpowiednio skwalifikować. Tutaj z pomocą przychodzi zasada niejakiego Theodore'a Sturgeona, pisarza science fiction. Sturgeon's law głosi bowiem, że: ninety percent of science fiction is crap. Zanim jednak spiszemy gatunek na stratę, to warto wspomnieć, że zasada Sturgeona posiada również wersję bardziej ogólną: ninety percent of everything is crap. Zaangażowanie fana zaś polega na tym, aby umieć oddzielić ziarno od plew – i czerpać przyjemność, aczkolwiek różną, i z jednego, i z drugiego.Oglądam bowiem i to słabe SF, ku zdziwieniu większości znajomych. Jeżeli wśród ponad siedmiuset odcinków "Star Treka" mam szansę natrafić, za Sturgeonem, na 10% odcinków przyzwoitych, to wydawałoby się, że nie jest dobrze. Nic dziwnego w tym, że dobra fabuła potrafi przyciągnąć przed ekran, ale co z tymi znacznie gorszymi...? Science fiction posiada z jakiegoś powodu tę specjalną właściwość, że nawet, jeżeli film lub odcinek serialu same w sobie nie przyciągają przed ekran, to jakiś element konstrukcji ich świata, ukazane weń zagadnienia lub nawet zarysowane weń pytania bez konkretnych odpowiedzi sprawiają, że dane dzieło broni się, jeżeli nie samo w sobie, to przynajmniej prowokując w oglądającym pewną reakcję intelektualną lub emocjonalną już po wyłączeniu telewizora (tudzież, w XXI wieku, po odejściu od laptopa).
Nie inaczej jest z nowym serialem "FlashForward", o którym napisałem już na moim blogu zdecydownie zbyt wiele. Jeżeli do tej pory nie udało mi się skusić Was do obejrzenia pierwszego odcinka, to zapewne nic już Was nie skusi. Chciałbym jednak zakończyć ten cykl notek ostatnią, ale bardzo ważną myślą. "FlashForward" nie dość, że jest przyzwoite samo w sobie, to przede wszystkim jest celowo skonstruowane tak, aby prowokować fanów do dyskusji filozoficznych i w pewnym zakresie teologicznych. Fanom teorii spiskowych oferuje natomiast zakrojoną na szeroką skalę konspirację, która również dzieje się przede wszystkim w głowach widzów, poza samym serialem. "FlashForward" nie tylko bowiem pokazuje, lecz również sugeruje, dając pole do popisu wyobraźni. Jeżeli to Was nie przekonuje, to nic Was nie przekona :-). Tak, czy inaczej, zachęcam.










